top of page

Największy strach

Wdrapał się na górę Kolo, żeby znaleźć swój strach.

O tym, że niełatwo jest go odszukać, dowiedział się już jakiś czas temu, kiedy zaglądał do szafy i w głąb studni. Natomiast o tym, że myszkowanie po zboczu góry jest surowo zakazane, wiedział od urodzenia. Mówiono mu, aby trzymał się z daleka od masywu, jeśli nie chce spłatać światu figla, ale powtarzano również, że zdolnym do tego jest jedynie tietäjä – szaman. A że chłopak w niczym nie przypominał starca, żaden psikus nie mógł się na górze Kolo wydarzyć.

Przysiadł na kamieniu niedaleko wywierzyska. Było tu przyjemnie chłodno. Zamoczył stopy i uderzał nimi o taflę, aż wreszcie usiadł po turecku. W opowieściach Pierwszy nie bawił się w wodzie, tylko odprawiał rytuał.

Złożył dłonie na kolanach i odchylił głowę. Ledwie otworzył usta, kiedy pojedynczy płatek śniegu osunął się ze szczytu i zaczął wolno opadać, mieniąc się w słońcu. Chłopak wystawił język, złapał śnieżynkę i prędko przełknął. W tym samym momencie kropla wody ze źródła trysnęła mu prosto w oczy, więc przetarł je. Zupełnie jak w legendach.

Chłód.

Przeszył go, jeszcze zanim otworzył oczy. Ogarnął każdy skrawek ciała, jakby śnieżynka przeniknęła do krwi niczym trucizna. Opowieści milczały na ten temat, nikt nie wspomniał o bólu, w jakim zamarzają kości. Chłopak miał wrażenie, że rzęsy przymarzły do siebie nawzajem i już nigdy nic nie zobaczy – zobaczył.

Zima była kobietą o pociągłej twarzy ze szpetnie wysuniętą szczęką. Wyciągnęła kostropate palce ku buzi chłopca, a on poczuł, że skóra na policzkach szroni się i zaczyna mrowić. Za bardzo był wystraszony, żeby próbować uciec. Zima obserwowała go z każdej strony; utkane z lodowych igieł włosy lśniły w słońcu i drgały złowieszczo, jakby w gotowości, by wystrzelić i pociąć młodziutką twarz.

–  Co was sprowadza? – spytała wreszcie, a każde słowo przypominało szum wiatru.

Chłopiec był pewien, że zwymiotuje ze strachu i zwróci Zimie jej drobinkę. Wiedział jednak, że drobinka już dawno zmieniła się w wodę i nie ma możliwości jej oddać w tej samej formie. Tak jak nie było możliwości, żeby po prostu uciekł, nie stłukłszy sobie przy tym kości.

–  Mówcie, tietäjo! – ryknęła zniecierpliwiona. – Czego chcecie w zamian? – Jeszcze mocniej zacisnęła palce na podbródku chłopaka, niemal wypychając mu słowa z ust.

–  Nie jestem tietäją… – mruknął. – Jestem Ed, chociaż papa mówi, że Edvard.

–  Edvard…? – zaśmiała się perlistym śmiechem. W uszach chłopca brzmiał on jak osuwanie rumoszu skalnego, więc wzdrygnął się i przypadkiem wyrwał z uścisku.

–  Ed, Szanowna Pani – powtórzył śmielej. – Szukałem czegoś, ale to już nieważne. Teraz chciałbym wrócić do domu.

Odwrócił się i już miał zacząć biec, kiedy znów poczuł uścisk, tym razem na przegubie, chłodny i mocny.

–  Czego poszukiwaliście, Edvardzie? – Zima przyciągnęła go do siebie na tyle blisko, by zaczęła szczypać go skóra. – Musimy zawrzeć umowę. Inaczej nic z naszego spotkania nie wyniknie.

–  Nie… – jęknął. – Ja już naprawdę…

Królowa śniegu skubnęła kilka swoich włosów, twardych, ostrych i lodowych, po czym uformowała z nich mały nożyk. Zbliżyła go do twarzy chłopaka; na powierzchni ostrza zatańczyło odbicie jego poczerwieniałych policzków.

–  Nie chcemy tego, prawda? – spytała i zaraz nóż rozbił się w drobny mak. – Dogadamy się inaczej, mam rację? Mogłabym, dla przykładu, zwyczajnie was teraz wypuścić…

–  Tak. – Ed przełknął gulę w gardle. – Proszę.

–  …Ale wtedy pozostałabym w takiej samej pozycji jak sprzed naszego spotkania. – Przycisnęła go do piersi tak, że nie mógł oddychać. – Tego także byśmy nie chcieli, czyż nie?

Odsunęła go od siebie, by odpowiedział. Chłopak szarpał się w jej objęciach. Tłukł ją pięściami po ramionach i kopał w piszczele, ale ciało Zimy było twarde jak kamień, więc to jego dłonie i nogi cierpiały bardziej.

–  Puść mnie! – darł się. – Wiem, że jesteś tu uwięziona!

I przycisnęła go z powrotem. Krzyczał dalej, ale zęby chrzęściły o lodową skórę Zimy, więc słychać było tylko mamrot.

–  Uwięziona – powtórzyła, gdy umilkł. – Prawda. Ale czy wy także nie jesteście teraz w potrzasku? Wystarczy, że pozwolicie mi poznać trochę świata. Pomożemy sobie nawzajem. Zgadzacie się ze mną, Edvardzie?

Chłód zaróżowił mu twarz, spuchnięte policzki przypominały grona malin, ziarnisty szron szklił się na brwiach. Przed oczami rozpuszczała się czerń, coraz głębsza i głębsza.

Wypuściła go z objęć.

–  Tak – wydusił, łapiąc oddech. – Tylko proszę…

–  Jeszcze raz – zaznaczyła. – Musisz powiedzieć: Chciałbym.

Chłopiec skulił się, schował głowę w kolanach. Mięśnie stężały w sztywne, bezkrwiste grudy. Zamarzał. Był jeszcze zbyt młody, żeby myśleć o śmierci, ale teraz z pełną świadomością stwierdził, że właśnie umiera. Śmierć jest chłodna.

Z otchłani dobiegł go głos Zimy:

–  Czy chcielibyście, Edvardzie, tietäjo, abym zeszła z góry Kolo, oczekując w zamian tego, żebym was puściła?

–  Chciałbym.

–  Tak też się stanie.

Stało się.

Zima rozpierzchła się po świecie, a Ed znalazł swój strach.

***

Gdyby dało się cofnąć czas, Ed wiele rzeczy zrobiłby inaczej. Starłby z twarzy sok po moroszkach, żeby zmylić wuja Manu, kiedy ten przydybał go obok spiżarni. Nigdy nie zbliżyłby się do góry Kolo. A już na pewno znalazłby lepsze wytłumaczenie przed papą, niż to, że wałęsał się przy linii granicznej wioski, za co koniec końców i tak zgarnął cięgi.

Papa był mistrzem we wszystkim, oprócz trafiania w pośladki, stąd Eda zbudził ból w lędźwiach. Ocierając twarz z cienkiej warstwy snu, jaka jeszcze trzymała powieki w zamknięciu, usłyszał, że coś tłucze o dach. Delikatne pykanie, jakby deszczu, którego krople były zadziwiająco miękkie. Zaraz jednak dźwięk został przyćmiony przez śpiew, najpierw dochodzący z daleka, a potem – gdy malec przystanął przed drzwiami – wypełniający chatę aż po samą powałę:

–  Bóstwa psiemówiły… Psibył sam do ludu Tavali… Psiniósł magię z góly Kolooo…

–  Juuso! – przerwał mu kobiecy głos. – Stamtąd Pierwszy nie usłyszy, jak pięknie śpiewasz. Marsz przed posąg!

Dziecko zatuptało i odbiegło, a piosenka podążyła za nim, coraz to cichsza, ale wciąż słyszalna na tyle, by na dobre rozbudzić Eda. Podniósł się na sienniku, pozwalając, by okrycie opadło na podłogę. Gruba wełniana płachta. Nie przypominał sobie, żeby się nią przykrywał. Kiedy kładł się spać, było przecież ciepło. Czyżby…?

Zima. Nie był pewien, czy naprawdę ją spotkał. Czy naprawdę czuł na sobie jej dotyk, wilgotny, lepki, nieludzki? Jest tak przecież, że sny czasem przenikają tę cienką ściankę, za którą zaczyna się rzeczywistość, i oba te światy mieszają się ze sobą jak w kotle. Tylko co wtedy z jego strachem?

Wystarczył krok poza granice siennika, żeby chłód wsiąkł mu w podeszwy stóp. Zrobiwszy drugi, dostał gęsiej skórki. Przy trzecim zerwał szatę z wiszącego na ścianie poroża. Czwarty, piąty i szósty zaprowadziły go na zewnątrz, gdzie to, co wziął za miękki deszcz, sypało się z nieba kuleczkami wielkości ziarenek grochu.

***

Zapomniał założyć łapci, dlatego wyszukiwał fragmentów drogi, których jeszcze nie przysypał śnieg. Równie dobrze jednak mógłby uprosić wróbla, żeby nauczył go latać. Biel pokryła całą wioskę, od pali okalających pastwisko, po najdalej wysuniętą szamańską chatę. Jej granice wytyczały teraz śnieżne pagórki. Śnieg był wydeptany i śliski, więc Ed parę razy poślizgnął się, machając przy tym rękoma niczym wariat.

Albo niczym Wuj Mano, który toczył teraz nierówną walkę ze śnieżynkami.

–  A więc teraz zza pleców, tak? – syczał olbrzym. – O, Edziu. Uważaj, nie da się od tego cholerstwa odpędzić… Wczoraj upał, a dziś coś takiego? Jak wielbię szamana, tak będę go musiał wziąć na spytki.

Pytanie brzmiało: którego szamana? Drewniany posąg Pierwszego – tietäji, o którym opowiadały legendy – wyglądał na niewzruszonego słowami mężczyzny. Jak zwykle wznosił spojrzenie ku górze Kolo, nieprzejednanie milczący i najeżonymi drzazgami. Jego wcielenia z kolei nigdzie nie było widać.

–  Wypatrujesz ojca? – zauważył wuj. – Poszedł wyłowić ładną rybę na ceremonię. Oddany wiosce aż po same czubki palców, co? – Poklepał się po rosłym brzuchu, drugą ręką wciąż młócąc powietrze. – Kiedy przyjdzie twoja kolej, to ja wystaram się o sandacza dla ciebie. Ile to jeszcze zostało?

–  Miesiąc i pół tygodnia – odparł natychmiast. Niewiele było dni, których wyczekiwał jak tego jednego.

–  Mgnienie oka, słowo daję. Odkryłeś już swoje Kiri?

Kiri, największy strach. Na to słowo Ed poczuł chłód w trzewiach. Przed oczami stanęła mu Zima: jej chłodne spojrzenie, ciemne wargi…

–  Nie. Jeszcze nie.

Mężczyzna przyciągnął go do siebie i zmierzwił mu czuprynę, aż się najeżyła. Dzieci przestały ganiać wokół statuy i spojrzały na nich wielkimi oczyma. Wuj wyciągnął ku nim wielkie łapska i te rozbiegły się do matek.

–  Może twoim największym strachem jest stary Mano? – zaśmiał się do siostrzeńca, po czym dodał poważnie: – Posłuchaj, Kiri różni się od klasycznego strachu. To musi być coś, co spędza sen z powiek. Coś, co ściska gardło. Jeśli dasz temu radę…

–  Stanę się prawdziwym mężczyzną – dokończył Ed. Marzył o tym, od kiedy pamiętał, a marzenie to płonęło mu głęboko pod żebrami tym mocniej, im bliższe stawały się dwunaste urodziny.

–  A jakże! Coś miałem jeszcze powiedzieć… Aha. – Zamknął płatek śniegu w garści. – Nie szepnął ci może ojczulek, o co chodzi z tym kurzem z nieba?

Wszyscy, którzy stali przy posągu, wyglądali na – w najlepszym wypadku – zdezorientowanych. Spośród radosnych dziecięcych okrzyków dało się wyłowić zaniepokojone pomruki dorosłych; szeptali o bóstwach i szamanie, patrząc w trójkątny wycinek nieba, którego jeszcze nie zasłoniły ciemne kłęby.

–  To śnieg – wyjaśnił Ed. – Ten sam, który widać czasem na szczycie Kolo. Dzięki niemu chyba się wreszcie ochłodzi. Chyba.

To samo przekazał później mieszkańcom wioski tietäjä, starzec o twarzy sękatej jak Pierwszy i wąskim pasku ust, schowanym w gąszczu białej brody. Użył oczywiście innych słów, jednak zasadnicza treść pozostała taka sama: w najbliższym czasie nie należy obawiać się słońca.

–  Twoja to wola, Naznaczony? – spytała jedna ze zgromadzonych kobiet. Płatki śniegu opadały na jej krągły ciążowy brzuch i wsiąkały w materiał. – Przyniosłeś dar ze świętej góry?

Przez całe przemówienie starzec patrzył na statuę; kiedy jednak kobieta zadała pytanie, przeniósł spojrzenie na tłum i Ed odniósł wówczas wrażenie, że patrzy prosto na niego. Ciemne oczy, osadzone głęboko wewnątrz czaszki zdawały się mówić: „Byłeś tam! Czy to, co przyniosłeś, okaże się dobre?”.

–  Dar ten należy przypisać Pierwszemu – odparł szaman. – Duch jego stanął u szczytu Kolo i zesłał ludowi Tavari to, czego w danej chwili potrzebował. Radujmy się więc i podchodźmy do tegoż podarku z ciekawością, aniżeli przestrachem.

Na tym przemówienie się skończyło. Tietäjä ruszył w kierunku chaty o kopulastym kształcie, nie spuszczając wzroku z Eda, aż nie zniknął za drzwiami. Zgromadzeni rozeszli się, na własną rękę sprawdzając, czym jest podarunek od Pierwszego: lizali go, wcierali w skórę, gnietli w dłoniach.

Wkrótce plac opustoszał i Ed został sam na sam z posągiem. Obydwaj milczeli, ale tylko jeden wyglądał na zatroskanego.

***

Patrząc na papę wystarczająco długo, dochodziło się wreszcie do wniosku, że jednak jest człowiekiem. Takim z krwi i kości, z sercem schowanym głęboko za mostkiem, z kasztanową czupryną, pod którą pływały zupełnie ludzkie myśli. Choć w ciągu kilku tygodni nieco schudł, wciąż łatwo było pomylić go z niedźwiedziem. Gałęzie w jego dłoniach wydawały się śmiesznie małe, zwłaszcza gdy układał je z taką starannością.

–  Wszystko trzeba ułożyć w kształt stożka – mówił. – Widzisz ten patyk? On jest naszym środkiem, musi być stabilny. Pojmujesz?

Ed skinął głową. Pojmował wszystko. Oprócz jednej kwestii, która męczyła go nawet bardziej niż palące uda, przykry skutek siedzenia w kucki.

–  Czemu to właśnie my musimy rozpalać ognisko? Powinien to robić ktoś z bliskich tego chłopaka, Jakko. W końcu to jemu jest poświęcona ceremonia.

–  Poprosiłem jego rodziców, żebyśmy my to zrobili. Musisz się nauczyć rozpalać ognisko.

–  Przecież potrafię!

–  Płomyczek, który rozpaliłeś tydzień temu, jest obrazą dla wszystkich ognisk tego świata.

Gdyby Ed był mężczyzną, mógłby się z nim o to kłócić, a tak mruknął tylko:

–  Po co mam się uczyć, jak rozpalać ognisko, skoro ty możesz to robić?

Ojciec spojrzał na niego z ukosa.

–  Mam być twoim sługą? – spytał, a Ed wyobraził sobie mężczyznę w tradycyjnej kobiecej szacie i prychnął ze śmiechu.

–  Do samej śmierci!

Papa machnął ręką, co znaczyło, że żarty skończone. Zebrał chrust w kupę i uformował zeń gniazdo. Sięgnął po podłużną szczapę i nagle się zatrzymał. Zważył drewno w dłoni, przejechał kciukiem po chropowatej powierzchni. Odrzucił polano za plecy i chwycił kolejne. Miał brzydki zwyczaj, by nie mówić od razu, w czym tkwi problem. Najpierw zastanawiał się samemu, gniotąc go w myślach, aż ten samoistnie nie opuszczał czaszki.

–  Szczapy złapały wilgoć – powiedział wreszcie, kiedy za plecami piętrzył się stos drewna. – Puszczą… – Rozkaszlał się. Od paru tygodni nic tylko kaszlał. – Po wsadzeniu do ognia puszczą wodę i zaczną syczeć. Trzeba pójść po nowe.

–  Dobrze – odparł Ed. Zdążył się znudzić, więc okazja do pomocy okazała się wybawieniem. – To zaraz wracam.

Ale ojciec pokręcił głową i chłopak już wiedział, co zaraz usłyszy. Spuścił głowę.

–  Idź po wuja, on zrobi to szybciej. Ty jesteś jeszcze dzieckiem. Za słabym na noszenie tylu szczap – mruknął. – Tak właśnie powiesz.

Papa był mądrym człowiekiem i właśnie dlatego nie próbował go pocieszyć.

–  Idź.

I Ed poszedł, dogadując pod nosem Zimie. Ta wbiła szpony w drewno, tylko po to, aby raz jeszcze udowodnić mu, że wciąż jest dzieciakiem. Do ceremonii pozostał miesiąc. Wtedy się z nią rozprawi.

***

Płomień buchał w rytm muzyki. Bijący odeń gorąc czuli nawet najdalej stojący od ogniska mężczyźni, już spoceni od stukania drzewcami włóczni. Kobiety ukrywały się za ich plecami, uderzając w struny kantele. Powietrze drżało od uderzeń w noitarumpu – ceremonialny bęben, obracający się w zręcznych dłoniach szamana.

Chłopak, który stanął przy ognisku, nazywał się Jakko i drżał jak liść. Starał się to ukryć, strzepywał z ramion grube grudy śniegu i pociągał nosem, ale nikt nie miał wątpliwości, że dygocze ze strachu, nie z zimna. Był obwieszony po czubek głowy, mimo to wciąż objuczali go kolejnymi płachtami i zapasowymi tkaninami.

Nóż puukko podał mu ojciec, tyczkowaty mężczyzna z długimi włosami barwy pnia sosny. Chłopak wpatrywał się w ostrze pustym wzrokiem. Ed widział w swoim życiu wiele podobnych ceremonii, ale jeszcze nigdy nie czuł się z tym tak źle.

–  Wróci – wyszeptał do niego papa. To były typowe słowa otuchy, które miały wybić Edowi z głowy myśl, że on sam może przegrać w starciu z Kiri i tym samym pozostać dzieckiem już na zawsze. Tego wieczoru jednak nie martwił się o siebie.

Bębnienie ustało, więc dało się słyszeć wyłącznie cichą melodię, wygrywaną na kantele. Tietäjä podszedł do posągu Pierwszego, przejechał ręką po drewnianym udzie, po czym stanął naprzeciw Jakko.

–  Twoje Kiri – rzekł. – Niech Pierwszy je usłyszy.

–  To dzikie ziemie, Naznaczony – odparł chłopak drżącym głosem. – Tam… Tam, gdzie żyją bestie o pękatych brzuszyskach, w których zmieści się tuzin dorosłych ludzi.

Wystawił rękę, a szaman chwycił go za nią i zaczął wodzić kciukiem po jej wewnętrznej stronie. Mężczyźni uderzali włóczniami o ziemię, coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie zamarli w bezruchu. Tietäjä zamknął w dłoni palec wskazujący Jakko tak, że widoczny był tylko opuszek. Wbił w niego drzazgę.

–  Posiadłeś fragment Pierwszego – przemówił. – Będzie cię strzegł w walce z największym strachem. Zgładź go razem z dziecięcą naturą, a wtedy przyjmiemy cię z powrotem, byś zasiadł u boku mężów. – Puścił palec. – Bądź zdrów.

–  Bądź zdrów! – zawtórowali mu mężczyźni. Znów niósł się rytmiczny stukot. Szaman sięgnął po bęben, kobiety uderzyły w struny. – Bądź zdrów!

Śnieg skrzypiał pod stopami Jakko, gdy ruszył ku granicy wioski, odprowadzany radosnymi okrzykami. Ognisko zapłonęło jeszcze mocniej i sypało złocistymi skrami, toczącymi walkę z płatkami śniegu. Ludzie pozdrawiali chłopaka jeszcze długo po tym, jak zniknął za horyzontem, a świeży puch zasypał jego ślady.

Ed przecisnął się między roztańczonymi ciałami i wreszcie dotarł przed posąg. Usiadł i oparł się o cokół. Próbował odetchnąć, koncentrując się na muzyce, ale z marnym skutkiem – myśli huczały mu w głowie głośniej od bębnów i kantele. Spojrzał na Pierwszego i w tym samym momencie usłyszał cienki głos, dochodzący jakby z sękatych ust.

–  Tylko parę miesięcy… – załkał.

Ed wspiął się na cokół i tam, schowaną za posągiem, zobaczył matkę Jakko. Leżała u drewnianych stóp. Płakała.

–  Jak on ma się przeprawić przez to zimno, ten chłód? Nie mogłeś zaczekać…? – Nie zauważyła Eda, a ten niemal przeprosił, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język.

***

Zwykle Tavari kończyli pracę dopiero o zmierzchu, jednak tego wieczoru od dawna oddawali się przyjemnościom. Podarunek od Pierwszego był ciekawszy od rycia w twardej ziemi. Pomarańcz słońca rozlewał się miękko po zasłanych śniegiem polach jak sok z malin moroszek. Ziarnisty pył skrzypiał pod naporem dziesiątek łapci, bo ludzie biegali tam i z powrotem, chcąc nałapać jak najwięcej śnieżynek.

Ed doszedł do wniosku, że i wuj Mano, i matka Jakko martwią się na wyrost. Ludzie przecież się cieszyli. Przyszło mu do głowy, że kiedy za kilka tygodni, po swojej ceremonii, położy kres Zimie, wszyscy będą mieli mu to za złe.

Nie – jeśli wszystko pójdzie dobrze, nikt nie powinien się dowiedzieć, że w ogóle był na górze Kolo. Nie musiał się kryć, bo nikt go nie podejrzewał.

Nawet papa nie poznał.

–  Śnieg, co? – zagadnął Eda, kiedy leżeli już na siennikach. Był zmęczony, chociaż starał się na takiego nie wyglądać. Tuż po ceremonii wyruszył na kolejne polowanie i wrócił do domu jeszcze później niż syn. – Jak myślisz, komu go zawdzięczamy?

–  Pierwszemu – odparł sennie chłopak. Gdyby powiedział prawdę, zgarnąłby manto.

Kłamać było i łatwiej, i bezpieczniej.

–  Rozsądnie – przyznał papa. – Ale ja tam myślę, że to dzięki twojej matce. Jej duch spostrzegł nasz pot i wzleciał wysoko, aż po chmury, żeby trochę ich skubnąć.

–  Śnieg to kawałki chmur?

–  Tak właśnie myślę.

Ed nie odpowiedział. Ułożył się na sienniku i usiłował zasnąć, gdy nagle, jak to w trakcie zasypiania bywa, przyszła mu do głowy myśl, której nie potrafił odpędzić.

–  Twojej duszy wiatr nie wywieje, prawda?

Cisza. Tak długa, że chłopak pomyślał, że ojciec już śpi. Wtedy jednak słyszałby chrapanie, a tak z kąta chaty dochodził dziwny świst, ni to oddech, ni to charkot, tylko właśnie świst, jakby ktoś powoli wypuszczał powietrze z worka.

–  Każdą kiedyś wywieje – odparł wreszcie mężczyzna, a świst niespodziewanie ucichł. – Taka jest kolej rzeczy. Dasz sobie beze mnie radę, jeśli o to się martwisz. W końcu będziesz już mężczyzną.

–  Dobrze.

Chwilę później Ed już spał. Śniła mu się kobieta krusząca w dłoniach chmury; powstały dzięki temu sypki pył opadał na całą wioskę, ale przede wszystkim na dach chaty, pod którym spało dwóch identycznie brodatych mężczyzn.

***

Tylko cud sprawił, że zawieja nie zabrała wioski ze sobą. Ed pamiętał tamtą noc strzępami. Wiatr łomotał w ściany chaty z wyciem, drobny pyłek śniegu przepychał się do środka przez szczeliny między balami. Pachniało lasem i mokrą ziemią.

Podmuch najpierw uderzył w nadproże, jakby źle wycelował, i dopiero po tym huknął w drzwi. Te otwarły się na oścież i tuman śniegu wtoczył się do środka, wypełniając sobą chatę. Papa zerwał się z siennika. Cienkie płachty juchtu poderwały się do lotu i załomotały o ścianę. Para łapci przeleciała tuż nad ramieniem Eda w tym samym momencie, kiedy wiatr zwalił papę na ziemię. Kaszlał, jakby miał wypluć płuca, jakby śnieg bez reszty wsiąkł w to wielkie ciało, teraz lśniące od kropel wody. Spróbował się podnieść – wiatr rąbnął go w twarz. Osłonił ją dłońmi, krzyknął:

–  Stój!

Widział, że Ed zbiera się już z siennika, mokry i dygoczący ze strachu. Syn usłuchał rozkazu. Chciał coś powiedzieć, ale wiatr wypełniał mu policzki po brzegi; ledwie mógł oddychać, a co dopiero buntować się przed ojcem. Gdyby miał przy sobie nóż puukko

Tymczasem papa przywarł do ziemi. Czołgał się po klepisku, przecinając powietrze dłońmi wielkości patelni. Wiatr świszczał z równą siłą co oddech w bezbronnych płucach. Ed schował się pod pledem. Czekał. Kiedy rozległ się łoskot, przestraszył się, że to powała runęła w dół. Zaraz jednak poznał, że szum wiatru przycichł. Teraz dało się słyszeć przede wszystkim donośny kaszel.

Im bliżej znajdował się papy, tym szybciej w jego sercu rósł niepokój. Nigdy nie czuł niczego podobnego i nie wiedział, skąd to pochodzi. Ukląkł przy mężczyźnie i zaczął klepać go po plecach,ale ten kaszlał i kaszlał, aż wreszcie chyba nie miał już czym, więc zaczął rzęzić.

–  Na przyszłość… – wycharczał. Tak cicho, że Ed musiał pochylić się, żeby cokolwiek usłyszeć. – … w takiej sytuacji masz pod żadnym pozorem nie otwierać drzwi. Jasne?

–  Tak.

–  Dobrze.

Ale nic nie było dobrze. Zawieja bezustannie goniła po wiosce, a zimno ciągnęło wszystkimi szparami, także tymi przy samej ziemi. Przez resztę nocy nie zmrużył oka. Kiedy czuł, że odpływa, zrywał się z siennika i uspokajał, dopiero gdy słyszał świst, dochodzący z piersi papy.

***

Palenisko zasypane poczerniałym od popiołu śniegiem. Słoma ze strzech, porozrzucane wiadra i zydle. Powróz zaczepiony o posąg, szczątki krosien przed rzędem chat, bale drewna wyzierające przez wyłom w drewutni.

–  Nie sposób zbadać zamiarów Pierwszego co do ludu Tavari – tłumaczył tietäjä na tyle głośno, by przekrzyczeć beczenie oszalałych owiec. – Doświadczenia ostatnich dwóch tygodni, podczas których zrozumieliśmy, czym jest dar, oraz wczorajsza zamieć, każą mi myśleć, że oto poddaje się nas próbie.

Przy posągu zebrała się niemal cała wioska. Wszyscy wyglądali identycznie, ubrani w podbite futrem płaszcze i juchtowe buty, które były o wiele cieplejsze niż cieniutkie łapcie. Wszyscy mieli jednakowo zaniepokojony wyraz twarzy.

–  Co z naszymi domami, Naznaczony? – spytała niepewnie kobieta, stojąca w pierwszym rzędzie. –Wiatr pozrywał dachy. Gdzie będziemy spać?

–  Tkaniny na nowe ubrania przemokły do cna – odezwał się głos z drugiego końca. – Zaczyna brakować warzyw. Ziemia jest zbyt twarda, żeby coś z niej wyrosło.

–  Co możemy zrobić, Naznaczony? Co robić, żeby to przeminęło?

Nigdy wcześniej nikt tak otwarcie nie zwracał się z prośbą do szamana. Ceniono jego mądrość i wierzono, że jeśli dostrzeże problem, sam podyktuje ludowi jego rozwiązanie. Ludzie w tej nowej sytuacji czuli się nieswojo; spuszczali wzrok i przyciskali dłonie do piersi.

Ed czekał na odpowiedź szamana podobnie jak reszta, z tą różnicą, że oni nie musieli znosić jego ciężkiego spojrzenia. Te dwie głęboko osadzone bryłki onyksu przewiercały go na wylot, mimo że schował się za plecami wuja Mano.

Jeśli tietäjä chciał mu w ten sposób przekazać wiadomość, że odpowiada za cierpienie tych ludzi, to spóźnił się o całą noc. Ed nie tyle nie chciał, co zwyczajnie nie potrafił już myśleć o niczym innym niż o pokonaniu Kiri. Ale potrzebował do tego noża puukko, a papa mógł mu go przekazać dopiero w dzień jego dwunastych urodzin.

Dwa tygodnie.

–  Pokażmy Pierwszemu, że jesteśmy godni, by nazywać nas ludem Tavari – ogłosił wreszcie szaman. – Przygarnijmy tych, którym zabrano dachy. Rozpalmy ogniska i wspólnie wysuszmy, co przemokłe. Poszukajmy roślinności nie pod stopami, a na linii oczu. Tak bowiem udowodnimy, że łączą nas więzy, których próżno szukać wśród innych ludów północy. Wtedy…

Urwał nagle, odrywając wzrok od chłopaka. Teraz patrzył ponad głowami zgromadzonych. Na coś, czego wioska nie widziała od dziesiątek lat.

–  Niedźwiedź! – ryknęła kobieta z pierwszego rzędu. Tłum w jednej chwili zagęścił się i zbił w żywą, przestraszoną masę.

Oprócz grubych zasp śniegu wszędzie leżały kupki słomy z zerwanych strzech. Te pierwsze skrzypiały pod ciężarem łap, drugie wzbijały się w powietrze, chłostane pazurami. Zwierzę przebiegło wzdłuż rzędu chat, rycząc jak opętane. Zakręciło przy palenisku i zatrzymało się naprzeciw ziemianki, w której składowano zapasy. Próbował sforsować drzwi. Pazury zachrzęściły o bale. Raz, drugi, trzeci. Kilka odłamków drewna wystrzeliło w powietrze, ale budynek stał twardo.

Niedźwiedź odwrócił łeb w kierunku tłumu; pysk lśnił od drobinek śniegu, w oczach płonął gniew. Kilkoro mężczyzn ruszyło powoli ku intruzowi. Bez broni, bo tradycja nakazywała, aby na czas spotkania zostawić ją w chatach. Niedźwiedź stanął na tylnych łapach i ryknął, jakby przygotowując się do ataku. Zaraz jednak opadł, obrócił się i puścił z powrotem do lasu.

Nie było mowy o kontynuowaniu spotkania. Kobiety przytulały wystraszone dzieci, mężczyźni spinali mięśnie, tworząc zapory oddzielające ich rodziny od fali poruszonego nagle tłumu. Wuj Mano przycisnął siostrzeńca do brzucha i burknął pod nosem: – Twój ojciec by mi nie wybaczył… Za mną, zanim coś ci się stanie. – Ale Ed wiedział, że to COŚ już się stało. Nie tylko jemu, ale całej wiosce. Przepychając się przez tłum, czuł na sobie wzrok tietäji, słyszał zawodzące dzieci i ciskających klątwy mężczyzn.

Co ja najlepszego narobiłem?

Dwa tygodnie.

***

Nie przewidział jednego: że świat skończy się jeszcze przed upływem tygodnia. Huk rozdarł niebo i zawisł ciężko nad wioską. Ryk góry Kolo.

Malce upadły na siedzenia, rozsypując rozmokły owies. Ich matki zmięły materiał w palcach i zwaliły krosna na ziemię, przestały dłubać w śniegu i wyrzuciły puste koszyczki. Ojcowie cisnęli pasterskie laski w ślad za zwierzętami, schowali strzały do kołczanów i puścili się doliną ku wiosce.

Zwały śniegu, dotąd utrzymywane przez ściany co wyższych domostw, zaczęły się osuwać i uderzały ciężko o ziemię. Niektóre domostwa zasypało śniegiem tak, że spod kopców dało się dojrzeć wyłącznie drzwi – małe lufciki w bieli, przez które wybiegali ludzie.

–  Szufl…! – krzyknął jeden z szuflujących, którzy stali na głównym placu, kiedy wpadła na nich rozjuszona gawiedź. – Chodu!

Ed wypuścił szufle z rąk. Patrzył na górę Kolo jak w transie. Jej zbocza to falowały, to puchły, buchając białymi tumanami. Ze szczytu odrywały się wielkie bloki śniegu, pokrywa rozpadała się w oczach…

Tyle zdążył zobaczyć, nim tłum porwał go i zapędził pod pomnik.

Ktoś wbił mu łokieć w twarz, ktoś popchnął go prosto na czyjeś plecy. Śmierdziało potem, zwierzęcym łojem i gorzkimi ziołami. Miał nadzieję, że wypatrzy papę. Przed oczami migały mu dziesiątki pleców, ale żadne nie pasowały do tych ojcowskich: wciąż pękatych, ale tylko dzięki łopatkom, bo mięśni papa nie miał już prawie wcale.

Tłum stanął wreszcie w miejscu, nie przestał jednak wymachiwać rękoma.

–  Próba! – krzyczał męski głos. – Żadna próba! To wyrok!

–  A tak! – zawtórował mu kobiecy, z przeciwnej strony. – Całą noc myśmy w niebo patrzyli. Jedynie ślepy nie zauważyłby, jakie ono brzydkie, pomarszczone ze złości…

–  Siłować się z bóstwami! – Do okrzyków stopniowo dołączały kolejne, teraz dochodziły z całego placu. – Niech nas zabiją od razu, po kiego się męczyć! Wyłaź, tietäjo!

Ciżba rozstąpiła się na widok szamana, nie szczędząc mu obelg. Starzec puszczał to mimo uszu. Stanął w sąsiedztwie pomnika i – zupełnie jak tenże – milczał dłuższą chwilę, wpatrzony w szczyt góry.

–  Naczelnym zadaniem tietäji jest sprostać oczekiwaniom nie bóstw, a ludzi, którym przewodzi… – zaczął, ale zagłuszył go gniew ludu:

–  To koniec, Naznaczony! Dzieje ludu Tavari skończyły się, kiedy przemówiła góra. Wszyscyśmy słyszeli jej ryk, tylko czekać, aż śnieg…!

–  Pomówię z niebianami! – zakrzyknął szaman. – Wejdę na górę Kolo i wybłagam na nich ostatni gest łaski, choćby skazano mnie za to na wieczne milczenie.

Najpierw ucichli i zaczęli opuszczać wniesione gniewnie kułaki, później spoglądali na siebie, równie zdumieni, co rozluźnieni niespodziewaną nadzieją. Ed wiedział jednak, że to jeszcze nie koniec przemowy.

Szaman otworzył usta w tej samej chwili, kiedy on zamknął oczy.

To już. Tietäjä zaprosi go na sam środek i na oczach wszystkich wypędzi z wioski za to, że sprowadził na nią nieszczęście. To już…

–  Zgodnie z tradycją – zabrzmiał ciężki głos – na towarzyszącego mi śmiałka wybieram… Edvarda, syna Esry!

Ed nie miał czasu na zdziwienie. Tłum rozstąpił się przed nim zaraz po słowach szamana, a wyrastające zeń setki dłoni, wypchnęły go przed pomnik. Upadł kolanami w śnieg. Nim zdążył się podnieść, usłyszał czyjeś krzyki:

–  Edziu! – Wujek Mano. Tylko on tak go nazywał. – Tak mi przykro, Ed… Ostrzegałem go, ale on…!

Z tej perspektywy mógł zobaczyć tylko szamana. Jego twarz spięła się: zupełnie siwe, krzaczaste brwi złączyły się nad rozeźlonym spojrzeniem. Pokrzykiwania Mano ucichły jak nożem uciął. Kiedy Ed wstał i obrócił się do tłumu, wuj już na niego nie patrzył – biegł co sił w kierunku chat. Krzyczał:

–  Ładujcie co potrzebniejsze rzeczy do tobołów! Jeśli ci dwaj nie wrócą, wyruszamy do sąsiednich ludów!

Świat naprawdę się skończył.

***

–  Przecież mówię, że potrzebuję drzazgi i noża puukko!

Mógł tak zdzierać gardło przez cały dzień, a tietäjä i tak nic by sobie z tego nie zrobił. Oprócz nadludzkiej cierpliwości starzec miał jeszcze potwornie silny chwyt. Z początku Ed próbował się wyrwać, ale zaciśnięta na kołnierzu płaszcza dłoń nawet nie drgnęła, więc dalej szedł potulnie jak baranek.

–  Noża puukoo, słyszysz? Bez niego sobie nie poradzę. Nie przeciwko Kiri. Naznaczony akurat powinien to wiedzieć.

Głos drżał mu identycznie jak całe ciało. Strach lubi obezwładniać, a Kiri robi to najlepiej, bo najgłębiej siedzi w człowieku. Dłonie, uda, nos – Ed bał się całym sobą i chociaż zimno zabarwiło mu twarz na kolor płomienia, miał wrażenie, że taszczy w płucach ogromną krę lodu.

Znaleźli się pośrodku bieli. Do góry pozostał kawałek, ale wioska wyglądała już z tej odległości jak zbiór ciemnych kwadratów. Szaman puścił wreszcie Eda. Ten odskoczył do przodu i wpadł po pas w śnieg.

Tietäjä nie próbował mu pomóc.

–  Tutaj zaczyna się załom – stwierdził. – Odtąd, aż po samą górę, na drodze leży blisko pół metra śniegu. Dalej więc kroczysz sam.

–  Niby jak? – Edowi udało się jakoś wspiąć z powrotem na podwyższenie terenu. Śnieg wpełzł mu pod ubranie i tajał na skórze; poły szaty przemokły do suchej nitki.

–  A jaki miałeś zamiar, zanim zmusiłem cię do naprawienia swoich błędów? Zdawało ci się, że Naznaczeni potrafią latać niczym ptaki?

–  Nie jestem Naznaczonym – odburknął. – Poza tym powinienem mieć ze sobą fragment Pierwszego. On by mnie poprowadził.

Szaman westchnął i pokręcił głową. Zsunął płaszcz, rozsupłał linkę, którą przytroczył sobie jakiś przedmiot do pleców. Rzucił to coś pod stopy chłopaka.

Była to para jednakowo wygiętych gałęzi jesionu z plątaniną skrzyżowanych ze sobą sznurków. Starzec nazwał ją lumikengät – rakietami śnieżnymi.

–  Prezent od twojego papy – rzucił. – Pozwoli ci nie powtórzyć sytuacji sprzed chwili, ale o tym przekonasz się już bezpośrednio na drodze. – Po czym nakazał chłopcu położyć stopę na fragmencie garbowanej skóry i przywiązać ją do niej rzemieniami.

–  Od papy…? Dalej nie mam noża ani drzazgi!

–  Nie osiągnąłeś odpowiedniego wieku. Nie masz prawa dzierżyć noża puukko, nie mówiąc już o powierzeniu ci fragmentu Pierwszego.

–  Ale… – Zgniótł w dłoniach kupkę śniegu. – To przecież Kiri!

Szaman naciągnął płaszcz tak, aby pełnił funkcję kaptura, osłaniającego głowę przed śniegiem, który właśnie zaczął sypać z nieba. Niepotrzebną już linkę owinął wokół pasa i stuknął butami o ziemię. Ed pojął, co się dzieje.

–  Gdzie idziesz?! – krzyknął wystraszony. – Zostań. Przepraszam za to, że naraziłem wioskę na niebezpieczeństwo. Chciałem tylko… Ja…

–  Ja, ja, ja… – przerwał mu. – Któż inny ma to naprawić, jeśli nie ty? Nie zdołam już wspiąć się na górę, nawet gdybym chciał. Jesteś kolejnym Naznaczonym, chociaż obydwoje życzylibyśmy sobie, aby było inaczej.

–  Naznaczeni mogą walczyć z Kiri gołymi rękoma? – Ed nic już nie rozumiał.

–  Posiadanie noża puukko w walce to luksus. Życie roi się od różnych strachów, wiele potężniejszych od Zimy i jakiejkolwiek emanacji, którą można by ugodzić ostrzem. Pokonanie tych największych – Kiri – mogłoby się nie powieść bez zewnętrznej pomocy, a nawet z nią zadanie to jest wystarczająco trudne. W porównaniu z nimi Zima jest straszydłem o wielkich oczach, z pazurami ostrymi na tyle tylko, żeby podrapać – nie skaleczyć.

I odszedł. Wkrótce po nim ruszył także Ed. Śnieg skrzypiał pod rakietami, niegroźny.

***

Pełzł po zboczu, pomagając sobie rękoma i pilnując, by przypadkiem nie zamknąć ust. Poza gardłem bolały go zgrabiałe palce i odsłonięty tors; zgubił bowiem po drodze fibulę, przez co wiatr dął w szatę niczym w żagiel. Ze wszystkiego najbardziej drażniły go wargi. Piekły tak nieznośnie, że niemal przejechał po nich językiem, ale czujny powstrzymał się w ostatniej chwili.

Przywarł do ziemi i obejrzał się za siebie. Śnieg sypał gęsto, przez co wioska wyglądała mętnie. Tavari, ledwie dostrzegalne kreski, to wybiegali z chat, to wracali do nich, z dala od zimna, które dybało na ich chudoby. Chciał się obrócić, by dojrzeć więcej, ale w tym samym momencie przemknął mu przed twarzą gruby blok śniegu.

W dolnej partii droga nie była taka zła, o niewielkim, ale ciągnącym się w nieskończoność przewyższeniu. Mimo to stawiał kroki ostrożnie. Stabilnie wyglądające platformy mogły okazać się kruchą zaspą – pod mocno ubitym puchem czaił się śliski lód. Im dalej, tym więcej rzeczy usiłowało mu przeszkodzić. Pokrywa śnieżna pękała z chrzęstem. Karple skrzypiały pod ciężarem ciała. Wiatr przybrał na sile i gonił z wyciem wzdłuż zbocza.

To był teren Zimy, nie Eda. On sam mógł tylko piąć się w górę, krok za krokiem, bez możliwości odwetu. Był zdany tylko na siebie.

I może właśnie dlatego dorwała go daleko przed wywierzyskiem.

Dostrzegł ruch na szczycie góry, jakby coś próbowało wygrzebać się spod warstwy puchu. Nie wygrzebało się jednak, tylko zaczęło sunąć wzdłuż zbocza, schowane pod kożuchem. Góra drżała. Biel marszczyła się i rwała jak skóra na żywym organizmie. Śnieg odrywał się od grani i spadał na stok grubymi płatami. Znikąd wyrastały garby, widzialne tylko przez ułamek sekundy, bo zaraz puszczały się w dół, zostawiając za sobą ziarniste tumany.

Huczało. Ed nie był tylko pewien, co bardziej – jego serce czy lawina, która za kilkanaście sekund zabije go i przysypie ciało chłodem, wraz z wioską leżącą u podnóża góry. 

Chwycił się mocniej za wyzierający spod śniegu rant skały. Zamknął oczy i wziął dech. Powietrze było rześkie. Takie, że chciałoby się go posmakować. Mimowolnie oblizał wargi; język dotknął wiszącej u kącika śnieżynki. Na ostatnią czynność swojego krótkiego życia Ed wybrał przetarcie oczu ze skroplonych na powiekach płatków śniegu.

Huk ustał.

Ed otworzył oczy. Uśmiechnął się.

Lawina zastygła w kształcie fali morskiej, której grzbiet wisiał wysoko nad jego głową. Otrzepał się z puchu i cofnął kilka kroków w dół zbocza, aż mógł spojrzeć na lawinę w pełnej okazałości. Przypominała rozwartą paszczę. Z górnej krawędzi, tuż nad podłużnymi wgłębieniami, które wziął za nozdrza, łypały rozeźlonym wzrokiem dwie śnieżne kule.

–  Czyli jednak miałem rację – powiedział, a lawina złączyła nagle obydwie szczęki i zazgrzytała lodowymi zębiskami.

–  W czym? – odparła lodowatym głosem Zimy. Próbowała go capnąć, ale nie mogła poruszyć się dalej, niż pół kroku od miejsca, w którym została wezwana. – W czym mieliście rację, tietäjo?

Zasyczała z bólu, kiedy Ed kopnął wolno leżącą bryłkę śniegu.

–  Mówiłem, żebyś nie nazywała mnie tietäją – warknął, a że syk sprawił mu satysfakcję, wywołał kolejny. – Jakiś czas temu przekonałem się, że samo połknięcie drobinki i przetarcie oczu nie wystarczy, by cię wezwać. Musi to być specyficzny płatek śniegu, pochodzący ze szczytu góry Kolo. Podobnie jest z wodą, z której trzeba się przetrzeć – można wylać na siebie cały dzban rosy, ale ty i tak będziesz czekała na te kilka kropel z wywierzyska.

–  Pisklę będzie mnie pouczać! Potrzeba wam eonów, abyście… – Wybrzuszyła się po ropuszemu, więc Ed wbił piętę głęboko w śnieg. – Skąd wiedzieliście?

–  Nie wiedziałem. Miałem po prostu nadzieję, że przetoczysz się przez wywierzysko. Jesteś marnym straszakiem, w dodatku głupim.

Zaczęła ujadać. Kłęby pary wodnej wychodziły jej spomiędzy kłów. Kule śniegowe kręciły się na wszystkie strony, jakby chciały wyrwać się z oczodołów.

–  Nie pozbędziecie się mnie – powiedziała wreszcie. – Zbyt osiadłam w świecie, aby mnie wytępić. O ileż dla niektórych stanowię zagrożenie, dla reszty jestem już niezastąpiona. Nie wyrwiesz mnie ze świata, choćbyś każdą drobinę zbierał jak żyto.

Ed obejrzał się na wioskę i nagle poczuł się bardzo mały. Cała ludność zgromadziła się przy pomniku i patrzyła w kierunku góry. Patrzyła na niego, widzialnego z tej odległości nie bardziej niż włos na ubraniu, a jednak trzymającego ich życia w garści. Czy to właśnie oznaczało być naznaczonym?

–  Czego chcesz w zamian za Tavari?

Lawina rozstąpiła się z trzaskiem i w powstałej wyrwie wyrósł dwumetrowy posąg kobiety. Im większa stawała się rysa na jej piersiach, tym więcej było widać spod niej chorej, niebieskiej skóry. Wreszcie kokon rozpękł się zupełnie i kostropate palce Zimy objęły chłopięcy podbródek.

–  Czego? Górnej części lądów. Tam, gdzie biegnie linia rozcinająca mapę świata w pół – tam leżeć będzie granica, której przekroczyć nigdy nie będę w stanie. Północ skuje lód, południe zaś będzie od niego wolne.

Edvard upewnił się, że Zima na pewno nie zasypie wioski. Gdzie północ, gdzie południe, nic go nie interesowało, tylko ta niewielka połać terenu u podnóża góry miała znaczenie.

–  Śniegu doświadczycie wiele więcej niż słońca, jednakże o lawinę możecie być spokojni – odparła kobieta. – Bowiem przetaczać się będzie zawsze zboczem przeciwnym do tego, na który spoglądacie. Chcecie tego, Edvardzie, Naznaczony?

–  Chcę.

–  Tak też się stanie.

***

Szaman czekał niedaleko wejścia do wioski, schowany pod drzewem. Na przybycie Eda, zziębniętego i przemoczonego do suchej nitki, zareagował skinieniem głowy. Z kolei na wieść, że śnieg już zawsze będzie częścią życia ludu Tavari, odpowiedział krótko:

–  I śnieg, i deszcz, i słońce – wszystko jest dziełem Pierwszego. Darem, do którego trzeba przywyknąć i zrobić zeń użytek.

Ledwie przekroczyli granicę wytyczoną podłużną zaspą, rozległ się potężny huk. Lawina, która jeszcze kilka minut temu ostrzyła sobie zęby na wioskę, teraz skuliła się w kłąb i pociągnęła zboczem ku szczytowi. Opatuliwszy grań śnieżnobiałą koroną, łypnęła jeszcze na lud Tavari i zniknęła za spiczastą krawędzią.

–  Przyjdź do mnie, kiedy uporasz się z Kiri – powiedział sucho tietäjä, gdy echo ucichło, zastąpione okrzykami radości. – Będziesz się szkolił.

Rozdzielili się dopiero na placu. Szaman ruszył na spotkanie ludziom, którzy tańczyli, wyrzucając w powietrze zawartość swoich tobołów, chłopak poczłapał w stronę chaty. Marzył o ojcowskich ramionach.

Przy chacie czekał Mano. Ed pomachał mu z daleka, ale tamten nie odpowiedział. Ed przyspieszył, z każdym krokiem coraz dokładniej widział twarz wuja. Czoło brudne, wymalowane ciemnymi smugami, niemyte przez cały dzień. Oczy zwężone do małych szparek. Szybciej, szybciej. Policzki także zabrudzone, ale znacznie mniej, bo przecięte słupami zaschniętych łez. Wolno, wolniej, z dala od tych paskudnie wygiętych ust, z dala od słów, które z nich wychodzą.

–  Chciałem ci powiedzieć wcześniej, jeszcze zanim poszedłeś, ale… Ed, tak bardzo cię przepraszam. On dbał o wioskę bardziej niż ktokolwiek. Nawet teraz, kiedy wychudł, wychodził, żeby cały dzień patrzeć, czy śnieg na górze nie stanowi zagrożenia… Słyszałeś, jak szumi mu w płucach. Edziu, możesz go zobaczyć, ale majaczy. Ed…

***

Mano podał nóż puukko, a tietäjä wbił mu drzazgę w prawe przedramię. Tylko tam, prócz ramienia, nie było śladów oparzeń, tylko tam skóra wciąż miała kolor skóry. Dłoń wyglądała najgorzej, w niczym nie przypominała tej, którą zacisnął na szyi Lata. Nie licząc ręki, oddał mu jeszcze dolną część globu. Wszystko za garść promieni słonecznych, które miały leczyć, ale nie uleczyły. A przecież rozpalił ognisko, jak uczył papa.

–  Nie potrzebujesz tego, Ed – powiedział wuj. – Już jesteś mężczyzną.

Chłopak uścisnął mu dłoń i powlókł się z powrotem do chaty. Największych strachów nie da się po prostu pokonać, trzeba nauczyć się z nimi żyć. Tylko jak żyć z obawą, że świat naprawdę może istnieć bez człowieka, który był najlepszy?

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Stara plebania na Zagaju

Zimową nocą, gdy ciemność jest tak głęboka, że świat niemal zapomina, czym był dzień,  rozum kładzie się spać.  A gdy rozum śpi, budzą się demony. *** Ksiądz Filip Mocny był człowiekiem pogodnym, z na

 
 
 
Śledztwo w przeddzień życia długo i szczęśliwie

Sprowadziłem się na dwór króla elfów w miesiącu, który miał zostać zapamiętany jako początek najdłuższej zimy stulecia. Rzecz jasna miało to więcej wspólnego z zachcianką samego króla niż z kaprysem n

 
 
 
Przepraszam

Po tacie mam niebieskie oczy, i w zasadzie nic więcej. Ja jestem drugi najwyższy w klasie, a on ma metr siedemdziesiąt w kapeluszu. Ja bez książek nie mógłbym żyć, a on twierdzi, że książki to strata

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page