top of page

Tania książka drogo kosztuje. Kto naprawdę za to płaci


Są takie zdania, które brzmią sensownie tylko

do momentu, gdy zaczniemy się im naprawdę

przyglądać. Jedno z nich brzmi: „Na początek

nie ma sensu inwestować. Zrób taniej, szybciej,

zobaczysz, czy się sprzeda”.

Brzmi logicznie, a nawet można się pokusić,

że odpowiedzialnie. A potem przychodzi rzeczywistość

i mówi: sprawdzam.

Bo książka to nie testowy produkt, który

można wrzucić na półkę na zasadzie „może się

uda”. To nie jest też plik, który można puścić

w świat bez konsekwencji. Każda publikacja –

nawet ta pierwsza – jest komunikatem. O autorze,

jego standardach i o tym, czy traktuje

czytelnika poważnie.

I tu zaczyna się paradoks.

Autor oszczędza na redakcji, korekcie i składzie,

z przekonaniem że „to tylko początek”.

A właśnie ten początek kosztuje go najwięcej.

Może nie od razu i nie wprost, za to konsekwentnie.

No bo po co los ma od razu wskazywać

to czy tamto. Prawda?

Najpierw autor traci opinię. Czytelnik nie

musi znać zasad językowych, by wyczuć, że

coś jest nie tak. Widzi, że zdanie się ciągnie,

albo rwie, a dialog brzmi sztucznie. Tekst jest

ciężki, choć miał być lekki. Literówki przestają

być „drobnostką”, kiedy stają się normą.

I wtedy pojawia się coś, czego nie da się łatwo

odzyskać: utrata zaufania. Czytelnik, który

raz poczuje, że ktoś odpuścił jakość tekstu, nie

będzie miał powodu, by dać mu drugą szansę.

Potem przychodzi kolej na sprzedaż. Nie tę

całkowicie pierwszą – bo za nią często stoi ciekawość,

znajomi, kampania, a czasem nawet

przypadek. Problem zaczyna się później, kiedy

książka ma się sama obronić i zacząć żyć z poleceń.

Kiedy ktoś wreszcie ma powiedzieć: „warto

ją kupić”.

Jeśli jakość kuleje, to książka szybko zamilknie.

Wtedy na końcu zostaje coś najtrudniejszego

do odbudowania: wiarygodność.

Autor, który wypuszcza niedopracowane

książki, zaczyna funkcjonować w świadomości

odbiorców jako ktoś, kto „tak już ma”. Zostaje

kimś, kto publikuje szybko, ale byle jak. Nie dopina

treści, nie sprawdza i nie kontroluje szczegółów.

Tłumaczenie: „to był debiut” w żadnym

wypadku nie pomaga.

Rynek wydawniczy nie działa w trybie ulgowym,

a co więcej – mam wrażenie, że jest wręcz

odwrotnie.

Ostatnio pod jednym z moich postów pojawił się

komentarz w tym temacie. Ktoś zarzucił mi, że

broniąc profesjonalizmu, blokuję debiutantów.

Że podnoszę poprzeczkę tak wysoko, że ktoś

na starcie nie ma szans.

Oj nie, nie, i jeszcze raz nie. To nie profesjonalizm

jest przeszkodą, a wiara, że można go

pominąć bez konsekwencji. Debiutant nie jest

w uprzywilejowanej pozycji.

Wręcz przeciwnie, jest na widoku. Wyrzucił

się sam na żer, by zostać poszlachtowanym

maczetami. Świeże mięsko do pożarcia. Brutalnie?

Owszem, ale rzeczywistość właśnie

taka jest. Nowy autor to autor niesprawdzony,

a człowiek zawsze krytykował to, co nieznane.

To idealnie łatwy cel. I nie chodzi tu tylko

o rynek, sprzedaż czy opinie. Chodzi też o coś,

o czym mówi się coraz ciszej, a co jest coraz

bardziej obecne: hejt.

Nie mówię o pojedynczym, przypadkowym

komentarzu, ale o zorganizowanym hejcie,

który staje się nagonką. W sieci istnieją grupy

i przestrzenie stworzone tylko po to, by punktować

teksty. Wyłapywać błędy, pokazywać

niedoróbki i nakręcać spiralę śmiechu. Bylejakość

jest dla nich paliwem. I tutaj oczywiście

ktoś powie: „zaraz, ale jest przecież prawo do

krytyki”. Oczywiście, że tak! Tylko że rzetelna

krytyka – w tym przypadku na przykład

literacka – to po prostu konstruktywna opinia

podparta faktami.

A debiutant? No cóż, przykro mi, mój drogi

debiutancie – jesteś łatwym celem, niczym debiutantka

z piórem we włosach rodem z serialu

Bridgertonowie. Dlaczego? Bo tak samo jak ta

młoda debiutantka nie masz jeszcze odporności

i dystansu. Często wierzysz, że jeśli coś stworzyłeś,

to z pewnością zostanie to potraktowane

uczciwie.

A nie zawsze tak jest. Oczywiście ktoś powie:

„trzeba mieć grubą skórę”. Jednak to zdanie wypowiada

zazwyczaj ktoś, kto już ją ma. Prawda

jest taka, że nawet autor z doświadczeniem potrafi

odczuć skutki takiej nagonki. A co dopiero

ktoś, kto dopiero zaczyna.

I wreszcie, jakby tego było mało, pojawia się

jeszcze jeden moment. Bardzo cichy, wypowiadany

w zaciszu domowym: „po co ja się starałem,

skoro to się nie sprzedało?”.

Pierwsza książka – poszła.

Druga – jeszcze jakoś.

Trzecia… już nie.

I zaczyna się rozczarowanie. Czasem złość,

a z czasem i żal – do rynku, do czytelników,

do algorytmów w mediach społecznościowych.

Może nawet do adminów grup na Facebooku,

gdzie post z prośbą o udostępnienie wisi tygodniami,

czekając na akceptację.

Bardzo rzadko przychodzi jednak refleksja. Bo

ten „oszczędny” autor nie bierze pod uwagę

jednej rzeczy: że błąd wydarzył się znacznie

wcześniej. Na etapie, który miał być „tańszy

i szybszy”.

Szybka redakcja robiona po kosztach albo

„przy okazji”. Albo, o bogowie! „AI ogarnie”.

Pal licho, jeśli znajoma polonistka „rzuci

okiem” – ona wyłapie literówki i najgrubsze

błędy językowe.

Najgorszy jest całkowity brak redakcji. To

już gotowy przepis na katastrofę.

Książka wychodzi, na początku może się

nawet sprzedaje, ale ostatecznie się nie obroni.

Czytelnik kupi raz, z ciekawości. Nie wróci jednak

drugi raz, jeśli jakość go zawiodła. I wtedy

zaczyna się proces, którego nie widać w statystykach

sprzedaży: powolna, cicha i nieodwracalna

śmierć na rynku.

Każda kolejna książka niesie za sobą już nie

tylko historię, ale również pamięć poprzednich

doświadczeń czytelnika. Jeśli poprzednie książki

były słabe – nowa wystartuje z minusowego

poziomu. I wtedy naprawdę w głowie autora pojawia

się pytanie: „czy było warto oszczędzać?”

Czy chociaż te kilkaset lub w najlepszym razie

kilka tysięcy złotych mniej na starcie było

warte tego, że kolejne książki nie dostają już tej

samej szansy?

W tym momencie dochodzimy do kolejnej ważnej

rzeczy, która często bywa pomijana w narracji

typu: „zrób szybko i sprzedaj”.

Czyli marka osobista autora, która nie powstaje

przy okazji, tylko jest wynikiem wielu świadomych

decyzji. Każda książka jest jedną z nich,

ponieważ nie ma publikacji neutralnych. Są takie,

które mówią: „możesz mi zaufać” lub „może następnym

razem będzie lepiej”. Problem w tym, że

„następny raz” często już nie nadchodzi.

Dziś mamy wysyp kursów uczących, jak

tworzyć produkty szybko i tanio. Jak skalować.

Jak zarabiać. Jak „nie przepalać budżetu”. I inne

„JAK…”. Te kursy same w sobie oczywiście nie

są złe. Zły jest tylko moment, w którym zaczynają

sugerować, że jakość jest dodatkiem. Że

można ją odłożyć „na później”. Nie można. Bylejakość

nigdy się nie obroni.

Może przez chwilę działać, ale zawsze zostawia

ślad, który wraca niczym bumerang.

Oczywiście nie każda publikacja wymaga redakcji

w tym samym zakresie. Krzyżówki, sudoku,

kolorowanki – takie formy nie potrzebują

pracy na poziomie stylu czy narracji. Ale nadal

wymagają przygotowania, przemyślanego układu,

czytelności i dopracowania technicznego.

Warto pamiętać, że czytelnik nie kupuje tylko

treści, ale i doświadczenie, a to nie znosi niedbalstwa.

I na koniec coś, co boli może najbardziej.

Wystarczy kilka słabych publikacji, by wszyscy

trafili do jednego worka.

Self-publisherzy, którzy inwestują w jakość,

są oceniani przez pryzmat tych, którzy tego

nie robią. Czytelnik nie analizuje procesu. Nie

sprawdza, kto miał redaktora, a kto nie. Widzi

efekt i uogólnia. „Self” zaczyna znaczyć „niedopracowane”.

Niesprawiedliwe, jak niemal

wszystko na tym świecie, ale skuteczne.

Więc, kiedy następnym razem pojawi się

myśl: „może tutaj przytnę koszty”, warto zadać

sobie jedno, bardzo niewygodne pytanie: „czy

ja naprawdę oszczędzam, czy tylko odkładam

rachunek na później?”.

Bo w książkach rachunki przychodzą zawsze.

I rzadko kiedy są symboliczne.




Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page