top of page

Stara plebania na Zagaju


Zimową nocą, gdy ciemność jest tak głęboka, że świat niemal zapomina, czym był dzień, 

rozum kładzie się spać. 

A gdy rozum śpi, budzą się demony.

***

Ksiądz Filip Mocny był człowiekiem pogodnym, z nadzieją spoglądającym w przyszłość. Można też było nazwać go młodzieńcem o duszy poety, jak zrobiła to pani Jadwiga, gdy wczesnym, zimnym rankiem nowy wikariusz stanął w progu plebanii na Zagaju. Ciężko było z całą pewnością określić, co dokładnie w fizjonomii lub zachowaniu księdza Mocnego wywołało w starszej gospodyni takie wrażenie. Może to, że gdy pojawił się na oblodzonych schodkach wśród śnieżnych zasp, wyglądał jak anioł z aureolą ciemnych, rozczochranych włosów, którego na Zagaj zesłał sam Pan Bóg. A może było to coś w spojrzeniu Filipa, jakieś rozmarzenie i podziw, wypełniające czarne jak węgielki oczy. W każdym razie pani Jadwiga wydała swój osąd na temat nowego księdza, a następnie wprowadziła go w cieniste, ciepłe wnętrze starego probostwa.

Plebania na Zagaju była niedużym, dwupiętrowym domem o kamiennej podmurówce, sczerniałych ścianach i drewnianych ramach okiennych. Już z daleka robiła wrażenie miejsca starego i sennego, otoczonego wianuszkiem ośnieżonych cisów, wciśniętego jednym bokiem w las. Bezpośrednio za budynkiem, jeśli nie liczyć kurnika i rzędu niskich iglaków, znajdował się cmentarz. Nieduży, rozłożony na planie trójkąta, otoczony tym samym gajem z dwóch stron, był dobrze widoczny z pokoiku na parterze. Ten właśnie kąt został przydzielony księdzu Mocnemu.

Pani Jadwiga otworzyła przed wikariuszem drzwi i wpuściła go do pomieszczenia.

– Trochę tu ciemno i ciasno, ale będzie się księdzu dobrze mieszkało. Komputer jest jeden, w gabinecie na piętrze. Gdyby w nocy mróz przewiewał przez okna, proszę podłożyć szmatkę od spodu. Miałam dziś po śniadaniu zetrzeć kurz i przynieść nową pościel, myśleliśmy, że będzie ksiądz dopiero na obiad… – mówiła gospodyni, ale urwała, gdy tylko weszła za młodym duchownym do środka. – Ojej – jęknęła.

Pokój rzeczywiście był mały, ciemny i trochę zapylony, ale nie to tak zmartwiło panią Jadwigę. Na biurku, krześle oraz tapczanie leżały poukładane w stosy książki i tekturowe pudła. Na parapecie zaś stało kilka słoików o trudnej do określenia zawartości.

– Bardzo księdza przepraszam – pisnęła kobieta i zaczęła pakować przykurzone egzemplarze do przypadkowych kartonów. – To rzeczy księdza Artura. Prosiłam go kilka dni temu, żeby przeniósł je do piwnicy, bo pokój będzie potrzebny dla nowego wikariusza. Powinnam była wcześniej sprawdzić, najmocniej przepraszam.

– Nic nie szkodzi – powiedział wesoło wikary i podniósł z zaciekawieniem jedną z książek. – Diabły i demony polskie – przeczytał. – Nietypowe ma zainteresowania tutejszy proboszcz.

– O, nie, nie. Ksiądz Artur już nie jest proboszczem. Przeszedł na emeryturę – wyjaśniła gospodyni. – Proboszczem jest teraz ksiądz Stefan, ale on nie przepada za tymi, prawda, zainteresowaniami. Dlatego ksiądz Artur trzymał tu wszystko pod kluczem. Zaraz zrobimy z tym porządek.

– Ja pomogę – zaoferował, ale nagle przystanął, spoglądając ze łzami w oczach na pokryte śniegiem nagrobki za szybą.

– Coś się stało? – zapytała zaniepokojona gospodyni.

Wzruszony duchowny jedynie potrząsnął głową i wskazał na zimowy krajobraz. Pani Jadwiga podążyła wzrokiem za jego palcem i westchnęła.

– No lepszego widoku tu nie ma. Nie pasuje księdzu cmentarz?

– Nie pasuje? – zdumiał się wikariusz, ocierając łzę wierzchem dłoni. – To jest piękne. Wspaniałe – szepnął. – Ten śnieg tak lśni, a cmentarz, och, to taka metaforyczna przestroga. Z prochu powstałeś…

Pani Jadwiga przyjrzała się księdzu Mocnemu i pociągnęła nosem z konsternacją, ale nie skomentowała jego upodobań.

– Jeśli mogę coś powiedzieć, to strasznie ksiądz chudy – powiedziała zamiast tego. – Ale szybko to naprawimy. No to proszę się rozpakować, a ja dokończę śniadanie. Wszyscy będą zaskoczeni, jak mówiłam, spodziewaliśmy się księdza dopiero po południu.

– Przyjechałem wcześniejszym pociągiem. Nie mogłem się doczekać, żeby zobaczyć okolicę – zapewnił gorąco Filip. – Bardzo się cieszę, że biskup przydzielił mnie akurat tutaj. Zaczynam posługę wśród pól, łąk i lasów.

– I stawów rybnych – zauważyła pani Jadwiga. – Ale one akurat chyba nie pasują do księdza wizji. Latem strasznie śmierdzą. Na szczęście teraz jest zima – westchnęła, pokiwała głową i wyszła.

Rozmarzony uśmiech Filipa trochę przygasł, ale ksiądz szybko się otrząsnął i zabrał za rozpakowywanie. Nie miał zbyt wielu rzeczy, dlatego bez trudu umieścił zawartość plecaka w niewielkiej szafie, na której przy każdym ruchu drzwi kołysała się rachityczna paprotka.

Za oknem lekko prószył śnieg, a całą okolicę spowijała miękka, pochłaniająca wszelkie dźwięki cisza. Ksiądz Mocny zebrał kilka książek z krzesła przy biurku i zdmuchnął kurz ze starych okładek. Zobaczył, że trzyma w rękach Bestiariusz słowiański, Ziemie polskie i ich zwyczaje, jakiś zielnik i opasłe tomiszcze o intrygującym tytule Wstęp do egzorcyzmów kulturowych. Odłożył stosik i już chciał sięgnąć po kolejne dzieła, gdy potrącił łokciem stojące obok tekturowe pudło. Złapał je w locie, ale ze środka wyślizgnęła się zakręcana butelka i runęła na twarde deski podłogi w akompaniamencie trzasku pękającego szkła.

Do pokoju natychmiast wbiegła pani Jadwiga, zwabiona hałasem.

– Co się stało?

– Nic, nic – stęknął ksiądz Mocny i się schylił, żeby zebrać to, co zostało z rozbitego przedmiotu. – Przepraszam.

– Proszę zostawić, ja pozbieram.

Filip więc wstał i patrzył, jak kobieta zgarnia szklane skorupy i wrzuca je do pojemnika. Przez chwilę mu się wydawało, że spomiędzy potłuczonych kawałków ulatuje jakiś owad, może komar, i siada gospodyni na ramieniu.

– Och, ugryzie panią – zawołał i wyciągnął rękę, żeby strącić insekta.

– Co? Co? – Pani Jadwiga aż podskoczyła.

– Komar. Ale… już go nie widzę, chyba poleciał.

Gospodyni wrzuciła smętną czerwoną zakrętkę do kartonu i spojrzała na wikarego. Jej wzrok przez chwilę był nieobecny, zamglony, jakby jej myśli uleciały gdzieś daleko.

– Taki chudy… – szepnęła ledwo słyszalnie, zaraz jednak wróciła do siebie. – No co też ksiądz opowiada – żachnęła się zaraz. – W zimie nie ma komarów. Zabiorę to, ale resztą niech zajmie się ksiądz Artur. On jest bardzo wrażliwy, jeśli chodzi o te szpargały. Proszę ze mną na śniadanie.

Pani Jadwiga zaprowadziła księdza Mocnego do kuchni, w której dwóch starszych kapłanów spożywało już śniadanie, czytając wspólnie jedną gazetę. Wydawało się to wyjątkowo niewygodne, szczególnie że jeden z księży był dość niski, a drugi nad wyraz dobrze zbudowany, chociaż przygięty już wiekiem. Pismo trzymali między sobą, ale wyglądało to tak, jak gdyby każdy z nich tylko czekał, aż uścisk tego drugiego choć odrobinę zelżeje. Gdy tylko zobaczyli Filipa, wstali od stołu i podeszli go przywitać.

– Szczęść Boże! Ksiądz Filip Mocny, prawda? Ale się ksiądz pospieszył, witamy, witamy – zawołał niziutki proboszcz, wyciągając ku wikaremu dłoń. – Stefan Zaradny, bardzo miło poznać. Strasznie ksiądz młody, strasznie ksiądz młody… – wymamrotał pod nosem, a potem wskazał na wysoką postać przygarbionego kapłana. – To jest Artur Skała, ksiądz emeryt, który rezyduje na plebanii. Jak widać, tą parafią opiekują się ludzie o wyjątkowych nazwiskach, więc nieźle nam tu ksiądz pasuje.

Filip się uśmiechnął, trochę onieśmielony wywodem proboszcza, uścisnął wyciągnięte dłonie i pozwolił podprowadzić się do stołu. Gospodyni postawiła przed nim szklankę w metalowym koszyczku i nalała kawy.

– Proszę się częstować – powiedziała, kładąc przed mężczyzną talerz i nóż do smarowania. – Frykasów nie ma, za to obiad przygotowany odświętny, specjalnie na księdza przyjazd.

Śniadanie faktycznie było skromne. Na stole oprócz chleba i masła stały tylko półmisek z twarogiem, słoik miodu, cukier i cynamon. Pieczywo było rumiane i świeże, a kostka tłuszczu miała piękny złocisty kolor. Wikariusz poczuł, jak głód ściska mu żołądek. Odmówił cichą modlitwę i sięgnął po kromkę.

– A więc to jest księdza pierwsza parafia, prawda? Wiejska… Trochę tu jak na wygnaniu – zagadnął proboszcz.

– Nie lubię zgiełku dużych miast – odparł wikary. – Tu mi się bardziej podoba, zawsze chciałem mieszkać na prawdziwej wsi.

– Ach tak – ucieszył się. – Spodoba się księdzu jeszcze bardziej, gdy zobaczy nasze sanktuarium mniejsze. W kwietniu zamontowaliśmy dodatkowe światła i teraz cały kościół podświetlany jest w nocy na żółto i niebiesko – dodał z dumą.

– A co się księdzu tu konkretnie podoba? – zapytał Artur Skała, odkładając gazetę. Oparł się wygodnie w krześle i nawet lekko uśmiechnął.

Filip pomyślał przez chwilę.

– Na pewno jest tu bardzo malowniczo, dawno nie widziałem takiej zimy, ale… – zawahał się. – Jest w tym miejscu coś jeszcze. Jakby wszystko było możliwe, a legendy miały dziać się na naszych oczach. Mam takie wrażenie, że jest tu trochę jak w baśni. Takiej starej baśni, jeśli rozumie ksiądz, co mam na myśli.

Ksiądz emeryt westchnął, zerknął na proboszcza zajętego rozpuszczaniem miodu w szklance kawy i się uśmiechnął, ale wydawał się nieco ponury.

– Trochę jak w baśni – powtórzył stary kapłan. – Pożyczę księdzu książkę, jeśli ciekawią go baśnie. No, ale może to i trafne określenie – zawyrokował, napił się z kubka i wrócił do czytania.

– Gusła – mruknął ostrzegawczo proboszcz i spojrzał Filipowi prosto w oczy. – Jeśli będzie ksiądz wierzył legendom, to skończy z głową w chmurach jak nasz ksiądz emeryt…

– Księże Arturze, chciałabym przypomnieć o rzeczach w pokoju na parterze – wtrąciła nagle pani Jadwiga. – Myślałam, że wszystko już uprzątnięte i wprowadziłam dziś księdza Filipa, a tam taka niespodzianka – poskarżyła się. – Ja zetrę kurze, ale gdyby mógł ksiądz wynieść pudła do piwnicy, jak prosiłam, zanim znów coś się potłucze…

Stary kapłan na te słowa się ożywił i całkowicie stracił zainteresowanie gazetą.

– Co się stłukło?

– Jakaś butelka w kartonie na biurku. Z czerwoną zakrętką. Bardzo księdza przepraszam, to moja wina – przyznał wikary.

Ksiądz emeryt zbladł nieco i potoczył wzrokiem od Filipa do pani Jadwigi. Zamyślił się na chwilę i najwyraźniej przemyślenia te zrodziły niekorzystny wniosek, bo odsunął od siebie chleb z twarogiem, odchrząknął i wyszedł.

***

Mieszkańcom starej plebanii dzień upłynął w miarę spokojnie. Nowy wikariusz miał okazję zobaczyć słynne sanktuarium mniejsze, przysypaną śniegiem grotę z posągiem Maryi, cmentarz i jeszcze dalszą okolicę. Proboszcz dwoił się i troił, żeby przedstawić Zagaj jako wieś nowoczesną i postępową, a napotkani po drodze parafianie wykazywali szczere zainteresowanie względem młodziutkiego księdza o czarnych oczach i niegasnącym rumieńcu.

Problem stanowił jedynie najstarszy z kapłanów, który od czasu śniadania zaczął niespokojnie zaglądać we wszystkie kąty plebanii z pudełkiem szpilek w dłoni. Zostawiał po dwie albo trzy w różnych miejscach, a biedna pani Jadwiga robiła, co mogła, żeby je ukradkiem uprzątnąć. Szczególnie skrzętnie wymiatała wszystkie z pokoju nowego wikariusza. Wchodzili tak sobie niemal cały dzień w paradę, dlatego proboszcz tym chętniej wyciągnął Filipa na oprowadzanie po wsi.

A gdy wreszcie niebo z wiśniowej przybrało barwę atramentu, ksiądz emeryt odniósł swoje małe zwycięstwo i odprawił gospodynię z probostwa do domu. Kapłani wypili po kubeczku grzanego, korzennego wina, zmówili modlitwę i poszli spać. Wiatr za oknem dął złowieszczo, śnieg oblepiał domy i drzewa nową warstwą puszystej bieli, a w ciepłym wnętrzu plebanii wreszcie zapanowała błoga cisza.

I wtedy właśnie się obudziła.

***

Z początku nie była pewna, czy rzeczywiście jest wolna. Przez lata zdążyła przyzwyczaić się do wnętrza szklanej butelki tak bardzo, że gdy wreszcie stanęła prosto, nie do końca pamiętała, jak używać swoich długich, niemal pajęczych nóg.

Szybko jednak odzyskała wprawę i zatarłszy ręce, przecisnęła się przez dziurkę od klucza i wyskoczyła na zewnątrz, w chłodną, zimową noc. Stare kości powoli odzyskiwały dawną sprawność. Dobrze wiedziała, gdzie iść, aby znaleźć świeżą, młodą krew. Drogę na plebanię znała na pamięć, jakby chadzała nią codziennie, aż do znudzenia. Drzwi oczywiście były zamknięte, ale to nie stanowiło żadnego problemu. Zamek wiejski, miejski, starego domu czy nawet nowoczesnego pałacu to była dla niej pestka. Mogła go otworzyć albo po prostu przejść przez mechanizm, przepychając się wąskimi szczelinami, aż na drugą stronę.

Ale gdy już dostała się do środka, coś się jej nie spodobało. Żelazo. Czuła porozkładane po starym domu małe, ostre kawałki żelaza. W butach, na stołach, półkach i schodach, wbite w zasłony i wsunięte między książki. Tak, wiedziała, czyja to sprawka, nie musiała nawet zgadywać. Ale dawny proboszcz Zagaja już się zestarzał, na pewno nie był w stanie czuwać całą noc. Nadstawiła uszu, a gdy wychwyciła dochodzący z pokoju na piętrze pogłos chrapania starego kapłana znużonego nocną wartą, pogratulowała sobie przebiegłości. Bo to w końcu tylko dzięki sprytowi tak późno dotarła na miejsce. Na pewno nie miała z tym nic wspólnego wielka słabość, która dopadła ją po tylu latach siedzenia w butelce. Westchnęła i przekradła się przez korytarz, podążając za rozkoszną wonią młodego mężczyzny. Plebania tonęła w dziesiątkach innych zapachów, wyczuwała, jak aromat anyżu i cynamonu z grzanego wina miesza się z wonią starego drewna, kadzidła i gulaszu. Ale przez te połączenia wyraźnie przebijał się intensywny bukiet mydła, wody kolońskiej i młodzieńczej skóry. Pyszności.

Czuła przez ściany żywe, żwawe ciało pełne gorącej krwi. Podeszła pod próg pokoju, wsunęła palec w dziurkę od klucza i przyłożyła oko do zamka. Ślina już zbierała się pod jej językiem, przepływała między zgniłymi zębami, aż wreszcie zaczęła skapywać z ust cienką, sączącą się stróżką. Zmrużyła oczy. Gdzieś w środku wciąż paliło się światło i z bólem serca zrozumiała, że młodziutki ksiądz jeszcze nie śpi. Westchnęła ciężko, ale wiedziała, że musi w końcu przeleźć na drugą stronę. Kapłan mógł się przecież jednak obudzić, a ona była taka głodna, taka zabiedzona, że z pewnością nie dałaby mu rady, nawet jeśli był już kompletnie stary.

Dlatego przeszła przez drzwi ostrożnie, maleńka jak komar i cicha jak zima. Widziała już plecy pochylonego nad biurkiem wikariusza, jego chude, szerokie ramiona i czarne włosy. Przewracał ostrożnie karty jakiejś starej książki, i przesuwał palcami po drobnym druku.

– Piękny, piękny – szepnęła do siebie. – Ale taki chudziutki, cieniutki jak brzozowa witka…

Wikary drgnął. Uniósł głowę znad lektury i zsunąwszy okulary do połowy nosa, rozejrzał się po pokoju. Widziała, jak czarne oczy księdza odnajdują miejsce, w którym stała, mrużąc się. Następnie zdjął oprawki i odłożył je na blat. Zamarła. Ale ją zaskoczył.

– Rokito łaskawy… – jęknęła, zanim zdążyła ugryźć się w język.

– Kto tu jest? – zapytał Filip Mocny  i w jego głosie usłyszała niepewność.

A więc chyba jej nie widział! Przemknęła cichaczem w drugi kąt pokoju, a kapłan instynktownie powiódł za nią głową. Ale już więcej nie odszukał jej wzrokiem. Siedziała w cieniu cicho jak mysz pod miotłą, aż wreszcie ksiądz Mocny odwrócił się w krześle, nałożył ponownie okulary i wrócił do książki. Odetchnęła z ulgą. Tego się nie spodziewała.

Zaciekawiona, jaka to lektura zatrzymuje młodego wikarego tak późno w nocy, podeszła do biurka i spojrzała mu przez ramię. Zauważyła rycinę przedstawiającą strzygę i zmarszczyła brwi.

– No pewnie – fuknęła półgłosem. – One zawsze ciekawsze, co?

Ksiądz Filip znów wyprostował się w siedzisku i tym razem wstał. Podszedł do drzwi, a w drodze wykonał znak krzyża tak gorliwie, że aż przeszły ją dreszcze. Gdy wikariusz wyglądał na korytarz, szybko przerzuciła kartki bestiariusza, aż znalazła mu lepszą stronę do czytania. Wskoczyła na parapet naprzeciwko biurka i cierpliwie czekała, aż kapłan uspokoi swoją paranoję i wróci na miejsce. Była głodna, ale czekając, aż ksiądz Mocny zaśnie, mogła się przecież trochę pobawić. Stary kapłan w końcu wciąż drzemał na piętrze. Wystrychnęła go na dudka, pewnie myślał, że szpilki pomogą, pewnie był spokojny… Ha! A akurat w tym pokoju nie było ani jednej, więc mogła harcować do woli.

Wikary usiadł na swoim miejscu, chwycił książkę w dłonie i zamarł. Przez kilkanaście sekund wpatrywał się tępo w ilustrację wychudłej, długonogiej kobiety, według podpisu przedstawiającą zmorę.

– I co, ciekawsze, prawda? – ucieszyła się i znów spłoszyła tym młodego księdza.

Drgnął, ale nie obejrzał się już za siebie, tylko zaczął przerzucać kartki, by wrócić do poprzedniej strony. Uraziło ją to. Nawet nie przeczytał, tylko chwilę gapił się w obrazek. Nachyliła się z parapetu w stronę biurka i gdy tylko wikary wypuścił egzemplarz z rąk, odwróciła treść z powrotem.

Widząc samoistnie przewracające się kartki, ksiądz Filip najpierw wciągnął głośno powietrze, a potem zerwał się z krzesła i dopadł niskiej szafki nocnej. Wyciągnął z szuflady różaniec, złożył ręce i nie odrywając wzroku od książki, zaczął się żarliwie modlić. Robił to z taką wiarą, że trochę ją od tego zemdliło.

– Mogłeś po prostu przeczytać – westchnęła.

Znudzona, zeskoczyła z parapetu, ale nagle ksiądz Mocny schował koronkę i pochylił się nad lekturą. Miał zaciętą minę.

– Może to znak – szepnął do siebie i omal nie parsknęła śmiechem. Dawno się tak dobrze nie bawiła. Co nie zmieniało faktu, że była głodna, a młody ksiądz pachniał wyjątkowo pysznie. Czuła, że w jego żyłach wciąż krąży jeszcze odrobina wina z cynamonem, i nie chciała stracić tej gratki.

– Zmora. Wampiryczny demon nocny – przeczytał na głos wikary, a ona poczuła, że ze wzruszenia łzy stają w jej podpuchniętych oczach. Zaczął czytać! Zaczął o niej czytać! Gdyby jeszcze w nią uwierzył… Chociaż mogłoby to być potencjalnie problematyczne, skoro był jedynym młodym w tym domu, który nadawał się na regularnego żywiciela. Przyjrzała mu się uważnie. Zagłębiając się z duszą na ramieniu w starą książkę księdza Skały, wyglądał jak spłoszony psiak, tylko klapniętego ucha mu brakowało. Ach, gdyby tylko była trochę młodsza…

– Złośliwe widziadło, które jedynie nocą może się ukazać na świętej ziemi… dusi śpiącego człowieka, ale jeśli ten potrafi się przebudzić, zmora ucieka. W innym wypadku pije krew, którą się nasyca… Zmora powstaje z duszy żywego, najczęściej kobiety, siódmej córki w rodzinie. Potrafi pokonać wszystkie zamki pod postacią słomki albo komara – czytał po cichu. – Zmorę można odstraszyć standardowo solą, lustrem, kałem lub stalowym przedmiotem. Zabić da się ją jedynie, łapiąc w szklaną butelkę, gdy jest zajęta, a następnie topiąc lub paląc. Ale wtedy na niechybną śmierć skazuje się tego, do czyjej duszy zmora należy…

Chciała zaklaskać, ale zrezygnowała z tego pomysłu, przypominając sobie, że wikary jest podejrzanie wrażliwy, a przecież chciała, żeby wreszcie położył się spać. Do tej pory jedynie ten stary kapłan był w stanie ją zdybać i złapać, ale wiedziała, że go do tego specjalnie szkolono.

Ledwie przypomniała sobie o księdzu Arturze, gdy dotarło do niej, że choć jeszcze chwilę temu na piętrze pochrapywało dwóch kapłanów, w starym domu śpi już tylko jeden człowiek. I był nim proboszcz, jej zdaniem największa zakała duchowieństwa, ślepy i głuchy na wszystko, co niezwykłe.

– Księże Filipie, widzę, że ksiądz jeszcze nie śpi. – Stary kapłan, jak postać z jej najczarniejszych koszmarów, zajrzał do pokoju przez uchylone drzwi. Pachniał śniegiem i grzanym winem. Cofnęła się cichutko i przycupnęła skulona pod biurkiem.

Wikary najpierw podskoczył zdumiony, ale ostatecznie uśmiechnął się i stanął w progu.

– Chyba właśnie będę się kładł – westchnął. – Ze zmęczenia mam już zwidy.

– Zwidy? – powtórzył ksiądz Skała, ale duchowny tylko machnął lekceważąco ręką. – No dobrze, tylko niech ksiądz teraz nie chodzi w nocy po domu. To niebezpieczne.

– Niebezpieczne? – powtórzył wikary, który wyglądał, jakby niezbyt mu się spodobało to określenie.

Stary kapłan mruknął, zmarszczył brwi i odwrócił głowę w inną stronę. Wzrokiem przeczesywał wnętrze pokoju, ale zmora nie była pewna, czy jest w stanie ją zobaczyć. Wyglądał na nieprzygotowanego do polowania, więc zgadywała, że porządnie mu się przysnęło.

– Nabije sobie ksiądz guza – rzucił tylko i wycofał się na korytarz.

Przez cały ten czas siedziała skulona pod biurkiem, błagając wszystkie demony, o jakich mogła pomyśleć, żeby ksiądz Skała jej nie zauważył. Może jej nie widział, ale na pewno wyczuł i wróci, gdy tylko się uzbroi, żeby znów podstępnie zamknąć ją w butelce. Dlatego postanowiła go ubiec i się najeść, zanim zdąży znaleźć puste naczynie z zakrętką.

Wypełzła ze swojej kryjówki, bacznie śledząc poczynania wikarego, który otworzył szafę tak energicznie, że stojąca na niej paprotka zachybotała się niebezpiecznie. Zatarła ręce. Nareszcie szykował się do spania. Przemknęła wzdłuż ściany, żeby poczekać na niego przy łóżku, ale gdy była na wysokości drzwi, odskoczyła z piskiem od futryny. Wzdłuż progu rozsypane były szpilki. Cała masa szpilek z kolorowymi główkami. Przeklęty staruch!

Wzdrygnęła się i cofnęła, aż natrafiła plecami na opór. Dopiero wtedy uniosła głowę i zobaczyła, że to długa noga wikariusza, który zamarł z koszulą od piżamy w ręce i teraz spogląda w dół, mrużąc oczy.

– Cz-czym jesteś? – zapytał drżącym głosem. – Czego chcesz?

Nie odpowiedziała. Przyglądała mu się przez chwilę, oceniając swoje szanse. Wyglądał na śpiącego, więc były całkiem spore.

– Czym jesteś? – powtórzył ksiądz Mocny,  ale gdy znów nie otrzymał odpowiedzi, wciągnął piżamę przez głowę i usiadł na zasłanym tapczanie. – Cień, to tylko cień – mruknął do siebie.

Gdy już siedział w pościeli, wyczuła okazję. Nie czekała, aż się położy, tylko przysunęła usta do ucha wikariusza i zaczęła szeptać cichutko o śnie, o spaniu, o zimie za oknem, śniegu na dachu i trzaskającym ogniu w kominku. O grzanym winie, pierniku i ciastach pachnących cynamonem. A powieki księdza Filipa robiły się coraz cięższe, coraz bardziej senne.

Wyszczerzyła zęby w uśmiechu i popchnęła wikarego między poduszki. Wdrapała się na niego, usiadła mu na piersi i przycisnęła kolanami. Zbliżyła się do bladej twarzy, która wreszcie zaczynała nabierać kolorów. Czuła pulsującą w skroniach młodzieńca krew, ale wciąż nie mogła jej posmakować. Docisnęła ciało mocniej, aż kapłanowi zabrakło tchu.

– Tylko troszeczkę – szepnęła. – Tylko odrobinkę.

Przesuwała nosem po policzku nowego księdza, czekając, aż ciśnienie uderzy mu do głowy, a delikatne naczynka w nosie popękają i uwolnią słodką, gorącą ciecz. Ale duchowny Mocny był młody, zdrowy i trzymał się dzielnie, bez względu na to, jak mocno go przyciskała. 

Usłyszała na piętrze ciężkie kroki i zrozumiała, że ma niewiele czasu, więc nacięła końcem paznokcia maleńką żyłkę na skroni. Popłynęła! Nareszcie popłynęła czerwona, pachnąca krew. Przywarła do niej ustami i poczuła dawno zapomniany smak życia. Wolną ręką gładziła młodziutkiego kapłana po policzku, żeby wytrzymał jeszcze trochę i nie wykitował z braku powietrza. Docisnęła kolanem tors wikarego najmocniej jak tylko potrafiła. Wysunęła język, żeby z roz­koszą zlizać spływającą krew i napić się jeszcze trochę, zanim do pokoju wpadnie ksiądz Skała.

Stary kapłan był szybki, ale to nie on przerwał jej ucztowanie. To wikary nagle otworzył oczy i rozchylił usta w niemym krzyku. Wierzgnął, wyciągnął przed siebie ręce i zrobił coś, co było trudne nawet dla dobrze wyszkolonych egzorcystów, takich jak ksiądz emeryt, a co dopiero dla takiego chłystka, który dopiero poznawał potęgę Wielkiego Boga. Złapał ją za gardło i oderwał od siebie.

Starzec, który właśnie stanął w progu, z wrażenia omal nie wypuścił z rąk butelki, którą ze sobą przyniósł. Z szyi zwisał mu rzemień pełen srebrnych medalików, pod pachą trzymał krzyż, a jedną dłoń owiniętą miał dziwnym, w całości wykonanym z metalu różańcem. Przez krótką chwilę myślała, że wykorzysta jego szok i umknie, ale wikary trzymał ją z całych sił, mimo że w jego czarnych oczach dostrzegała panikę i dezorientację. Chyba nie do końca widział to, co złapał.

– Trzymaj ją! – zawołał ksiądz Artur, który wreszcie otrząsnął się z szoku.

Odkręcił pojemnik, przyskoczył do tapczanu i już wiedziała, że nie ma szans. Nie miała tylko pojęcia, jakim cudem ten chłopak był w stanie się przed nią obronić. Patrzyła na jego chudą, wymizerowaną twarz, jakby przez wszystkie lata seminarium omijał połowę posiłków, zmiętą, pocerowaną piżamę i naprawdę, naprawdę nie rozumiała.

A ksiądz emeryt machnął lewą ręką i zgarnął ją całą do butelki. Przyłożył żółtą zakrętkę i zamknął w środku. Znowu.

– No, pani Jadwigo – westchnął, unosząc szkło do oczu. – Piękną pani przygotowała pierwszą noc nowemu wikaremu. Jutro panią lepiej schowamy, teraz proszę sobie posiedzieć cicho pod zlewem do rana. A ksiądz to ma talent – zwrócił się do młodszego mężczyzny. – Pani Jadwiga jest wyjątkowym przypadkiem, ma dwie dusze, biedaczka, bo jeszcze w brzuchu mamy wchłonęła swoją siostrę, siódmą córkę w rodzinie. I teraz nosi jej duszę-zmorę. Raczej nie jest niebezpieczna, no ale… Ech, niezbadane są wyroki boskie.

Stary kapłan pokiwał głową z uznaniem. Tylko że wikary, który zdążył już wstać z łóżka, zgiął się w pół i zwymiotował na lakierowane deski. Spojrzał na księdza emeryta wytrzeszczonymi ze strachu oczyma, wyciągnął rękę, wskazując na butelkę, poruszył bezgłośnie ustami i zemdlał.

***

O poranku słońce wpadło do pokoju księdza Mocnego, odbite od pokrywającego cmentarz śniegu. Senne obrazy, resztki koszmaru prześlizgnęły się pod powiekami Filipa, zostawiając po sobie uparte wrażenie realności. Bolała go głowa, więc chyba przesadził wieczorem z grzanym winem. Gdy uniósł rękę do skroni, wyczuł na skórze maleńki strupek, ale nie przypominał sobie, żeby się skaleczył. Wreszcie wstał, ubrał się i uporządkował rzeczy rozrzucone na biurku. Zajrzał jeszcze do bestiariusza, przesunął palcami po pożółkłych stronach, a następnie zamknął książkę. Wzdrygnął się.

Za oknem wiatr zawodził cichutko i zdmuchiwał z dachu okruchy śniegu błyszczące jak diamenty w jasnych promieniach słońca, ale z jakiegoś powodu ten widok już tak go nie zachwycał. Nie stał mu się obojętny, dalej wyglądał pięknie, jakby skrojony z ulotnej tkaniny marzeń, ale miał już w sobie jakiś cień. Czającą się w głębi groźbę.

Gdy wikariusz wszedł do kuchni, zwabiony zapachem kawy, zobaczył dwóch starszych księży siedzących przy stole i czytających razem gazetę. Pani Jadwiga krzątała się z uśmiechem na ustach, a gdy zobaczyła wikariusza, pokręciła głową i nalała mu kawy do szklanki.

– Ale ksiądz blady – westchnęła.

– Wie pani, miałem bardzo dziwny sen – powiedział Filip, ziewając.

Ksiądz Skała uniósł głowę znad prasy i spojrzał na niego dziwnie.

– Czy na plebanii są myszy? – zapytał wikary. – Albo szczury? Pamiętam, że coś chyba chodziło po moim pokoju.

Proboszcz odłożył gwałtownie gazetę na stół i zakrył ją dłonią. Na nikim to jednak nie zrobiło wrażenia, najstarszy z kapłanów nawet przesunął dłoń księdza Zaradnego trochę na bok, żeby doczytać artykuł.

– Nie ma! I nie będzie tak długo, jak ja tu mieszkam – fuknął starzec.

– To prawda, nigdy nie mieliśmy myszy ani innych szkodników – zgodziła się pani Jadwiga. – Jeśli ksiądz coś słyszał, to może… Ja mam czasem wrażenie, że w takich starych domach to zawsze kryją się jakieś strachy i…

– Gusła! – wszedł jej w słowo ksiądz Zaradny i gospodyni się zmieszała.

Filip obserwował całą tę scenę z bezpiecznej pozycji na drugim końcu stołu. Pani Jadwiga umknęła przed zagniewanym wzrokiem proboszcza i zaczęła obierać ugotowane jajka ze skorupek. Dopiero wtedy ksiądz Mocny zauważył, że wygląda mizerniej niż dzień wcześniej, miała podkrążone oczy i sprawiała wrażenie potwornie zmęczonej. Wikariusz potarł skroń i wtedy poczuł, że ktoś bacznie mu się przygląda. Ksiądz emeryt popijał kawę i uśmiechał się do niego znad szklanki w metalowym koszyczku. Coś w tym uśmiechu bardzo się Filipowi nie spodobało.

– A co to takiego? – zapytała nagle pani Jadwiga, wyciągając szklaną butelkę z szafki pod zlewem. – Znowu ksiądz rozkłada po domu puste butelki? Księże Arturze, tyle razy prosiłam. Zaraz, czy to komar?

Gospodyni podniosła szkło pod słońce i przyjrzała się uważnie. Filip miał wrażenie, że już kiedyś widział tę butelkę. Pani Jadwiga pokręciła z dezaprobatą głową, otworzyła okno i wystawiając ręce na zewnątrz, odkręciła zakrętkę.

– Nie! – zawołali jednocześnie ksiądz emeryt i wikary.

Ale było już za późno.

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Śledztwo w przeddzień życia długo i szczęśliwie

Sprowadziłem się na dwór króla elfów w miesiącu, który miał zostać zapamiętany jako początek najdłuższej zimy stulecia. Rzecz jasna miało to więcej wspólnego z zachcianką samego króla niż z kaprysem n

 
 
 
Przepraszam

Po tacie mam niebieskie oczy, i w zasadzie nic więcej. Ja jestem drugi najwyższy w klasie, a on ma metr siedemdziesiąt w kapeluszu. Ja bez książek nie mógłbym żyć, a on twierdzi, że książki to strata

 
 
 
Zimowe wyzwanie

„Jeśli zawędrujesz dość daleko, wszelkie reguły ulegną zawieszeniu”. Joanne Harris, Jeżynowe Wino Wędrowiec przeciągnął się na pryczy. Otworzył oczy i przyglądał się słojom na belkach drewnianego str

 
 
 

1 komentarz

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
Gość
30 mar
Oceniono na 5 z 5 gwiazdek.
Polub
bottom of page