Śledztwo w przeddzień życia długo i szczęśliwie
- Magdalena Siwek
- 30 mar
- 43 minut(y) czytania
Sprowadziłem się na dwór króla elfów w miesiącu, który miał zostać zapamiętany jako początek najdłuższej zimy stulecia.
Rzecz jasna miało to więcej wspólnego z zachcianką samego króla niż z kaprysem natury. Po paru dekadach zielonych wiosen i złocistych jesieni król Finan zatęsknił za prawdziwą zimą. I zaledwie zdał sobie sprawę z tej tęsknoty, pierwsze płatki śniegu zatańczyły w powietrzu nad pałacem, przysypały czerwone liście drzew i pobieliły parkowe ścieżki.
W przeciągu jednej nocy ciepła i leniwa jesień ustąpiła miejsca głębokiej zimie. Mieszkańcy pałacu przyjęli to z charakterystyczną dla elfów beztroską. Parę godzin chaotycznej krzątaniny – wyciągania zimowych płaszczy z zakamarków szaf, odkurzania łyżew i mocowania dzwonków do sań – wystarczyło im, by przygotować się na wszystkie wyzwania i przyjemności zimowego sezonu. Potem w pałacu znów zapanował błogi spokój: jak gdyby nagła zmiana pór roku nie zasługiwała na większą uwagę niż kolejny ślub, uczta czy polowanie.
Należałoby tu zapewne dodać, że zima króla Finana była nie mniej czarująca niż wszystkie jego wiosny i jesienie. Z rzędami sopli zwieszającymi się z pałacowych wież, ze wzorami szronu na szybach i skrzącymi się w słońcu zaspami przypominała dzieło artysty. Dla zwykłych mieszkańców królestwa mogła być zabójcza, ale dla elfów stanowiła tylko urokliwe tło dla nowych zabaw.
Ja sam byłem zbyt zajęty, by myśleć o jakiejkolwiek rozrywce. Przybyłem na dwór, by rozpocząć pracę w „Lotnym Kurierze”, największej gazecie królestwa, i planowałem jak najprędzej udowodnić swoją wartość w oczach głównego redaktora – którym był skądinąd królewski syn, książę Dinai.
– Na pewno rozumiesz, że nie mogę od razu zrobić z ciebie dziennikarza, Tres – powiedział pierwszego dnia, posyłając mi przeciągłe spojrzenie zza zasypanego papierami biurka. – Brakuje ci… doświadczenia.
Tym, czego naprawdę mi brakowało, był właściwy rodowód, i obaj zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Jeśli miałem w sobie choć kroplę prawdziwej elfickiej krwi, nie dało się tego po mnie poznać: byłem niski i kościsty, z szarą skórą obsypaną jasnymi piegami i długimi, spiczastymi uszami.
Wśród innych koboldów z mojego rodzinnego miasteczka uchodziłem za całkiem przystojnego młodzieńca; na dworze elfów liczyło się tylko to, że byłem inny.
– Myślę, że na razie sprawdzisz się na pozycji asystenta – kontynuował książę Dinai, udając, że przegląda wczorajsze wydanie gazety. – Jeśli dobrze ci pójdzie, możemy pomyśleć o jakimś awansie.
– Bardzo panu dziękuję – odparłem.
Mówiłem szczerze. Nieważne, co o mnie myślał; liczyło się tylko to, że dał mi szansę.
Zamierzałem sprawić, by to wystarczyło.
Następnych parę tygodni spędziłem w biegu, rozrywany pomiędzy dziesiątki drobnych obowiązków. Ostrzyłem ołówki i uzupełniałem brakujące przecinki w artykułach, wertowałem stare słowniki i biegałem za sprawunkami, parzyłem herbatę dla dziennikarzy i dokładałem do ognia. Z rzadka tylko znajdowałem chwilę, by zwrócić uwagę na zimę stulecia, trwającą w najlepsze za wysokimi oknami redakcji.
Dowiadywałem się o niej więcej, redagując nowe numery „Kuriera”, niż rzeczywiście wychodząc na zewnątrz.
Książę Elander organizuje bal zimowy: wśród zaproszonych Północna Pani.
Zwrot akcji na królewskim polowaniu – pocałunek prawdziwej miłości łamie klątwę.
Łyżwiarze odnajdują pradawne królestwo, skryte pod lodami jeziora Silath. Kim są nasi nowi sąsiedzi?
Każdy z tych tytułów wydawał się bardziej niesamowity niż poprzedni. Gdzieś za murami redakcji elficcy dworzanie wiedli życie jak z bajki, natykając się na zaginione królestwa i odnajdując swoje prawdziwe miłości – a ja siedziałem w kącie, za kiwającym się biurkiem, wykreślając ze zdań zbędne wykrzykniki i licząc każdy oszczędny uśmiech, którym książę Dinai nagradzał moją pracę.
Wielu gości na królewskim dworze dziwiło się, że książę prowadzi własną gazetę. Ale król Finan miał wiele dzieci, każde z nich unikalnie piękne i utalentowane. Książę Miriel był znakomitym strategiem, książę Elander organizował barwne i zachwycające uczty, a książę Dinai – piąty królewski syn – miał talent do ujawniania w rubryce towarzyskiej najbardziej fascynujących skandali.
Największą dumą króla byli jednak, rzecz jasna, jego trzeci i siódmy syn – ci, którym wszystkie baśnie i wszyscy astronomowie wróżyli wielką przyszłość.
Powszechnie znanym faktem jest to, że każdy trzeci syn w królestwie elfów rodzi się pod szczęśliwą gwiazdą. Zawsze z powodzeniem wykonuje zadania, przy których porażkę ponieśli jego starsi bracia, ma dar wybierania najlepszej drogi na rozstajach i niezmiennie przypada mu najcenniejsza część spadku po ojcu młynarzu. Cokolwiek zrobi i gdziekolwiek pójdzie, zawsze uśmiecha się do niego los. Taki właśnie – z tego, co słyszałem – był książę Talin.
Jego młodszemu bratu, księciu Ilarisowi, poszczęściło się jednak jeszcze bardziej. Był siódmym synem siódmego syna, urodzonym, by rozwiązywać smocze łamigłówki, ratować księżniczki z wysokich wież i łapać feniksy do złotych klatek. O nim jednym z całego książęcego rodzeństwa wiedziałem najwięcej. „Lotny Kurier” niemal co tydzień publikował nowy artykuł o jego przygodach.
Mój ulubiony nosił tytuł Siódmy książę, pięciu rozbójników i trzy skrzaty wchodzą do karczmy. Co wydarzyło się dalej?
***
Minął już dobry miesiąc, odkąd rozpocząłem pracę w „Lotnym Kurierze”, kiedy na strych ponad redakcją wprowadził się młodszy brat księcia Dinaia.
– To tymczasowe – poinformował nas książę dzień wcześniej, gdy przekopywał się przez stos kolorowych rycin do najnowszego numeru. – Podobno potrzebuje przestrzeni… A może ciszy? W każdym razie na pewno nie będzie nam przeszkadzał.
Następnego poranka po zakręconych schodach prowadzących na strych ruszyła procesja pałacowych sług. Początkowo z zafascynowaniem przyglądałem się rzeźbionym kufrom i malowanym pudełkom, które wnosili na piętro, ale szybko rozproszyły mnie codzienne obowiązki. Miałem podłogę do zamiecenia, ołówki do zaostrzenia i artykuły do poprawienia.
Nim znowu podniosłem wzrok, minęło dobre pół godziny. Schody były już puste.
O dziwo, książę Dinai nie mylił się, zapewniając, że jego młodszy brat nie będzie nam przeszkadzał. Ze strychu nie dochodziły żadne odgłosy i nim wybiło południe, zdążyłem zupełnie zapomnieć o naszym nowym lokatorze.
Nie na długo.
– Czy mógłbyś zanieść filiżankę mojemu bratu? – zapytał po południu książę, z roztargnionym skinieniem przyjmując ode mnie herbatę. –Z miodem i z cynamonem, i z cukrem… Na dobrą sprawę, wrzuć tam wszystko, co znajdziesz. Przyda mu się.
– Oczywiście, proszę pana – odparłem uprzejmie. W myślach obliczałem już, ile czasu stracę przez wyprawę na piętro.
Szansa na spotkanie elfickiego księcia – innego niż ten, który wypłacał mi pensję i kazał się tytułować „szefem” – nie nadarzała się jednak często. W dodatku pamiętałem, że na moim biurku czeka na korektę artykuł Ansela, największego znanego mi fana wykrzykników i pytań retorycznych.
Być może ten jeden raz nie musiałem się spieszyć.
Zaparzyłem nową filiżankę herbaty, bez większych skrupułów utopiłem w niej pół cukiernicy, dwie łyżki miodu i laskę cynamonu, po czym ruszyłem po zakręconych schodach na piętro.
Większość dobytku tajemniczego księcia wciąż znajdowała się w spiętrzonych pod ścianą kufrach. Chłodne, zimowe światło zalewało drewniany parkiet i blaty rozstawionych po sali stołów.
Na jednym z nich coś leżało, srebrząc się w bladych promieniach słońca.
Zbliżyłem się.
Minęła chwila, nim zrozumiałem, na co patrzę. Miałem przed sobą skomplikowaną układankę z cienkich, przypominających odłamki lodu kawałków. Większość elementów leżała jeszcze luzem na skraju stołu, ale te, które odnalazły już swoje miejsce, tworzyły zdumiewającą srebrnobłękitną mozaikę.
Bez namysłu sięgnąłem po jeden z kawałków.
– To niezbyt dobry pomysł – zauważył ktoś na drugim końcu pomieszczenia.
Podskoczyłem i prawie rozlałem przy tym herbatę.
Zza wieka jednego z kufrów wychylał głowę jasnowłosy elf w zielonym pledzie narzuconym na ramiona. Wyciągnął jakieś zawiniątko z wnętrza kufra, podniósł się i dołączył do mnie przy stole.
– Zaczarowała je sama Królowa Śniegu, więc lepiej nie dotykać ich bez rękawiczek. Możesz wziąć jedną z moich. – Wręczył mi ją bez zawahania, przy okazji odbierając ode mnie filiżankę. – Rozumiem, że to dla mnie?
Odkaszlnąłem.
– Tak. Przysłał mnie tu wasz brat… wasza książęca mość.
– Och. Dziękuję. – Upił ostrożny łyk, a potem skinął głową w stronę rozłożonej na stole układanki. – Śmiało, możesz spróbować.
– Nie jest niebezpieczna?
– Wyłącznie denerwująca – wymamrotał w krawędź filiżanki.
Nie byłem pewien, jak się zachować. Z jednej strony, dłuższe rozmowy z dowolnym przedstawicielem królewskiego rodu zawsze niosły ze sobą pewną dozę ryzyka. Z drugiej – ten konkretny książę wydawał się dość nieszkodliwy.
Z księciem Dinaiem, złotowłosym i o przenikliwym spojrzeniu, łączyło go pewne rodzinne podobieństwo – szczególnie widoczne w linii wąskich ust i prostego nosa – ale jego włosy miały odcień wyblakłego złota, a szare oczy wydawały się łagodne i roztargnione.. Musiał być niewiele starszy ode mnie. Przy tym tulił do siebie filiżankę herbaty z czułością osoby balansującej na granicy przeziębienia.
Wróciłem myślami do artykułu czekającego na moim biurku.
Ku zdziwieniu gości, Czarna Dama z Melithen pojawiła się na balu w wyszywanej perłami sukni!!! Czyżby myślała, że wciąż trwa zeszły sezon!?
To wystarczyło, żebym podjął decyzję.
– Chętnie spróbuję, jeśli wasza książęca mość nie ma nic przeciw.
– Proszę bardzo – odparł książę, przysiadając na krawędzi stołu.
Włożyłem rękawiczkę i pochyliłem się nad układanką.
Zamiast tworzyć konkretny obraz, odłamki lodu układały się w zawiły, mieniący się przed oczyma wzór. Powierzchnia mozaiki była zupełnie gładka, jakby pozbawiona spojeń, i tak zimna, że ukłuła mnie chłodem nawet przez materiał rękawiczki.
Sięgnąłem po jeden z odrzuconych na bok kawałków i zabrałem się do pracy.
– Na razie trudno się tego domyślić, ale pod koniec całość powinna się ułożyć w napis – powiedział książę, z zainteresowaniem nachylając się nad moim ramieniem.
– Jaki dokładnie?
– Chciałbym wiedzieć. To byłoby miłe ułatwienie.
Przez parę minut zmagałem się z układanką, starając się dopasować swój kawałek do którejkolwiek z jej szczerbatych krawędzi. Byłem już o krok od poddania się, kiedy odłamek lodu zapadł mi się pod palcami i idealnie zlał z resztą łamigłówki.
Uśmiechnąłem się mimowolnie.
– Gratulacje! – Książę też się uśmiechał. Rozjaśniło mu to twarz na tyle, że przez moment nie wydawał się nawet aż tak zmarznięty. – Co o tym myślisz?
Moje spojrzenie powędrowało od układanki do stosu lśniących odłamków.
– To wygląda na czasochłonną pracę, wasza książęca mość.
– Och, to tylko część elementów. Większości nie wyjąłem jeszcze z kufrów. Ale to nic –odparł lekko książę. – Nie spieszy mi się.
Musiał zauważyć, że zbieram się już do odejścia, bo zeskoczył z krawędzi stołu i oddał mi pustą filiżankę.
– Jeśli interesują cię tego typu rzeczy, zawsze możesz tu wpaść i spróbować coś ułożyć na własną rękę.
W ostatnich tygodniach brakowało mi czasu nawet na sen, a co dopiero na zajmowanie się zaklętymi układankami. Mimo to uprzejmie skłoniłem głowę.
– Dziękuję, wasza książęca mość.
Byłem już przy schodach, gdy znów się odezwał.
– Mam na imię Linden. A ty?
– Tres.
– Bardzo mi miło.
***
Kilka minut później wróciłem na strych, żeby oddać mu rękawiczkę.
***
Od tego czasu przynoszenie naszemu lokatorowi popołudniowej herbaty stało się jednym z moich codziennych obowiązków. Za każdym razem zatrzymywałem się na parę minut, by dołożyć do układanki kolejny element i zamienić kilka zdań z dziwacznym księciem.
Stopniowo strych stawał się coraz bardziej przytulny: pod sufitem zapłonęły magiczne światła, podłogę pokryły dywany, a ponad rzędem wysokich okien zawisły czerwone zasłony. Puste dotychczas stoły zapełniły się nowymi fragmentami układanki i stosami książek, namiętnie znoszonych tu przez Lindena.
Powoli rosła we mnie pewność, że moje odwiedziny z jakiegoś powodu sprawiają księciu przyjemność. Zresztą ja sam zaczynałem traktować swoje wyprawy na strych jako najbardziej wyczekiwaną część dnia. Pozwalały mi odpocząć: w końcu jedynym, czego wymagał ode mnie ekscentryczny elf, było pełne skupienia studiowanie układanki.
Nie byłbym jednak sobą, gdyby każda kolejna wizyta na poddaszu nie rodziła we mnie nowych pytań.
Najważniejsze z nich brzmiało: z którym księciem miałem właściwie do czynienia?
Dotychczas byłem przekonany, że znam imiona wszystkich królewskich dzieci, ale o tym konkretnym nigdy wcześniej nie słyszałem.
Rozmowy z pracownikami redakcji nie okazały się szczególnie pomocne.
– A, tak, książę Linden. Trochę go szkoda – przyznała Marigold z działu kulturalnego.
Oriel, autor naszych cotygodniowych horoskopów, odpowiedział na moje pytania wyłącznie rozzłoszczonym prychnięciem.
O dziwo, najwięcej dowiedziałem się od Ansela.
– To nasz książę od baśni – wyjaśnił beztrosko, zakańczając akapit zamaszystym wykrzyknikiem. – Zabawny chłopak.
– Od której baśni? – zapytałem. W końcu niemal każdy książę był od jakiejś.
Ansel posłał mi z lekka zdziwione spojrzenie.
– Od wszystkich, oczywiście.
Ostatecznie doszedłem do wniosku, że jedynymi osobami, które byłyby w stanie udzielić mi sensownej odpowiedzi, są książę Dinai i sam książę Linden. Z żadnym z nich nie zamierzałem jednak podejmować tego tematu. Potrafiłem sobie wyobrazić, jakie konsekwencje może mieć zadawanie im niezręcznych pytań.
Odłożyłem więc swoje śledztwo na bok, by skupić się na coraz wyżej piętrzących się obowiązkach, i przez parę następnych tygodni nie myślałem zbyt wiele o tym, kim naprawdę jest nasz lokator i co mają przeciwko niemu królewscy astrologowie.
Aż do pewnej ponurej środy, kiedy wszystkie odpowiedzi równocześnie zwaliły mi się na głowę.
Za oknami, na tle ciemnoszarego nieba, sypał śnieg, a w pracowni na strychu paliły się wszystkie światła. Na moment uniosłem głowę znad układanki i moje spojrzenie padło na książkę w rękach księcia.
Miała złocone brzegi i była otwarta na ilustracji z trójgłowym smokiem.
Czytał zbiór baśni. Każda z piętrzących się wokół nas książek, uświadomiłem sobie nagle, była zbiorem baśni.
Przypomniały mi się słowa Ansela.
– Waszą książęcą mość ciekawią baśnie – zauważyłem.
Uniósł głowę i widziałem, że z trudem powstrzymuje się od powtórzenia po raz setny „Naprawdę możesz mi mówić Linden”.
– Tak, jestem z tego dość znany – odparł zamiast tego. – Myślałeś, że dlaczego zajmuję się układanką Królowej Śniegu?
– Dla przyjemności?
– To też, oczywiście. Ale głównie z… powiedzmy, zawodowej ciekawości. – Zamknął książkę, starannie założywszy ją rękawiczką. – Królowa posłała mi ją na początku roku. Twierdzi, że może ją ułożyć tylko ktoś o czystym sercu, a nawet wtedy zajmie mu to sto lat i jeden dzień. Ale podobno warto się postarać: nagrodą za jej ułożenie jest nieśmiertelność… – Dramatycznie zawiesił głos, a potem kontynuował z krzywym uśmiechem: – Mam teraz sporo wolnego czasu, więc uznałem, że przetestuję tę teorię.
Zastygłem z odłamkiem lodu w dłoni, starając się pojąć znaczenie jego słów. Brzmiały szalenie. Zaklęć takich jak to nie dało się złamać, obejść ani przechytrzyć. Były zbyt mocno zrośnięte z zasadami, jakimi rządził się nasz świat.
Powędrowałem spojrzeniem po tysiącach kawałków srebrzących się wokół nas.
– Cóż… z pewnością robi książę duże postępy – oceniłem ostrożnie.
Linden uśmiechnął się, jakby był w stanie odczytać, jakie myśli pędzą mi przez głowę.
– Uwierz, mogę być jedyną osobą w królestwie, która nadaje się do tej pracy. Jestem kimś w rodzaju… przechodnia. Potrafię przyglądać się baśniom od zewnątrz.
– Od zewnątrz?
Przytaknął. Miałem wrażenie, że sili się na beztroskę i nie wychodzi mu to najlepiej.
– Nikt ci o tym jeszcze nie mówił, Tres? Jestem ósmym synem króla.
Przyglądałem mu się bez słowa.
Elficcy królowie nie miewali ośmiu synów.
Jednego, oczywiście. Każdy król potrzebował pierworodnego. Lub trzech, żeby trzeci mógł pokonywać smoki i ratować księżniczki z rąk czarnoksiężników. Lub siedmiu, bo nie dało się urodzić pod szczęśliwszą gwiazdą niż jako siódmy syn siódmego syna. Nawet synowie, którzy urodzili się pomiędzy, byli ważni i potrzebni: w końcu nie można było nagle przeskoczyć od pierwszego do trzeciego i od trzeciego do siódmego dziecka.
Ale ośmiu? Żadna baśń nie opowiadała o ósmym synu.
Żadna go nie potrzebowała.
– Masz rację – zgodził się Linden, choć nie wypowiedziałem nawet słowa. – Widzisz, spodziewano się, że będę trzecią córką. Wszyscy na dworze byli przerażeni, kiedy się urodziłem. Natychmiast wezwano królewskich astrologów.
Tych samych astrologów, którzy, według Helina, starali się od niego trzymać z daleka.
– Na szczęście gwiazdy nie powiedziały o mnie niczego złego. Nie byłem zapowiedzią tego, że królestwo pogrąży się w wiecznym śnie albo że wszyscy dworzanie zamienią się w złoto.
Próbowałem to sobie wyobrazić. W minionych dniach nasze królestwo znacznie się wzbogaciło. Nie wszystkich ucieszy jednak ta informacja, głosiłby zapewne tytuł w gazecie.
– Nie byłem zapowiedzią niczego – spokojnie dokończył Linden. – Gwiazdy nigdy o mnie nie słyszały.
Przez chwilę wpatrywałem się w niego w ciszy. Wyglądał jak zupełnie zwykły elf – choć był może odrobinę bledszy i spokojniejszy, i mniej czarujący niż reszta.
Cóż, zawsze był też dla mnie milszy.
– Przykro mi – wyrwało mi się, nim zdołałem ugryźć się w język.
Linden wzruszył ramionami.
– To naprawdę nic wielkiego. Kwestia przyzwyczajenia. – Podniósł do światła odłamek lodu, który jeszcze chwilę temu trzymałem w ręku. Odbite kolorowe światło zagrało mu na nosie i policzku. – Zresztą, na pewno rozumiesz teraz, czemu interesują mnie baśnie. Nie jestem częścią żadnej z nich, więc sprawdzam się w roli ich obserwatora. Czasami zdarza mi się nawet ingerować, gdy coś idzie nie tak, jak powinno.
Rozumiem – skłamałem.
Dopasował mój kawałek do luki ziejącej w sercu układanki i z zadowoleniem skinął głową. Potem sięgnął po swoją pustą filiżankę i włożył mi ją w ręce.
– Nie chcę, żeby Dinai się na ciebie złościł.
Zupełnie zapomniałem, ile obowiązków czeka na mnie piętro niżej. Skłoniłem się i bez słowa ruszyłem w stronę schodów.
Wciąż jeszcze szumiało mi lekko w uszach, ale mimo to nie umknęły mi ostatnie słowa Lindena:
– Oczywiście, jeśli nie chcesz, nie musisz mi jutro przynosić herbaty.
***
Następnego dnia, równo o trzynastej, wspiąłem się po zakręconych schodach na strych i postawiłem przed Lindenem filiżankę herbaty.
To, że był nieoczekiwanym ósmym księciem, o którym nie wiedziały nawet gwiazdy, wciąż wydawało mi się nierealne. Ale być może oznaczało to, że był odpowiednim towarzystwem dla jedynego kobolda na elfickim dworze.
Tak czy inaczej, w ostatnich tygodniach odwiedziny na poddaszu były jedyną przyjemnością, na którą sobie pozwalałem. Nie zamierzałem jej teraz tracić.
Linden wyraźnie zdziwił się na mój widok, ale już po sekundzie jego twarz rozjaśnił nieśmiały uśmiech.
– Dzień dobry, Tres.
– Dzień dobry, wasza książęca mość.
– Spójrz, udało mi się wczoraj ułożyć część górnej krawędzi.
Jeśli dotychczas byliśmy wyłącznie przelotnymi znajomymi, tego dnia staliśmy się niemalże przyjaciółmi. Nasze spotkania nie trwały długo, ale rozmawialiśmy coraz częściej, a Linden pił swoją herbatę coraz wolniej.
Z każdym dniem dowiadywałem się też więcej o tym, co nazywał swoim zawodem.
– Królewskiemu synowi nie przystoi niczym się nie zajmować, a ja jestem dobry właśnie w tym – wyjaśnił mi któregoś razu, przeskakując ponad stosem odłamków lodu porzuconych na dywanie. Od czasu naszej pamiętnej rozmowy wydawał się dużo bardziej ożywiony. – W dzieciństwie zajmowałem się baśniami głównie dla własnej przyjemności, ale dość szybko uświadomiłem sobie, że moje umiejętności mogą być całkiem przydatne.
Wciąż nie wyjaśnił mi dokładnie, na czym polegały jego talenty. Same wzmianki o historiach, w których uczestniczył, wystarczyły jednak, żeby rozpalić moją wyobraźnię. Dworzanin zaklęty w gołębia, magiczna srebrna igła ukryta pomiędzy setką stalowych, księżniczka, której ktoś ukradł głos. Przysłuchiwałem się urywkom jego opowieści, mimowolnie wyobrażając sobie artykuły, które mógłbym o nich napisać.
Każde nasze spotkanie kończyło się odrobinę za szybko. Zbiegałem po schodach i wracałem do prawdziwego świata.
Dwa miesiące usilnej pracy najwyraźniej wystarczyły, by książę Dinai i jego podwładni nabrali do mnie pewnego zaufania. Teraz większość czasu spędzałem za biurkiem, skreślając czerwonym ołówkiem powtórzenia, zmieniając szyk zdań i niekiedy dopisując do artykułów nowe akapity. W dniu, kiedy udało mi się przekonać Marigold, że Zła macocha zaproszona na ślub stulecia. Jak daleko pada jabłko od zatrutej jabłoni? może być tytułem, który prędzej czy później sprowadzi nam na głowy jakąś poważną klątwę, poczułem, że moja kariera rozwija się we właściwym kierunku.
Jeśli książę Dinai zauważył, że moje wizyty na strychu stają się coraz dłuższe, nijak tego nie skomentował. Być może traktował to jako przysługę dla swojego młodszego, dziwacznego brata.
Mijały dni i choć zarówno zima, i jak i moje obowiązki zdawały się nie mieć końca, Linden zbliżał się powoli do ukończenia układanki Królowej Śniegu. Przesunął stoły pod ścianę, rozłożył łamigłówkę na podłodze i połączył jej największe elementy. Przypominała teraz szklany parkiet, nad którym musieliśmy przeskakiwać za każdym razem, gdy chcieliśmy się dostać z jednego końca pokoju na drugi. I choć spomiędzy odłamków lodu wciąż jeszcze nie wyłoniło się żadne konkretne słowo, czułem, że od obiecanej nieśmiertelności nie dzieli go wiele – parę dni spokojnej pracy lub kilka wyjątkowo produktywnych godzin.
To, że był już tak bliski dokonania tego, co według wszelkiej logiki powinno mu zająć sto lat i jeden dzień, budziło we mnie podziw, ale równocześnie napawało niepokojem. Domyślałem się, że w chwili, kiedy ukończy układankę, nie będzie już potrzebował pracowni nad „Lotnym Kurierem”, a ja najpewniej stracę jedynego przyjaciela, którego udało mi się zdobyć przez miesiące niekończącej się zimy.
Oczywiście wszystkie te zmartwienia odeszły w zapomnienie w dniu, kiedy książę Dinai poprosił mnie o napisanie artykułu, który miał mnie wepchnąć w sam środek mojej pierwszej złamanej baśni.
***
Nie przyszło mu nawet do głowy ukrywać, co stoi za tą propozycją.
– Wesele Silasa z Czarnej Doliny i panny Adeliny to największe wydarzenie roku. Mój ojciec objął je patronatem i zaprosił na uroczystości wszystkie szlachetnie urodzone elfy w królestwie – wyjaśnił z pewnym rozmarzeniem, a potem wyprostował się na krześle i odkaszlnął. – Jesteś jedynym pracownikiem „Kuriera”, który nie otrzymał zaproszenia.
Nie było w tym nic zaskakującego, ale i tak lekko się wzdrygnąłem.
– …co oznacza, że mogę tego dnia pracować.
– Właśnie. Chciałbym, żebyś przeszedł się wśród gości, wysłuchał wszystkich toastów i napisał potem artykuł o całym weselu. Nie zaszkodzi dodać jakiegoś akapitu o tym, w co była ubrana macocha panny młodej, i jak zachowywało się pięciu gnomów. Wiesz, o co mi chodzi.
– Oczywiście, proszę pana.
Przez chwilę przyglądał mi się w zamyśleniu.
– Wyobrażam sobie, że robienie notatek wśród paru setek świętujących dworzan nie będzie najlepszą zabawą – powiedział z powagą, której się po nim nie spodziewałem. – Ale jeśli mi zaimponujesz, postaram się znaleźć ci jakieś przyjemniejsze artykuły do napisania.
Skłoniłem się z mocno bijącym sercem.
– Dziękuję, proszę pana.
– Spróbuj mnie czymś zaskoczyć, Tres.
***
Pod wieloma względami wesele, któremu patronował król Finan, przypominało jego pory roku: było tak piękne, że aż nierealne.
Stoły dla gości rozstawiono wzdłuż głównej alei pałacowego parku. W przeciągu nocy wszystkie drzewa zdążyły zakwitnąć i wypuścić owoce. Ośnieżone gałęzie uginały się teraz od jabłek i moreli. Powietrze było ciepłe, ale śnieg nie topił się pod nogami i nie zamieniał w ciemne błoto. Królewskie zaklęcia, spiętrzone jedno na drugim, sprawiały, że odrobina wiosny zmieszała się z zimą i zapuściła korzenie między pałacowymi murami.
Muzyka skrzypiec i fletów unosiła się pod bezchmurne niebo, a między alejkami sunęły setki kolorowo ubranych gości. Większość stanowiły elfy – jedyne chochliki, nimfy i skrzaty, które zauważyłem, były zajęte roznoszeniem tac i odbieraniem płaszczy.
Zjawiłem się w parku dopiero pół godziny temu, a już przynajmniej pięć różnych osób próbowało mi oddać swoje puste kieliszki.
W chwili, kiedy w polu mojego widzenia zmaterializował się szósty kieliszek, byłem już niemal gotów rzucić w kogoś swoim notesem.
– Czy to zły moment? – zapytał Linden, cofając się instynktownie. – Zobaczyłem cię w tłumie i uznałem, że przyniosę ci coś ze stołu.
Nie pomyślałem wcześniej, że mogę go tu spotkać. Przyzwyczaiłem się już do tego, że widuję go z dala od innych elfów, zawiniętego w pled i sączącego herbatę, jakby zależało od tego jego przetrwanie.
Pierwszy raz widziałem go w książęcym diademie na głowie, z niebieskim płaszczem spływającym z lewego ramienia i rzędem bursztynowych guzików u kamizelki. Nawet nie wyglądał, jakby było mu zimno.
– Nie miałem pojęcia, że pojawiasz się na takich uroczystościach.
Linden beztrosko wzruszył ramionami.
– Zwykle się nie pojawiam. Ale lubię wesela. – Kiedy znów wyciągnął do mnie rękę z kieliszkiem, przyjąłem go bez słowa. – Rozumiem, że jesteś w pracy?
– Co mnie wydało? – spytałem cierpko.
– Wyglądasz, jakbyś okropnie się bawił. Och, i masz przy sobie notes.
W towarzystwie Lindena opadła ze mnie część napięcia. Stojąc obok elfickiego księcia z prawdziwego – lub niemal prawdziwego – zdarzenia, łatwiej mi było udawać, że pasuję do tego miejsca.
Starałem się nie przywiązywać do tego uczucia.
– Bez urazy, ale nie mam czasu na rozmowę. Twój brat oczekuje, że napiszę coś interesującego o gościach honorowych. Mam go zaskoczyć.
– To będzie twój pierwszy artykuł?
Przytaknąłem, uciekając spojrzeniem gdzieś w gałęzie drzew.
Dotychczas w rozmowach z Lindenem niemal podświadomie unikałem tematu swojej pracy. Marzenie o zostaniu dziennikarzem towarzyszyło mi od tak dawna, że gdybym zaczął o nim mówić, nie byłbym w stanie przestać. Musiał się tego domyślać, bo nigdy nie protestował, kiedy zbywałem jego pytania milczeniem lub pospiesznie zmieniałem temat.
Teraz też nie czekał na żadną konkretniejszą odpowiedź, tylko w zamyśleniu potoczył wzrokiem po różnobarwnym tłumie.
– Czy wiesz już, o kim chcesz napisać?
– Jeszcze się nad tym zastanawiam – odparłem z godnością, zamykając swój zdradziecko pusty notes.
Linden udał, że tego nie zauważa.
– Jeśli chcesz, mogę ci pokazać najważniejszych gości.
– Czy nie masz nic ciekawszego do zrobienia?
– Naprawdę nie.
Moje wahanie nie trwało długo. Jeśli chciałem napisać artykuł, który zaimponuje księciu Dinaiowi, musiałem być gotów na wszystko.
Jednym łykiem dopiłem zawartość kieliszka.
– Prowadź.
***
Linden wziął mnie za rękaw i poprowadził przez ruchomy labirynt gości aż do zastawionych ciastami stołów. Powietrze pachniało tu wanilią i karmelem, a nad naszymi głowami zwieszały się ośnieżone gałęzie drzew.
– Ile wiesz o pannie młodej? – zapytał.
– Tyle, ile napisano o niej w „Kurierze”. – Przed oczyma stanęły mi artykuły, które redagowałem do późnej nocy, i wszystkie przecinki, o które musiałem je uzupełnić. – Właściwie nie mam nic przeciwko temu, żebyś opowiedział mi o niej od nowa.
Linden posłał mi promienny uśmiech. Nic dziwnego – zawsze ożywiał się, gdy temat naszej rozmowy schodził na baśnie.
A życie panny Adeliny nie było niczym innym niż baśnią.
– Na pewno słyszałeś już, że jest córką szlachcica z Brinen. Jej ojciec owdowiał, gdy miała zaledwie parę lat, i po krótkiej żałobie poślubił starszą siostrę swojej zmarłej żony, panią Margot. Przyjaciele uprzedzali go, czym zwykle kończą się takie pomysły, ale nie chciał ich słuchać. Jego nowa żona była, rzecz jasna, kobietą niespotykanej urody.
– Czy sprowadziła się do pałacu z magicznym zwierciadłem, przekazywanym w jej rodzinie od wielu pokoleń?
– Z pozytywką, co było niemal równie złowróżbne.
Westchnąłem ciężko. Nie miałem pojęcia, jakim sposobem elfy zawsze pakowały się w tego rodzaju kłopoty.
– Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, pani Margot nie zapałała większą sympatią do małej Adeliny. Tolerowała ją jakoś, póki ta była dzieckiem, ale kiedy dziewczyna wyrosła i wypiękniała, cierpliwość macochy się skończyła. Akurat w tym czasie zmarł jej małżonek…
– Został zamordowany? – podchwyciłem.
– Zaziębił się na polowaniu. Ale panuje powszechna zgoda co do tego, że tak czy inaczej Margot zadbałaby, żeby nie pożył długo.
Przytaknąłem. Kraina elfów rządziła się własnymi zasadami i znajdowanie macochy dla swojej pięknej jedynaczki było niemal równie niebezpieczne, co narażanie się trzeciemu synowi młynarza.
– Co do zaczarowanej pozytywki podobno zamiast wygrywać jakiekolwiek melodie, regularnie opowiadała Margot, o czym szepczą słudzy za jej plecami. W dniu, kiedy pozytywka oznajmiła, że wszyscy zapomnieli już o jej urodzie i zachwycają się pięknem Adeliny, los pasierbicy był przesądzony… – Linden dramatycznie zawiesił głos. W innym życiu mógłby zostać wędrownym bajarzem; w tym był księciem, który w oratorskim zapale właśnie wybrudził sobie rękaw bitą śmietaną.
Zbyt dobrze się bawił, żebym ośmielił się mu o tym powiedzieć.
– Kazała jednemu ze swoich myśliwych zaprowadzić Adelinę do lasu i wyciąć jej serce? – próbowałem zgadnąć.
– Nie, złe macochy nie robią już tego od lat. Nauczyły się, że w takich sprawach nie można polegać na myśliwych. Zamiast tego Margot poprosiła o pomoc swojego osobistego kucharza.
– Żartujesz.
– Nigdy w takich kwestiach. Kucharz był jej całkowicie oddany i rzeczywiście parokrotnie próbował zabić Adelinę: najpierw podrzucił jej do posiłku wilcze jagody, a potem, gdy to nie podziałało, zaatakował ją w czasie kolacji.
– Jakim sposobem udało jej się przeżyć?
– Z tego, co rozumiem, panna Adelina jest niezwykle inteligentną i czujną kobietą. Życie w cieniu macochy nauczyło ją podejrzliwości. Potraktowała próbę otrucia jako pierwsze ostrzeżenie i kiedy kucharz rzucił się na nią z nożem, była już gotowa. Zabiła go i jeszcze tej samej nocy uciekła w otaczające Brinen lasy.
– I ilu gnomów tam spotkała? – zainteresowałem się.
– Pięciu, z czego czterech początkowo nie było do niej przekonanych.
Gdybym był gnomem, za żadne skarby świata nie zamieszkałbym w królestwie elfów. Za bardzo obawiałbym się dnia, w którym do moich drzwi zapuka czyjaś zbiegła pasierbica.
Mogły nie być to zbyt częste sytuacje, ale i tak wolałbym nie ryzykować.
– Później historia biegła już znajomym torem. Adelina przez niemal rok mieszkała razem z gnomami, pomagając im w codziennych pracach. Ale Margot nigdy nie przestała jej szukać. Wreszcie pozytywka zdradziła jej, że wśród służących krążą plotki o tym, jakoby dziedziczka ich pana mieszkała w pobliskim lesie. Margot udała się tam, odnalazła chatę gnomów i zostawiła na progu misę zatrutych jabłek.
– W Adelinie nie wzbudziło to podejrzeń?
Linden wzruszył ramionami.
– Szczerze mówiąc, powinno było. Może była zmęczona po dniu pełnym pracy, a może uznała to za prezent od jednego z jej leśnych przyjaciół. W każdym razie odgryzła kęs i od razu zapadła w sen, z którego obudzić ją mógł wyłącznie pocałunek prawdziwej miłości. Gnomy zbiły jej trumnę z desek, napełniły ją kwiatami i położyły na pobliskiej polanie. Jedyne, co mogły teraz zrobić, to czekać na przybycie jej ukochanego.
Nie istniała żadna reguła mówiąca, ile miałoby trwać takie oczekiwanie. Niektóre zaklęte panny budziły się już po paru dniach, inne zapadały w sen na długie lata. Kiedy byłem dzieckiem, opowiadano mi, że na mokradłach za Merivel śpi królewna przeklęta jeszcze w poprzedniej epoce. Droga przez bagna była tak niebezpieczna, że od dawna nikt nie ryzykował obudzenia jej pocałunkiem.
Panna Adelina miała więcej szczęścia.
– Parę miesięcy później nastała zima i mój brat, książę Miriel, postanowił się udać na polowanie – kontynuował Linden. – Sam twierdzi, że nie zdawał sobie wtedy sprawy, że w lasach Brinen śpi piękna panna, ale nie do końca mu wierzę. Kiedy ma się trzeciego i siódmego brata, a mimo to chce się zostać głównym bohaterem baśni, trzeba szukać okazji na każdym kroku.
Uniosłem głowę znad notesu.
– Podejrzewam, że nie powinienem tego cytować?
– O ile nie chcesz, żeby nas wygnali – potwierdził beztrosko Linden. – Przy czym byliśmy… Miriel i jego przyjaciele zdecydowali, że zamienią polowanie w zawody. Rozdzielili się i na dźwięk rogu osobno wjechali do lasu. Każdy z nich mógł ze sobą wziąć tylko jednego, najbliższego sługę. Ustalili, że zwycięzcą zostanie ten, który do zachodu słońca upoluje najbardziej imponującą bestię. Ale, jak zapewne słyszałeś, nigdy nie rozstrzygnęli tego konkursu. Po paru godzinach krążenia po lesie szlachetny Silas z Czarnej Doliny, mój kuzyn, natknął się na niewielką, obsypaną kwiatami trumnę…
– Oczywiście, że tak.
– A kiedy odgarnął kwiaty, ujrzał twarz panny Adeliny i zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia.
– Rzecz jasna.
– Nie ma w tobie za grosz romantyzmu, Tres, czy ktoś ci to już kiedyś mówił? W każdym razie Silas pocałował ją, a ona już po paru minutach ożyła i usiadła. W pierwszej chwili była oszołomiona, ale prędko doszła do siebie i opowiedziała mu, kim jest i skąd się tu wzięła. Postanowili, że wspólnie zwrócą się o pomoc do Miriela. O tym, co wydarzyło się dalej, wie cały elficki dwór: Miriel wtrącił Margot do lochu, Adelina odzyskała cały majątek swojego ojca, gnomom nadano tytuły szlacheckie, a król Finan zdecydował, że ślub zakochanych koniecznie musi się odbyć w naszym pałacu.
– I wszyscy żyli długo i szczęśliwie? – dodałem.
– Zgodnie z baśniową tradycją „długo i szczęśliwie” powinno się zacząć dopiero po ślubie. Daj im jeszcze parę godzin.
Nie byłem w stanie powstrzymać uśmiechu.
– A co powiesz o tym, że panią Margot zaproszono na wesele?
– Cóż, nie mieli innego wyjścia. Nim została macochą Adeliny, była jej matką chrzestną. Wszyscy wiemy, czym grozi niezaproszenie matki chrzestnej na dowolną większą uroczystość.
Fakt, królestwa upadały z mniej istotnych przyczyn.
– Teraz znasz już całą baśń. A jeśli interesują cię jej bohaterowie… – Linden skinął w stronę głównego stołu, zwieńczonego łukiem z białych i niebieskich kwiatów. – Tam stoją państwo młodzi.
Moje spojrzenie powędrowało wzdłuż kolejki szlachetnie urodzonych gości do pary narzeczonych, zajętych przyjmowaniem ślubnych prezentów i wymienianiem uprzejmości.
Nigdy dotąd nie widziałem tak pięknej pary. Pan Silas był smukłym, czarującym młodzieńcem o miodowych oczach i szybkich ruchach, a panna Adelina, z poważnym spojrzeniem i dumnie podniesionym podbródkiem, roztaczała wokół siebie aurę niespotykanej godności. W jej włosach, rudych jak lisie futro, połyskiwała srebrna tiara, a z ramion spływał śnieżnobiały płaszcz.
Za ich plecami stali dwaj mężczyźni, wyznaczeni zapewne na świadków nadchodzącej ceremonii. W jednym z nich natychmiast rozpoznałem księcia Miriela; drugi, wnioskując ze wzrostu, musiał być gnomem z Brinen.
– To Angus – wyjaśnił Linden. – Z tego, co słyszałem, Adelina traktuje go jak rodzonego ojca.
Miałem właśnie zapytać o pozostałych czterech gnomów, kiedy wśród gości podniosły się krzyki. Przez kolejkę przepychała się kobieta z wysoko upiętymi, kasztanowymi włosami. Tren czarnej sukni sunął za nią jak długi cień.
– Nie każecie mi chyba czekać! – zawołała, rzucając wyzywające spojrzenie strażnikom. – Mam prawo złożyć życzenia własnej córce.
Na jej widok panna Adelina cofnęła się gwałtownie, jak gdyby rozważała ukrycie się za plecami Angusa. Jej wahanie nie trwało jednak długo. Już w następnej sekundzie wyprostowała się, mocno splatając smukłe dłonie.
– Pozwólcie jej przejść.
Otworzyłem notes na pustej stronie.
Zła macocha dumnym krokiem przeszła na początek kolejki i kpiąco skłoniła się narzeczonym.
– Adelino.
– Margot – odparła sucho panna młoda. – Naprawdę dalej zamierzasz nazywać mnie swoją córką?
– Dlaczego nie? To, że trzy razy udało ci się oszukać śmierć, zawdzięczasz bardziej mojemu wychowaniu niż krwi swoich rodziców.
– Z pewnością zawdzięczam ci to, że musiałam ją w ogóle oszukiwać.
Notowałem jak szalony, ignorując rozbawione spojrzenie Lindena.
– Co za niewdzięczność! – prychnęła Margot. – To ja od dziecka karmiłam cię słodyczami i uczyłam magii. Czy to nie dzięki mnie odnalazłaś swoją prawdziwą miłość? Możesz o mnie myśleć, co chcesz, ale gdyby nie ja, nigdy nie trafiłabyś na królewski dwór. Powinnaś mi podziękować za całe to szczęście.
Silas położył dłoń na rękojeści miecza.
– Musiałaś źle zrozumieć nasze zaproszenie, wiedźmo, skoro myślisz, że możesz tu stać i nas obrażać – wycedził. – To twoja ostatnia noc wolności. Ciesz się nią, póki możesz.
Szeroki uśmiech na twarzy Margot przypominał krwawą ranę.
– Uwierzcie mi, zamierzam.
Odwróciła się tak gwałtownie, że tren jej sukni zmiótł śnieg ze ścieżki, i skryła się w tłumie.
Chwilę trwało, nim goście uspokoili się na tyle, by kontynuować ceremonię wręczania prezentów.
– Co o tym myślisz? – zapytałem. Ledwo tłumiłem ekscytację.
– Myślę, że nie zabraknie ci tematów do artykułu – odparł Linden. – Czy mówiłem już, że uwielbiam wesela?
***
W końcu zmuszony byłem powiedzieć Lindenowi, że wciąż ma na rękawie pół babeczki z bitą śmietaną. Wydawał się tym szczerze zdziwiony. Nim poszedł się przebrać, obiecał mi jeszcze, że odnajdzie mnie, jeśli tylko natknie się na coś godnego wzmianki w artykule.
Nie widziałem go przez następne trzy godziny.
Nie nudziłem się jednak pod jego nieobecność. Dla pani Margot mogła to być ostatnia noc wolności, ale dla mnie była to pierwsza noc w roli dziennikarza. W swojej ekscytacji obchodziłem cały pałacowy park, przyglądając się organizowanym między drzewami zabawom, klucząc między tancerzami, zaczepiając służących. Kolejne strony mojego notesu zapełniały się notatkami.
Książę Elander zwycięzcą gry w siedem wstążek.
Wśród zaproszonych muzyków legendarny flecista Temilis, znany też jako Władca Szczurów.
Suknia Czarnej Damy z Melithen – czy to znowu ta sama?
Nawet nie przyszło mi do głowy zaczepić któregokolwiek z elfickich gości. Zdawałem sobie sprawę z tego, że za żadne skarby świata nie zaszczycą mnie wywiadem. Udało mi się natomiast zamienić parę uprzejmych zdań z Blairem, jednym z gnomów z Brinen. Akurat kiedy się z nim żegnałem, wśród gości mignęła mi postać głównego redaktora.
Książę Dinai uniósł brwi na widok mojego rozmówcy, ale ostatecznie tylko skinął mi głową i na powrót zlał się z tłumem.
Zaczynało się już ściemniać, kiedy wreszcie przysiadłem na ławce, żeby odpocząć i przejrzeć swoje notatki. Byłem z nich całkiem zadowolony: jedynym, czego w nich jeszcze brakowało, był opis samego ślubu. Pan Silas i panna Adelina już jakiś czas temu wrócili do pałacu, by odpocząć i przygotować się do nadchodzącej ceremonii. Za nie więcej niż dwie godziny panna młoda miała ruszyć między szpalerem gości, wziąć za ręce swojego ukochanego i w obecności króla Finana przysięgnąć mu wieczną miłość i wierność.
Do tego czasu mogłem odpoczywać.
Zastanawiałem się właśnie, czy ktoś spróbuje mnie powstrzymać, jeśli nałożę sobie kawałek biszkoptu, gdy na chodniku zadudniły kroki i zdyszany sługa wyhamował przed moją ławką.
– Pan Tres? – zapytał. Musiał mieć w sobie odrobinę skrzaciej krwi, bo przerażone czarne oczy zajmowały większą część jego trójkątnej twarzy.
– To ja. Coś się stało?
– Przysyła mnie książę Linden. Mam zapytać, czy… czy nie zechciałby pan może do niego dołączyć w pałacu.
No tak. Niczego to nie tłumaczyło.
– Z jakiegoś konkretnego powodu? – dopytałem ostrożnie.
Służący przytaknął nerwowo.
– Kazał panu przekazać, że trafił na coś, co powinno się znaleźć w pańskim artykule.
***
Z parku służący poprowadził mnie na zaśnieżony dziedziniec, a potem przez strzeżone drzwi, schodami i na piętro.
Weszliśmy do niewielkiego, bogato urządzonego saloniku. Magiczne światła płonęły pod sufitem, odbijając się w srebrnych lustrach i zalewając ciepłym blaskiem zgromadzone wokół stołu elfy.
Linden podniósł się na nasz widok.
– Dziękuję, że przyszedłeś.
Byłem zbyt zdumiony, by odpowiedzieć mu czymkolwiek innym niż ukłonem.
– Kto to właściwie jest? – warknął Silas z Czarnej Doliny.
Z trudem rozpoznałem w nim pewnego siebie, beztroskiego pana młodego, który jeszcze parę godzin temu przyjmował prezenty z rąk gości weselnych. Jego płaszcz spływał teraz z oparcia krzesła, koszula była rozpięta i zmięta, a miodowe oczy wydawały się mokre, jakby dopiero co płakał.
Przyglądał mi się z tym szczególnym rodzajem wściekłości, który rodzi się z przerażenia.
– To Tres z „Lotnego Kuriera”, gazety księcia Dinaia – odparł Linden spokojnie.
– Chcesz mi powiedzieć, że przez cały ten czas czekaliśmy na dziennikarza?
– Tres wie, czym się zajmuję. Będzie pełnić funkcję mojego pomocnika.
Silas poderwał się zza stołu, ale książę Miriel złapał go za ramię i zdecydowanym ruchem usadził na miejscu.
– Linden wie, co robi – powiedział z naciskiem, a potem odwrócił się do swojego młodszego brata. – Możemy zaczynać?
Z wszystkich książąt to Miriel najbardziej przypominał króla Finana. Miał szerokie czoło, gęste brwi i spojrzenie osoby nawykłej do wydawania rozkazów. Siedział teraz wyprostowany za stołem i tylko jego głowa przechylała się lekko na bok, jak gdyby pod ciężarem złotego diademu.
Spodziewałem się, że w jego obecności Linden stanie się jeszcze bardziej niepozorny: jak szary kot skulony przy boku lwa lub kawałek szkła wrzucony między klejnoty. Nie miałem racji.
Bracia spojrzeli na siebie i nagle nie dało się już poznać, który z nich jest pierwszym, a który ósmym synem.
Lindenowi płonęły oczy.
– Myślę, że na początku Tresowi należą się wyjaśnienia. – Odwrócił się w moją stronę. – Na pewno jesteś skonfundowany. Obiecuję, że zaraz wszystko zrozumiesz.
Nie byłem tego taki pewien. Odlegle zdawałem sobie sprawę, że Linden nie zaprosił mnie tu tylko po to, bym przeżywał męczarnie pod niechętnymi spojrzeniami pary szlachetnie urodzonych elfów. Takie okrucieństwo zwyczajnie do niego nie pasowało. Jeśli już, to rzeczywiście natrafił na interesujący temat artykułu i uznał, że jest on wart mojego czasu – i cierpienia.
Miałem też nadzieję, że tak naprawdę nie spodziewa się ode mnie żadnej pomocy. Wbrew temu, co powiedział, jak dotąd nie udało mi się w pełni zrozumieć, czym dokładnie się zajmuje.
– Półtorej godziny temu panna Adelina wróciła do pałacu, żeby przygotować się do ceremonii. – Linden skinął mi ręką. Niechętnie ruszyłem za nim przez pokój. – Z tego, co wiemy, przez pierwszy kwadrans towarzystwa dotrzymywała jej pokojówka. Później, na prośbę panny Adeliny, została tu zaproszona pani Margot. Ta po paru minutach wyszła i pozostawiła pannę młodą zupełnie samą. – Zatrzymał się przed drzwiami skrytymi w cieniu regału i położył dłoń na klamce. – Pół godziny temu zjawił się tu pan Silas. Służba zbiegła się parę minut później… usłyszawszy jego krzyki.
Linden otwarł przede mną drzwi.
– Mimo wszelkich starań panny Adeliny nie udało się obudzić.
***
Panna młoda leżała na szezlongu z sennym uśmiechem na różanych wargach. Jej rude włosy rozsypały się w wachlarz na białej poduszce, a rąbek sukni spłynął na podłogę. Nawet przeklęta, wydawała się uosobieniem uroku i dostojeństwa.
Stałem nad nią z rękami skrzyżowanymi na piersi i mocno bijącym sercem, starając się sformułować choć jedną myśl, która nie będzie brzmiała jak tytuł bardzo kiepskiego artykułu.
Do ilu razy sztuka? Panna Adelina ponownie zapada w magiczny sen.
– Czy źle zapamiętałem tę baśń? – zapytałem bez większej nadziei. – Dwie klątwy to coś normalnego?
– Zdecydowanie nie – odparł energicznie Linden. – Teoretycznie aż do ślubu młoda para nie ma jeszcze zagwarantowanego szczęśliwego zakończenia, ale coś takiego? I to jeszcze w dniu ceremonii? To niespotykane.
Pokój, w którym się znajdowaliśmy, musiał tymczasowo służyć pannie Adelinie jako garderoba. Toaletka była zasypana biżuterią, grzebykami i słoiczkami z kosmetykami, a z otwartych drzwi szafy zwieszał się biały płaszcz.
Jedyne okno wychodziło na znajomy dziedziniec. W śniegu pomiędzy równo przyciętymi krzewami wciąż jeszcze mogłem dostrzec ślady swoich stóp.
Wciągnąłem w płuca chłodne, zimowe powietrze i odwróciłem się do Lindena.
– To rzeczywiście dziwna sytuacja, ale chyba nie mamy się czym przejmować, prawda? Wszystko, czego potrzebuje, to pocałunek prawdziwej miłości i, powiedzmy, piętnaście minut odpoczynku. Przy odrobinie szczęścia nie trzeba będzie nawet przesuwać godziny ślubu.
Linden potrząsnął głową.
– Pan Silas już ją pocałował. Najpierw przed nadejściem służących, potem przy nas. Nic to nie dało.
– Jakim cudem?
– Najpewniej mamy do czynienia z zupełnie inną klątwą. Wciąż nie wiemy, jak ją odczynić… ani, na dobrą sprawę, jak ją rzucono.
Moje spojrzenie padło na miskę z gruszkami i brzoskwiniami, ustawioną na stole. Linden uprzedził moje pytanie.
– Żadna z nich nie została nadgryziona. A nawet gdyby… Tego typu klątwy działają szybko. Po spróbowaniu zaklętego owocu panna Adelina nie zdążyłaby go już odłożyć. Ale kiedy pan Silas wszedł do pokoju, miała puste ręce.
Nerwowo przeczesałem włosy. Nie byłem pewien, co stresuje mnie bardziej: zaklęta panna młoda na szezlongu, dwa elfy czekające na nas za ścianą czy może zaskakujący entuzjazm Lindena. Mój spokojny przyjaciel wyglądał dziś, jakby zamieszkała w nim burza; jakby przez całą zimę czekał na dzień taki jak ten.
Jakby był elfem z krwi i kości.
Musiał dostrzec mój niepokój, bo jego ekscytacja wyraźnie przygasła.
– Przepraszam, że wciągam cię w to z zaskoczenia – powiedział pospiesznie. – Oczywiście jeśli wolisz wrócić na wesele, nie będę cię zatrzymywał.
– Na jakie niby wesele, Linden? To, które za chwilę trzeba będzie odwołać?
Obaj spojrzeliśmy na spokojnie śpiącą Adelinę.
– Rozumiem, jak to musi dla ciebie wyglądać – zaczął ostrożnie. – Ale mówiłem ci, że interesują mnie złamane baśnie, prawda? Umiem je naprawiać. To właściwie jedyna rzecz, którą potrafię robić. Dlatego Miriel posłał po mnie, kiedy tylko zrozumiał, co się stało.
– A ty z kolei posłałeś po mnie – uzupełniłem cierpko.
– Wolałeś się nie dowiedzieć, że panna młoda została przeklęta?
Miał trochę racji. Niestety.
– Poza tym miałem wrażenie, że to ci się spodoba – dodał Linden.
– Który dokładnie element tej katastrofy miałby mi się spodobać?
– To nie katastrofa. To baśń, którą trzeba naprawić. A przy okazji, sam musisz przyznać, świetny temat dla artykułu.
Znużonym gestem potarłem czoło. Linden zapewniał, że w każdej chwili mogę wrócić na wesele, ale ja wiedziałem lepiej. I jako dziennikarz, i jako jego przyjaciel, nie miałem wyboru.
– Od czego zamierzasz zacząć?
***
Kiedy wróciliśmy do saloniku, Silas przerwał niespokojny spacer wzdłuż ściany i wbił wzrok w Lindena.
– Więc?
– Przepraszam za to opóźnienie. Tres wie już wszystko, co trzeba – zapewnił go mój przyjaciel, wsuwając się za stół. – Czy nie mamy jeszcze żadnych wieści od pana Angusa?
– Jak dotąd nie, ale spodziewamy się ich w każdej chwili. – Spojrzenie księcia Miriela powędrowało do stojącego zegara w kącie pokoju. – Do ceremonii zostały nam niecałe dwie godziny.
Otwarłem notes na czystej stronie, przycisnąłem czubek ołówka do papieru i wziąłem głęboki oddech. Mniejsza o strach i zdziwienie. Miałem artykuł do napisania.
– Jakich wieści się spodziewamy? – zapytałem, starając się brzmieć rzeczowo.
– Wieści o ujęciu pani Margot – odparł Linden. –Posłaliśmy po nią zaraz po tym, jak przybyłem na miejsce. Biorąc pod uwagę jej dzisiejsze wystąpienie i odwiedziny w pokoju panny Adeliny, jest naszą główną podejrzaną.
Silas parsknął lekceważąco.
– Główną podejrzaną? Oczywiście, że jest winna. Kto inny chciałby skrzywdzić Adelinę? I to w dzień taki jak ten? Własnoręcznie utnę jej głowę…
– Najpierw musimy jej zadać kilka pytań – przerwał mu Linden.
– I co nam to da? Nie można wierzyć ani jednemu słowu z ust Margot. – Silas podjął przerwany spacer. – Oto, co powinniśmy zrobić. Sprowadzę tu jednego ze swoich służących i postawię go na straży Adeliny. W tym czasie pójdziemy poszukać nadwornych czarodziejów…
– …którzy natychmiast rozniosą wśród gości wieść o klątwie rzuconej na pannę młodą – dokończył oschle książę Miriel. – Czy naprawdę nie wiesz, jakimi plotkarzami są czarodzieje? Wciąż mamy szansę rozwiązać tę sprawę dyskretnie.
– Nie zależy mi na dyskrecji! Zależy mi na mojej narzeczonej!
Ostrożnie wsunąłem się za krzesło Lindena. Wolałem, żeby nie przypomnieli sobie nagle, że ich rozmowie o dyskrecji przysłuchuje się dziennikarz „Lotnego Kuriera”.
– Muszę się zgodzić z Mirielem – powiedział Linden. – Oczywiście, jeśli sytuacja będzie tego wymagała, zwrócimy się do czarodziejów. Ale dopiero w drugiej kolejności.
Silas z rezygnacją opadł na krzesło.
– Jeśli naprawdę uważacie, że tak będzie lepiej.
Nie zdążyłem jeszcze zanotować jego słów, kiedy rozległo się energiczne pukanie do drzwi i do saloniku wkroczył Angus z Brinen.
– Zobaczcie, kogo udało mi się przyprowadzić –pochwalił się.
Pani Margot wpłynęła za nim jak zły omen, omiatając nas wszystkich pełnym pogardy spojrzeniem. Jednym szarpnięciem przeciągnęła tren swojej sukni przez próg, a potem dumnie opadła na najbliższe krzesło.
– Rozumiem, że macie jakiś ważny powód, żeby odrywać mnie od zabawy? – zapytała, stawiając na stole kieliszek z czerwonym winem.
– Naprawdę zamierzasz udawać, że nie wiesz? – odparł oschle książę Miriel. – Wezwaliśmy cię tu, żebyś odczyniła swoje czary.
– Doprawdy? A jakieś rzucałam?
Angus walnął pięścią w stół i kieliszek odezwał się wysoką, żałośliwą nutą.
– Nie kłam, wiedźmo! Jeśli nie obudzisz Adeliny, przysięgam, że…
– Adelina śpi? – przerwała mu Margot. – Śpi zaklętym snem? Naprawdę? Znowu?
A potem zła macocha wybuchnęła śmiechem, od którego zamigotały magiczne światła nad naszymi głowami. Przycisnęła rękę do czerwonych ust, próbując się powstrzymać, ale zamiast tego wyrwał jej się kolejny chichot, i jeszcze jeden, aż po chwili musiała ocierać łzy z oczu i rozpaczliwie łapać oddech.
– Czy zrobiliście to specjalnie dla mnie? Prezent na mój ostatni dzień na wolności? Jestem naprawdę zachwycona, ale nie trzeba było!
Silas cały trząsł się z oburzenia.
– Jak śmiesz? Wiemy, że to ty rzuciłaś na nią klątwę.
– Ja? Skąd! Ale chętnie pogratuluję osobie, która to zrobiła. Musicie mi koniecznie dać znać, gdy już ją złapiecie.
Gdyby nie ręka Miriela na jego ramieniu, Silas już dawno rzuciłby się jej do gardła.
– Z pewnością nie dziwią pani jednak nasze podejrzenia – powiedział miękko Linden, nachylając się nad stołem. – Wszyscy widzieliśmy, jak jej pani groziła.
Posłała mu zdziwione spojrzenie, jak gdyby dotychczas nie do końca zdawała sobie sprawę z jego obecności. Zjadliwy uśmiech na moment spłynął z jej ust.
– To prawda, rozmawiałyśmy. Ale nie przypominam sobie, żebym jej groziła.
– Kiedy pan Silas zasugerował, żeby cieszyła się pani swoją ostatnią nocą na wolności, odpowiedziała pani… – Przerzuciłem parę stron w notesie. – „Uwierzcie mi, zamierzam”.
Pani Margot uniosła brwi.
– A ten to kto?
– To Tres – odparł niewinnie Linden.
– Jestem dziennikarzem z „Lotnego Kuriera” – dodałem.
Macocha przyjrzała mi się z niedowierzaniem.
– Dziennikarzem. Oczywiście, dlaczego nie – wymamrotała, a potem zwróciła się do Lindena. – Przyznam, że to, co powiedziałam do Adeliny, mogło brzmieć jak groźba. I co z tego? Tego właśnie wszyscy ode mnie oczekiwali. Więc owszem, przybyłam na wesele, odegrałam odpowiednio dramatyczną scenę… a potem zrobiłam to, co zapowiadałam.
– Zaczarowałaś Adelinę – warknął Silas.
– Co? Nie. Poszłam się cieszyć ostatnimi chwilami wolności. Zapytajcie go. – Skinęła głową na Angusa. – Kiedy mnie znalazł, grałam w siedem wstążek z księciem Elanderem. Poprosiłam go o rewanż.
Gnom zmieszał się lekko.
– Prawda, oderwałem ich od gry. Ale co z tego? Naprawdę mamy uwierzyć, że nie zamierzałaś się zemścić na pannie Adelinie?
– Oczywiście, że zamierzałam – prychnęła Margot. – Ale nie dziś, tylko kiedy urodzi się jej pierworodne dziecko.
– Słucham? – wykrztusił Silas.
– Jestem jej matką chrzestną, nie pamiętasz? Będziecie mnie musieli zaprosić na ucztę z okazji narodzin waszego dziecka. Uznałam, że rzucenie na nie klątwy będzie dużo skuteczniejsze i bardziej widowiskowe niż zepsucie wam ślubu. – Zakołysała winem w kieliszku. – Rzecz jasna nie opowiadałabym wam o tym, gdyby nie to, że chcecie mnie oskarżyć o atak na Adelinę. To po prostu bezczelne.
Na moment zapadła cisza, przerywana wyłącznie skrzypieniem mojego ołówka po papierze. Nawet Linden wydawał się wytrącony z równowagi.
– Więc nie rzuciła pani klątwy na pannę Adelinę, bo planowała ją pani rzucić na jej nienarodzone dziecko? – upewnił się.
– To eleganckie rozwiązanie – zapewniła z godnością.
– W takim razie co robiła pani w jej pokoju?
– Adelina mnie zaprosiła. Byłam ciekawa, o czym chce ze mną porozmawiać.
– I o czym rozmawiałyście?
Pani Margot z wielką starannością wygładziła fałdy swojej sukni.
– Czy uwierzycie, jeśli powiem, że o tym, o czym rozmawiają wszystkie matki i córki?
– Oczywiście, że nie… – zaczął Silas, ale Linden przerwał mu gestem.
– Proszę mówić.
Posłała mu nieufne spojrzenie, a mi po raz pierwszy przyszło do głowy, że chyba się go obawia. Czarodzieje tacy jak ona słynęli ze swoich magicznych instynktów i nie zdziwiłbym się, gdyby wyczuwała, że Linden nie przynależy ani do tej, ani do żadnej innej baśni.
Czy nigdy dotąd nie słyszała o ósmym księciu?
– Nie zamierzam udawać, że ja i Adelina jesteśmy sobie bliskie. A jednak niekiedy zdarza mi się dostrzegać w niej samą siebie. Mam wrażenie, że dobrze się rozumiemy. – W jej głos na chwilę wkradła się zaduma. – Dlatego byłam taka zdziwiona, gdy dowiedziałam się, że to właśnie ty jesteś jej prawdziwą miłością – rzeczowo poinformowała Silasa.
– Czy możesz przejść do rzeczy? – wycedził.
– Jak sobie życzysz. A więc nie rozmawiałyśmy o niczym szczególnym. Prawdę powiedziawszy, Adelina wydawała mi się niespokojna. Przeskakiwała z tematu na temat: chciała wiedzieć, jak traktują mnie w więzieniu i czy kiedykolwiek żałowałam tego, co zrobiłam. W pewnej chwili zapytała mnie nawet, czy kochałam jej ojca. Wyglądało na to, że bardzo zależy jej na mojej odpowiedzi.
– Co dalej?
– Niewiele – odparła obojętnie. – Po paru minutach powiedziała, że chce zostać sama, i poprosiła, żebym wyszła. Wartownicy przy bramie mogą zaświadczyć, że spełniłam jej życzenie.
– Ale nie wiedzą, czy kiedy wychodziłaś, Adelina wciąż stała na nogach – zauważył Angus.
Skrzywiła się lekko.
– To wszystko przez to, że przyniosłam jej jabłko, prawda? Zapewniam was, że nie było zaklęte. Kiedy dowiedziałam się, że mnie wzywa, zabrałam go z jednego ze stołów w parku. Uznałam, że doceni przemyślany prezent.
Linden poderwał głowę tak gwałtownie, że z zaskoczenia niemal ułamałem rysik.
– Przyniosła jej pani jabłko?
– I co z tego? To było zwykłe jabłko. Jeśli teraz jest zaklęte, nie mam z tym nic wspólnego – zapewniła oschle. – Zresztą nie wiem, po co całe to zamieszanie. Czy ten tępak nie może jej po prostu pocałować?
Silas odwrócił wzrok.
– To nie klątwa, którą dałoby się odczynić pocałunkiem.
W pierwszej chwili Margot wydawała się jeszcze zdziwiona; w drugiej była już wyłącznie zaintrygowana. Odchyliła się na krześle, szarpiąc w zamyśleniu paciorki naszyjnika.
– Inny rodzaj klątwy? – powiedziała jakby do samej siebie. – Być może nie powinnam się dziwić. W końcu tak naprawdę nie ma bardziej podstawowej magii niż magia przekleństw. W dodatku klątwy występują w tak wielu wariantach: zsyłają pecha, zmieniają kolor oczu, odbierają głos i przyciągają deszcz. Można je rzucić na tysiąc różnych sposobów… Nawet dziecko potrafiłoby to zrobić. Nie wierzycie? A czy wiedzieliście, że kiedy Adelina była jeszcze dziewczynką, któregoś dnia poczęstowała mnie zaklętym miodowym ciastkiem? Przez cały następny tydzień nie byłam w stanie opędzić się od pszczół. – Roześmiała się miękko, a Angus zawtórował jej z drugiego końca stołu.
Równocześnie zamilkli i wymienili zdumione spojrzenia.
– Adelina opowiadała mi tę historię – wymamrotał gnom.
Margot z ociąganiem oderwała od niego wzrok.
– Jeśli mnie do niej zaprowadzicie, może będę wam w stanie powiedzieć coś więcej o jej klątwie – zaproponowała. – Jak wiecie, mam doświadczenie w tych sprawach.
– Doświadczenie w przeklinaniu swoich poddanych? – upewnił się książę Miriel.
Z udawaną skromnością wzruszyła ramionami.
– To wąska specjalizacja.
Musiała uznać nasze milczenie za zgodę, bo podniosła się z krzesła. Uszła zaledwie parę kroków, nim Silas zagrodził jej drogę.
– Nie.
– Nie? – Zmarszczyła brwi. – Co to ma znaczyć? Czyżbyś nie chciał, żeby się obudziła, chłopcze?
– Nikt na świecie nie chce tego bardziej niż ja – odparł, siląc się na spokój. – Ale nie pozwolę, żebyś się do niej zbliżyła. Nie po tym, co jej zrobiłaś.
– Jesteś skończonym głupcem, jeśli…
– Wystarczy. – Oboje wzdrygnęli się na dźwięk głosu księcia Miriela. – Silas ma dobre powody, by nie dopuszczać cię do swojej narzeczonej. Linden? Czy chciałeś jeszcze o coś zapytać panią Margot?
Minęło parę sekund, nim mój przyjaciel zareagował na jego słowa. Podniósł głowę i zamrugał jakby wyrwany ze snu.
– Co takiego? Och, nie. Nie w tej chwili.
– Świetnie. – Książę Miriel odwrócił się do Angusa. – Czy byłbyś tak miły i sprowadził tu straż pałacową? Nie wiem, czy Elander mi to wybaczy, ale ich gra w siedem wstążek będzie musiała jeszcze trochę poczekać.
***
– Mówiłem, że marnujemy czas – powiedział Silas, ledwo za panią Margot zamknęły się drzwi. – Miriel, pamiętasz mojego sługę, Elrica, prawda? Gdy byliśmy chłopcami, Elric przysiągł na własne życie, że nigdy nie sprzeciwi się żadnemu mojemu rozkazowi. Wystarczy, że go tu sprowadzę i postawię na straży Adeliny, a będziemy wreszcie mogli się udać na poszukiwanie nadwornych czarodziejów.
Przez ostatnich parę minut Linden przyglądał się z uprzejmym zainteresowaniem, jak desperacko uzupełniam swoje notatki, ale teraz podniósł głowę znad mojego ramienia.
– Nie wydaje mi się, żebyśmy marnowali czas – stwierdził. – Co sądzicie o opowieści pani Margot?
– To podła i okrutna wiedźma, która prędzej padłaby trupem, niż spełniła choć jeden dobry uczynek – natychmiast odparł Angus. – Ale wydaje mi się, że tym razem mówiła prawdę.
– Zdecydowanie nie zależało jej na tym, żeby cokolwiek przed nami ukryć – dodał książę Miriel.
Silas roześmiał się bezradnie.
– Czy naprawdę postanowiliśmy jej zaufać tylko dlatego, że planuje przekląć moje pierworodne dziecko i nie boi się do tego przyznać? – spytał z niedowierzaniem. – Ale niech będzie. A więc pani Margot może być niewinna. Tym razem. Nijak nie zbliża nas to do obudzenia Adeliny.
– Przynajmniej zawęża nasz krąg podejrzanych.
Odkaszlnąłem przepraszająco. Zgromadzeni w pokoju odwrócili się w moją stronę – przy czym książę Miriel zrobił to ze zdziwieniem, jasno świadczącym o tym, że zdążył już zapomnieć o mojej obecności.
– Bez urazy, ale o jakim kręgu podejrzanych w ogóle mówimy? – zapytałem. – Jeśli się nie mylę, przed panem Silasem w pokoju panny Adeliny przebywały wyłącznie jej pokojówka i pani Margot. Czy podejrzewamy pokojówkę?
Linden potrząsnął głową.
– Wartownicy twierdzą, że widzieli pannę Adelinę już po jej odejściu… – zawahał się wyraźnie. – To może być odpowiedni moment, żeby odbyć z nimi kolejną rozmowę.
Angus trzymał już rękę na klamce.
– Nie musisz… – zdążył powiedzieć Linden, zanim za gnomem zamknęły się drzwi.
Nasłuchiwaliśmy w ciszy, jak zbiega po stopniach.
– Wydaje mi się, że to go uspokaja – odezwał się wreszcie Silas.
Angus wrócił chwilę później, prowadząc przed sobą parę znajomych wartowników. Zatrzymali się na progu, wyraźnie przerażeni perspektywą naniesienia śniegu na pstrokaty dywan, i skłonili sztywno.
– Podobno szlachetni panowie mają do nas jeszcze jakieś pytania?
Zgodnie odwróciliśmy się w stronę Lindena.
– Nie zajmiemy wam wiele czasu – zapewnił, posyłając im swój najcieplejszy uśmiech. – Chciałbym, żebyście jeszcze raz opowiedzieli nam o dzisiejszych gościach panny Adeliny. Nie omijajcie żadnych szczegółów.
Wartownicy wymienili zakłopotane spojrzenia. W końcu jeden z nich zebrał się na odwagę.
– Skoro takie jest życzenie waszej książęcej mości… Dwie godziny temu panna Adelina wróciła do swoich pokojów, żeby odpocząć. Pozdrowiła nas, przechodząc przez bramę. Uprzejma z niej dama i nigdy nie zapomina się przywitać, każdy to poświadczy. W kilka, może kilkanaście minut później po schodach zbiegła jej pokojówka, panienka Nimel. A zaraz potem panna Adelina wychyliła się z okna, żeby uprzedzić nas, że lada moment odwiedzi ją jej macocha, wiedźma z Brinen… – Przez moment wyglądało, jakby wartownik chciał splunąć na dywan z pogardą. Opamiętał się w ostatniej chwili. – I rzeczywiście, pojawiła się zaraz potem.
– Jak plaga – dorzucił posępnie jego towarzysz.
– Jak całe stado krwiożerczych kruków – przytaknął wartownik. – Ale przepuściliśmy ją, bo takie było życzenie panienki Adeliny. Zresztą wiedźma nie zabawiła tutaj zbyt długo. Wyszła może po dziesięciu minutach. Potem było już spokojnie, aż na dziedzińcu zjawił się pan Silas… – Elf skłonił się panu młodemu. – Chwilę później usłyszeliśmy jego wołanie i odnaleźliśmy biedną pannę Adelinę w jego ramionach. To wszystko.
– Czy jesteście pewni, że nie mijał was nikt inny? – dopytał książę Miriel.
– Zauważylibyśmy, wasza książęca mość.
– A nie można się tutaj dostać w jakiś inny sposób? – zainteresował się Angus.
– Nie. By trafić do pokojów na piętrze, trzeba przeciąć dziedziniec, minąć zachodnią bramę i wspiąć się po schodach – wyrecytował wartownik. – To najbezpieczniejsze skrzydło pałacu. Dlatego właśnie tak często umieszcza się tu królewskich gości.
Książę i gnom nie wydawali się zachwyceni tą odpowiedzią.
– Czy w ostatnich godzinach wydarzyło się może coś szczególnego? – zapytał Linden, korzystając z ich milczenia. – Cokolwiek odbiegającego od normy.
Wartownicy się zawahali.
– Cóż, w pewnej chwili usłyszeliśmy trzask… – zaczął jeden z nich.
– Ale to było już po tym, jak minął nas pan Silas – zaprotestował drugi.
– I co z tego? Może ktoś był wtedy w garderobie panny Adeliny, przestraszył się kroków pana Silasa i… – wartownik urwał, niezdecydowany.
– …wyskoczył przez okno? – uzupełniłem sceptycznie.
Elf posłał mi ciężkie spojrzenie.
– Zauważylibyśmy, gdyby ktoś wyskakiwał przez okno.
– Z pewnością – uspokoił go Linden. – Opowiedzcie mi więcej o tym trzasku.
– Brzmiał jak… pękająca kość. Albo kij. Naprawdę trudno to opisać… Zaraz potem pan Silas zaczął krzyczeć i więcej o tym nie myśleliśmy.
„Trzask?” zapisałem bez przekonania w swoim notesie.
– Ostatnie pytanie – powiedział Linden. – Dwa razy rozmawialiście dziś z panną Adeliną. Waszym zdaniem, w jakim była nastroju?
Żaden z wartowników nie spodziewał się tego pytania – i żaden nie palił się do tego, by na nie odpowiedzieć.
– To dzień jej ślubu… – zaczął ten odważniejszy.
– I? – zachęcił go Linden.
– Wydawała się smutna – przyznał. – Ale dam głowę, że to wina tej wiedźmy. Podobno zaczepiła ją przy gościach, prawda? Nic dziwnego, że panienka Adelina była wytrącona z równowagi.
Mój przyjaciel uśmiechnął się, zadowolony jak kot.
– Dziękuję. Myślę, że to już wszystko.
***
– Czy jesteście już gotowi przyznać, że wszystkie te rozmowy prowadzą nas donikąd? – zapytał pan Silas, kiedy zostaliśmy w pokoju sami. – Jeśli tak, za waszym pozwoleniem, pójdę poszukać Elrica.
Książę Miriel wydawał się rozdarty.
– Za niecałą godzinę ma się rozpocząć ślub – przyznał z ociąganiem.
– Zostało mi tylko jedno pytanie – zapewnił Linden. – Potem możecie tu sprowadzać, kogo chcecie.
Silas niechętnie wrócił na swoje miejsce za stołem. Lindenowi nie sposób było dzisiaj odmówić: póki wokół nas rozpadała się baśń, był w swoim żywiole.
– Z kim tym razem chcesz porozmawiać? Z pokojówką? Z królem?
– Z tobą i z panem Angusem.
Gnom zmarszczy brwi.
– Co takiego możemy ci powiedzieć o klątwie?
– Zapewne nic. Natomiast podejrzewam, że możecie mi dużo powiedzieć o pannie Adelinie. – Linden pochylił się w krześle. – Zarówno pani Margot, jak i wartownicy twierdzą, że była dzisiaj niespokojna. Nie wiecie może dlaczego?
Silas przeczesał palcami włosy, jeszcze bardziej je przy tym rozwichrzając. Z rozchełstaną koszulą, bladą twarzą i grzywką opadającą na oczy wyglądał jak najnieszczęśliwszy pan młody w historii.
– Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że rozstroiła ją rozmowa z Margot – zaczął niechętnie. – Starała się być dzielna, ale widziałem, że coś jest nie tak. Co chwila odpływała myślami i myliła kroki w tańcu.
– Zgadzam się, że rozmowa z wiedźmą na pewno jej nie pomogła, ale… Wydaje mi się, że problemy zaczęły się już wcześniej – wtrącił Angus. – Niedługo po złamaniu klątwy. Kocham Adelinę jak córkę i znam ją jak samego siebie. Na całym świecie nie ma odważniejszej ani szlachetniejszej osoby niż ona. A jednak w ostatnich miesiącach coś się w niej zmieniło. Wydawała się smutna.
Coś drgnęło na twarzy Silasa.
– Więc ty też to zauważyłeś? Miałem nadzieję, że sobie to wyobrażam… – wyszeptał. – Myślę, że Adelina bała się życia, które czeka ją na dworze. Wiedziała, że nasz ślub będzie dla niej oznaczał koniec wolności. Liczyłem, że moja miłość jej to wynagrodzi, ale zgaduję, że… że ostatecznie ogarnęły ją wątpliwości. – Otarł oczy szybkim, wstydliwym ruchem.
Angus przez chwilę ze sobą walczył, lecz w końcu wyciągnął rękę i poklepał go po ramieniu.
– Już, już – powiedział bez przekonania. – Może to marne pocieszenie, ale Adelina, którą znam, nie robi niczego bez zastanowienia. Nie zdecydowałaby się na ślub, gdyby nie była pewna swoich uczuć.
– To by się zgadzało – wymamrotał Linden.
– Lada moment ją obudzimy, przysięgniecie sobie wieczną miłość przed królem i będziecie żyli długo i szczęśliwie – kontynuował gnom. – Będziecie mieli zamek i stadko psów myśliwskich i dziecko…
– Które wcale nie zostanie przeklęte – dodałem pomocnie.
– …ponieważ zamorduję Margot, jeszcze zanim się urodzi. To brzmi miło, prawda?
Silas otarł oczy i posłał mu blady uśmiech.
– Chciałbym, żeby to było takie proste – przyznał cicho, a potem przeniósł spojrzenie na Lindena. – Mówiłeś, że masz do nas tylko jedno pytanie. To było właśnie ono?
Mój przyjaciel przez cały ten czas przypatrywał mu się jak zaczarowany. Być może dopiero teraz, gdy rozpacz wzięła nad Silasem górę, dotarło do niego, że ma przed sobą prawdziwego baśniowego bohatera.
– Tak, to było ono. Dziękuję. Możesz teraz pójść po swojego sługę… Chyba że wolałbyś, żeby przyprowadził go któryś z nas? Nie wyglądasz najlepiej.
Pan młody potrząsnął głową.
– Mnie najłatwiej będzie go znaleźć. Dajcie mi parę minut. Kiedy tylko wrócę, zwołamy nadwornych czarodziejów.
Drżącymi palcami poprawił koszulę, narzucił płaszcz na ramiona i wychodząc, zamknął za sobą drzwi.
Odłożyłem ołówek.
– Czy to naprawdę już wszystko?
Pisałem od ponad godziny i teraz, patrząc na pomięte strony swojego notesu i ostrożnie rozprostowując pobrudzone grafitem, obolałe palce, czułem w sobie dziwną pustkę. Cały zapał Lindena, wszystkie moje notatki, dziesiątki zadanych pytań – i ostatecznie wróciliśmy do punktu wyjścia.
Linden musiał wyczytać rozczarowanie na mojej twarzy, bo kiedy podniosłem wzrok, przyglądał mi się z ciepłym uśmiechem, który zawstydziłby każdego innego elfa.
– Niemal wszystko – przytaknął. – Tres, co powiedziałbyś na krótki spacer po dziedzińcu? Mam ochotę się przewietrzyć.
***
Silas wrócił do saloniku w niecały kwadrans później, cały zarumieniony od mrozu i zdyszany po długim biegu. Towarzyszył mu czarnowłosy mężczyzna z mieczem przy boku i przerażeniem w oczach.
– Znalazłeś Elrica! – ucieszył się książę Miriel.
Nieznajomy skłonił się pospiesznie.
– Pan Silas wyjaśnił mi, co się stało. Wasza książęca mość może być pewien, że panna Adelina będzie przy mnie bezpieczna.
Pan młody z wdzięcznością uścisnął go za ramię. Wyglądało na to, że w towarzystwie sługi spadł mu z serca jakiś niewypowiedziany ciężar.
– Jesteście gotowi, panowie? – zapytał z nową energią. – Możemy już wyruszać na poszukiwanie czarodziejów.
– Oczywiście, możemy – przytaknął mu Linden. – Albo możemy obudzić pannę Adelinę już teraz.
Wszystkie spojrzenia skierowały się w jego stronę.
– Co powiedziałeś? – zapytał surowo książę Miriel.
Odkąd wróciliśmy z naszego szybkiego spaceru – on z jasnymi włosami oblepionymi śniegiem, a ja zdumiony i ciasno owinięty płaszczem – Linden promieniał. Oburzenie pierworodnego księcia nie zdołało mu zepsuć humoru.
– Powiedziałem, że możemy ją obudzić już teraz – powtórzył uprzejmie. – Podejrzewam, że nie zaszkodzi zwrócić się do nadwornych czarodziejów, ale czy naprawdę mamy na to czas? Za pół godziny powinien się rozpocząć ślub. Jeśli się pospieszymy, państwo młodzi będą mieli szansę na niego zdążyć… O ile będą chcieli, rzecz jasna.
Angus pociągnął mnie za rękaw.
– Czy on bredzi? – wyszeptał z niepokojem.
Tylko potrząsnąłem głową.
– Myślę, że dużo prostszym rozwiązaniem będzie obudzenie jej już teraz – beztrosko kontynuował Linden.
– O czym ty mówisz? – parsknął Silas. – Skoro wiesz, jak ją obudzić, dlaczego nie powiedziałeś nam tego wcześniej?
– Czekałem, aż będziemy w komplecie.
Ósmy książę odepchnął się od krawędzi stołu i tanecznym krokiem przeszedł przez pokój. Po raz pierwszy, odkąd się poznaliśmy, byłem skłonny uwierzyć, że pochodzi z rodziny wybrańców bogów i zabójców smoków.
– Myślę, że naszym pierwszym błędem było założenie, że na pannę Adelinę rzucono jakąś nową, nieznaną klątwę. Przyjęliśmy to za pewnik, choć przecież nic na to nie wskazywało.
– Jak to nic? – oburzył się Angus. – Nie obudziła się, chociaż Silas pocałował ją na naszych oczach.
– Co dowodzi jednej z dwóch rzeczy – odparł Linden. – Że na pannę Adelinę rzucono klątwę, której nie jest w stanie złamał pocałunek prawdziwej miłości… lub że pan Silas nie jest jej prawdziwą miłością.
Silas postąpił o krok do przodu.
– Jak śmiesz…
– Akurat tak się składa, że opowiadałem dziś Tresowi waszą baśń. Choć tak naprawdę nie jest twoja, prawda? Ukradłeś ją dla siebie w dniu polowania… Kiedy się rozdzieliliście i każdy z was wjechał do lasu jedynie w towarzystwie najwierniejszego sługi. W twoim przypadku, jak zakładam, był to pan Elric. Ten sam służący, który nie może się sprzeciwić żadnemu twojemu rozkazowi. Ten sam, którego tak desperacko próbowałeś tu sprowadzić, odkąd odkryłeś, że Adelina znowu zapadła w zaklęty sen.
Silas z każdą chwilą bladł bardziej.
– Wyobrażam sobie, że kiedy odnaleźliście ją w lesie, ty byłeś tym, który pocałował ją pierwszy – kontynuował Linden bezwzględnie. – A gdy nic to nie dało, ustąpiłeś miejsca przy trumnie Elricowi. Dlaczego nie? Sądziłeś, że niczego to nie zmieni. Ale wtedy wydarzył się cud… Panna Adelina zaczęła się budzić. Taka szansa nie trafia się często. Parę minut wystarczyło, byś wymógł na Elricu obietnicę milczenia. A kiedy Adelina otwarła oczy, byłeś już gotów wcielić się w rolę jej prawdziwej miłości. I nikomu nie przyszło nawet do głowy zakwestionować takiego rozwoju wypadków. W końcu ona jest bogatą panną, a ty szlachetnie urodzonym elfem, jednym z królewskich siostrzeńców.
– Chyba nie wierzycie w te bzdury. Przecież… – zaczął Silas drżącym głosem, ale napotkał spojrzenie księcia Miriela i nie dokończył.
– Wszystko szło zgodnie z planem… aż do dziś. Do twojego ślubu zostały niecałe dwie godziny, kiedy wszedłeś do garderoby swojej narzeczonej i odkryłeś, że ktoś znowu rzucił na nią klątwę! Wiedziałeś, że w każdej chwili przez drzwi może wpaść jej pokojówka. Musiałeś improwizować. Gdyby tylko udało ci się przekonać nas wszystkich, że mamy do czynienia z klątwą, której nie jest w stanie złamać pocałunek prawdziwej miłości, a potem pod jakimś pozorem sprowadzić tu Elrica… Oczywiście, trudno by ci było wyjaśnić nagłe przebudzenie panny Adeliny, ale wciąż stanowiło to twoją jedyną szansę. Wyjąłeś nadgryzione jabłko z jej ręki…
– Jakie jabłko? – warknął Silas.
– To, które przyniosła jej w prezencie pani Margot i które potem rozpłynęło się bez śladu! – odparł Linden ostro. – Cóż, nie do końca bez śladu. Widzisz, chwilę temu wybraliśmy się z Tresem na krótki spacer i miałem okazję przeszukać krzaki pod oknem garderoby…
Na jego znak odłożyłem notes i wyciągnąłem spod płaszcza krwistoczerwone jabłko, wciąż jeszcze mokre od śniegu. Zadbałem, żeby uczynić to wystarczająco dramatycznym gestem.
– Tym, co usłyszeli wartownicy, był trzask gałęzi, kiedy wyrzucałeś jabłko w krzaki – kontynuował Linden. – Ale nie zwrócili na to większej uwagi, bo zaraz potem zacząłeś krzyczeć o pomoc. I tak rozpoczął się teatrzyk, w który wciągnąłeś nas wszystkich. Muszę przyznać, że bardzo przekonująco grałeś rolę przerażonego pana młodego. Zakładam, że rzeczywiście byłeś przerażony. Cała wymarzona przyszłość zaczynała wymykać ci się z rąk.
Angusowi rozszerzyły się oczy.
– To dlatego w kółko sugerowałeś, że musimy postawić kogoś na straży Adeliny. I dlatego nie dopuściłeś do niej Margot! Wiedziałeś, że może cię przejrzeć! – Wyglądał, jakby rozważał morderstwo i jedynym, co go powstrzymywało, było nie sumienie, a wyjściowy strój. – Nie wierzę, że próbowałem cię pocieszyć.
– Nawet jeśli masz rację… – zaczął Silas.
– Mam – przerwał mu Linden. – Ale proszę, kontynuuj.
Niedoszły pan młody posłał mu wściekłe spojrzenie.
– Wciąż nie wyjaśniłeś, kto rzucił klątwę na Adelinę.
– Właśnie do tego dochodziłem. Tres, nadążasz z notowaniem, prawda? Świetnie. – Linden wziął głęboki oddech. – Jestem niemal pewien, że klątwę rzuciła sama panna Adelina.
Podniósł rękę, żeby uciąć okrzyki protestu.
– Zastanówcie się. Kto inny mógł to zrobić? Od pani Margot wiemy, że Adelina jest doświadczoną czarodziejką. Czy tak ciężko sobie wyobrazić, że po wyjściu swojej macochy zaklęła jabłko, które od niej dostała?
– Dlaczego miałaby to zrobić? – zapytał Miriel.
– Żeby przetestować swoją teorię. Z ust paru osób słyszeliśmy dzisiaj, że panna Adelina była niespokojna. Angus przyznał, że trwało to już od miesięcy. Oczywiście Silas szybko interweniował i próbował nas przekonać, że martwiła się utratą wolności… ale czy nie bardziej prawdopodobne jest to, że podejrzewała, że wychodzi za oszusta? Nie kochała Silasa i z każdym dniem niepokoiło ją to bardziej. Gdybym miał zgadywać, tym, co przelało czarę goryczy, była konfrontacja z panią Margot. Jak to szło…
– „Powinnaś mi podziękować za całe to szczęście” – podpowiedziałem.
– Właśnie. Dziękuję, Tres. Ale przecież Adelina nie była szczęśliwa, prawda? Myślę, że z tego samego powodu dopytywała później macochę, czy ta kochała jej ojca. Jakkolwiek brzmiała odpowiedź, popchnęła Adelinę do podjęcia decyzji. Jedna prosta klątwa mogła położyć kres wszystkim jej wątpliwościom. I, jak sądzę, położyła.
Linden skończył i powiódł po nas zadowolonym spojrzeniem.
– Jeśli macie jakieś pytania, podejrzewam, że najprościej będzie je zadać samej pannie Adelinie – dodał tylko, a potem z uśmiechem odwrócił się do Elrica. – Czy byłby pan tak miły i pocałował pannę młodą?
***
– Fałszywy książę z bajki. Kulisy afery na ślubie stulecia.
– Masz jakieś inne opcje?
– Ślub stulecia odwołany. Kim jest tajemniczy ósmy książę?
– Nawet się nie waż.
– Pałac sparaliżowany. Macocha bije brawo, elfy tańczą walca.
– Cóż, jeśli jesteś przekonany…
Nie byłem. Zakreśliłem ostatni tytuł i odłożyłem notes.
– Mam wrażenie, że to najdłuższy dzień w moim życiu.
Choć pocałunek Elrica obudził pannę Adelinę z zaklętego snu, ślub i tak został odwołany. Nie oznaczało to jednak, że goście rozeszli się do domów: póki między ośnieżonymi drzewami grała muzyka, a stoły uginały się od jedzenia, dworskie elfy miały powody do świętowania. Zapowiadało się na to, że zabawa będzie trwała do rana.
Wystarczyło, że książę Miriel zamienił parę słów ze strażą, by pan Silas został odeskortowany w głąb pałacu, a do parku wróciła pani Margot. Kiedy widziałem ją po raz ostatni, była zajęta ogrywaniem księcia Elandera w siedem wstążek i piciem wina z trzech różnych kieliszków. Była wyraźnie zdeterminowana, by do granic możliwości wykorzystać swoją ostatnią noc na swobodzie.
Po rozwiązaniu zagadki Linden i ja nie zabawiliśmy wśród gości zbyt długo. Spod drzew szybko przenieśliśmy się do pałacu, a stamtąd do gmachu „Lotnego Kuriera” i na piętro.
Nigdy dotąd nie było tu tak cicho i tak spokojnie. Fragmenty układanki lśniły zimnym błękitem w półmroku pracowni, a przez wysokie okna przesączało się srebrne światło księżyca. Zgodnie rozsiedliśmy się na wolnym kawałku parkietu: ja ze swoim notesem, Linden z butelką białego wina.
– Wiem, że tłumaczyłeś mi już parę razy, czym dokładnie się zajmujesz, ale myślę, że dopiero dzisiaj naprawdę to zrozumiałem.
Uśmiechnął się. Z przymkniętymi oczyma, beztrosko wyciągnięty na podłodze, przypominał mi wyjątkowo zadowolonego kota.
– Podobało ci się?
– Przez cały czas byłem niesamowicie zestresowany. Ale tak, podobało mi się. – Zastanowiłem się. – Następnym razem możesz mnie uprzedzić. Będę wiedział, żeby wziąć dodatkowy notes.
– Postaram się.
Odwróciłem głowę, żeby przyjrzeć mu się w półmroku. Wszystkie elementy baśni wróciły na swoje miejsce i Linden znowu wyglądał jak najbardziej niepozorny elficki książę na świecie.
– O czym myślisz? – zapytałem.
Gwałtownie otworzył oczy. Wciąż jeszcze płonął w nich ogień.
– Myślę, że skoro tak dobrze nam dzisiaj idzie…
***
Świtało już powoli i wschodzące słońce barwiło parkiet ciepłym pomarańczem, kiedy stanęliśmy nad kompletną układanką Królowej Śniegu.
Przez dłuższą chwilę przyglądaliśmy się jej w ciszy.
„Nieśmiertelność” – głosił bezczelnie napis biegnący przez ocean skrzących się odłamków lodu.
Linden zaklął.
– Ostatni raz się na to nabieram.
Komentarze