Tania książka drogo kosztuje. Kto naprawdę za to płaci
- Magdalena S. Matusiewicz Swan Craft Creations
- 16 cze
- 5 minut(y) czytania

Są takie zdania, które brzmią sensownie tylko
do momentu, gdy zaczniemy się im naprawdę
przyglądać. Jedno z nich brzmi: „Na początek
nie ma sensu inwestować. Zrób taniej, szybciej,
zobaczysz, czy się sprzeda”.
Brzmi logicznie, a nawet można się pokusić,
że odpowiedzialnie. A potem przychodzi rzeczywistość
i mówi: sprawdzam.
Bo książka to nie testowy produkt, który
można wrzucić na półkę na zasadzie „może się
uda”. To nie jest też plik, który można puścić
w świat bez konsekwencji. Każda publikacja –
nawet ta pierwsza – jest komunikatem. O autorze,
jego standardach i o tym, czy traktuje
czytelnika poważnie.
I tu zaczyna się paradoks.
Autor oszczędza na redakcji, korekcie i składzie,
z przekonaniem że „to tylko początek”.
A właśnie ten początek kosztuje go najwięcej.
Może nie od razu i nie wprost, za to konsekwentnie.
No bo po co los ma od razu wskazywać
to czy tamto. Prawda?
Najpierw autor traci opinię. Czytelnik nie
musi znać zasad językowych, by wyczuć, że
coś jest nie tak. Widzi, że zdanie się ciągnie,
albo rwie, a dialog brzmi sztucznie. Tekst jest
ciężki, choć miał być lekki. Literówki przestają
być „drobnostką”, kiedy stają się normą.
I wtedy pojawia się coś, czego nie da się łatwo
odzyskać: utrata zaufania. Czytelnik, który
raz poczuje, że ktoś odpuścił jakość tekstu, nie
będzie miał powodu, by dać mu drugą szansę.
Potem przychodzi kolej na sprzedaż. Nie tę
całkowicie pierwszą – bo za nią często stoi ciekawość,
znajomi, kampania, a czasem nawet
przypadek. Problem zaczyna się później, kiedy
książka ma się sama obronić i zacząć żyć z poleceń.
Kiedy ktoś wreszcie ma powiedzieć: „warto
ją kupić”.
Jeśli jakość kuleje, to książka szybko zamilknie.
Wtedy na końcu zostaje coś najtrudniejszego
do odbudowania: wiarygodność.
Autor, który wypuszcza niedopracowane
książki, zaczyna funkcjonować w świadomości
odbiorców jako ktoś, kto „tak już ma”. Zostaje
kimś, kto publikuje szybko, ale byle jak. Nie dopina
treści, nie sprawdza i nie kontroluje szczegółów.
Tłumaczenie: „to był debiut” w żadnym
wypadku nie pomaga.
Rynek wydawniczy nie działa w trybie ulgowym,
a co więcej – mam wrażenie, że jest wręcz
odwrotnie.
Ostatnio pod jednym z moich postów pojawił się
komentarz w tym temacie. Ktoś zarzucił mi, że
broniąc profesjonalizmu, blokuję debiutantów.
Że podnoszę poprzeczkę tak wysoko, że ktoś
na starcie nie ma szans.
Oj nie, nie, i jeszcze raz nie. To nie profesjonalizm
jest przeszkodą, a wiara, że można go
pominąć bez konsekwencji. Debiutant nie jest
w uprzywilejowanej pozycji.
Wręcz przeciwnie, jest na widoku. Wyrzucił
się sam na żer, by zostać poszlachtowanym
maczetami. Świeże mięsko do pożarcia. Brutalnie?
Owszem, ale rzeczywistość właśnie
taka jest. Nowy autor to autor niesprawdzony,
a człowiek zawsze krytykował to, co nieznane.
To idealnie łatwy cel. I nie chodzi tu tylko
o rynek, sprzedaż czy opinie. Chodzi też o coś,
o czym mówi się coraz ciszej, a co jest coraz
bardziej obecne: hejt.
Nie mówię o pojedynczym, przypadkowym
komentarzu, ale o zorganizowanym hejcie,
który staje się nagonką. W sieci istnieją grupy
i przestrzenie stworzone tylko po to, by punktować
teksty. Wyłapywać błędy, pokazywać
niedoróbki i nakręcać spiralę śmiechu. Bylejakość
jest dla nich paliwem. I tutaj oczywiście
ktoś powie: „zaraz, ale jest przecież prawo do
krytyki”. Oczywiście, że tak! Tylko że rzetelna
krytyka – w tym przypadku na przykład
literacka – to po prostu konstruktywna opinia
podparta faktami.
A debiutant? No cóż, przykro mi, mój drogi
debiutancie – jesteś łatwym celem, niczym debiutantka
z piórem we włosach rodem z serialu
Bridgertonowie. Dlaczego? Bo tak samo jak ta
młoda debiutantka nie masz jeszcze odporności
i dystansu. Często wierzysz, że jeśli coś stworzyłeś,
to z pewnością zostanie to potraktowane
uczciwie.
A nie zawsze tak jest. Oczywiście ktoś powie:
„trzeba mieć grubą skórę”. Jednak to zdanie wypowiada
zazwyczaj ktoś, kto już ją ma. Prawda
jest taka, że nawet autor z doświadczeniem potrafi
odczuć skutki takiej nagonki. A co dopiero
ktoś, kto dopiero zaczyna.
I wreszcie, jakby tego było mało, pojawia się
jeszcze jeden moment. Bardzo cichy, wypowiadany
w zaciszu domowym: „po co ja się starałem,
skoro to się nie sprzedało?”.
Pierwsza książka – poszła.
Druga – jeszcze jakoś.
Trzecia… już nie.
I zaczyna się rozczarowanie. Czasem złość,
a z czasem i żal – do rynku, do czytelników,
do algorytmów w mediach społecznościowych.
Może nawet do adminów grup na Facebooku,
gdzie post z prośbą o udostępnienie wisi tygodniami,
czekając na akceptację.
Bardzo rzadko przychodzi jednak refleksja. Bo
ten „oszczędny” autor nie bierze pod uwagę
jednej rzeczy: że błąd wydarzył się znacznie
wcześniej. Na etapie, który miał być „tańszy
i szybszy”.
Szybka redakcja robiona po kosztach albo
„przy okazji”. Albo, o bogowie! „AI ogarnie”.
Pal licho, jeśli znajoma polonistka „rzuci
okiem” – ona wyłapie literówki i najgrubsze
błędy językowe.
Najgorszy jest całkowity brak redakcji. To
już gotowy przepis na katastrofę.
Książka wychodzi, na początku może się
nawet sprzedaje, ale ostatecznie się nie obroni.
Czytelnik kupi raz, z ciekawości. Nie wróci jednak
drugi raz, jeśli jakość go zawiodła. I wtedy
zaczyna się proces, którego nie widać w statystykach
sprzedaży: powolna, cicha i nieodwracalna
śmierć na rynku.
Każda kolejna książka niesie za sobą już nie
tylko historię, ale również pamięć poprzednich
doświadczeń czytelnika. Jeśli poprzednie książki
były słabe – nowa wystartuje z minusowego
poziomu. I wtedy naprawdę w głowie autora pojawia
się pytanie: „czy było warto oszczędzać?”
Czy chociaż te kilkaset lub w najlepszym razie
kilka tysięcy złotych mniej na starcie było
warte tego, że kolejne książki nie dostają już tej
samej szansy?
W tym momencie dochodzimy do kolejnej ważnej
rzeczy, która często bywa pomijana w narracji
typu: „zrób szybko i sprzedaj”.
Czyli marka osobista autora, która nie powstaje
przy okazji, tylko jest wynikiem wielu świadomych
decyzji. Każda książka jest jedną z nich,
ponieważ nie ma publikacji neutralnych. Są takie,
które mówią: „możesz mi zaufać” lub „może następnym
razem będzie lepiej”. Problem w tym, że
„następny raz” często już nie nadchodzi.
Dziś mamy wysyp kursów uczących, jak
tworzyć produkty szybko i tanio. Jak skalować.
Jak zarabiać. Jak „nie przepalać budżetu”. I inne
„JAK…”. Te kursy same w sobie oczywiście nie
są złe. Zły jest tylko moment, w którym zaczynają
sugerować, że jakość jest dodatkiem. Że
można ją odłożyć „na później”. Nie można. Bylejakość
nigdy się nie obroni.
Może przez chwilę działać, ale zawsze zostawia
ślad, który wraca niczym bumerang.
Oczywiście nie każda publikacja wymaga redakcji
w tym samym zakresie. Krzyżówki, sudoku,
kolorowanki – takie formy nie potrzebują
pracy na poziomie stylu czy narracji. Ale nadal
wymagają przygotowania, przemyślanego układu,
czytelności i dopracowania technicznego.
Warto pamiętać, że czytelnik nie kupuje tylko
treści, ale i doświadczenie, a to nie znosi niedbalstwa.
I na koniec coś, co boli może najbardziej.
Wystarczy kilka słabych publikacji, by wszyscy
trafili do jednego worka.
Self-publisherzy, którzy inwestują w jakość,
są oceniani przez pryzmat tych, którzy tego
nie robią. Czytelnik nie analizuje procesu. Nie
sprawdza, kto miał redaktora, a kto nie. Widzi
efekt i uogólnia. „Self” zaczyna znaczyć „niedopracowane”.
Niesprawiedliwe, jak niemal
wszystko na tym świecie, ale skuteczne.
Więc, kiedy następnym razem pojawi się
myśl: „może tutaj przytnę koszty”, warto zadać
sobie jedno, bardzo niewygodne pytanie: „czy
ja naprawdę oszczędzam, czy tylko odkładam
rachunek na później?”.
Bo w książkach rachunki przychodzą zawsze.
I rzadko kiedy są symboliczne.
Komentarze