top of page

Przepraszam

Po tacie mam niebieskie oczy, i w zasadzie nic więcej. Ja jestem drugi najwyższy w klasie, a on ma metr siedemdziesiąt w kapeluszu. Ja bez książek nie mógłbym żyć, a on twierdzi, że książki to strata czasu. Ja przychodzę na spotkania co najmniej piętnaście minut przed wyznaczoną godziną, a on nadal się nie zjawia piętnaście minut po niej. Mógłbym do niego zadzwonić, ale dobrze wiem, co by mi powiedział: żebym zamówił sobie „jakiegoś Happy Meala czy coś”, a dla niego wziął tylko „jakąś kawę”, bo jest już po obiedzie. I że zaraz będzie. Chociaż wiem, że wcale go zaraz nie będzie.

Ale mimo to biorę mu „jakąś kawę”. „Nowość w McDonald’s: otul się aromatem rozgrzewającej Cinnamon Latte”. Kasjerka daje mi kupon na jeszcze jedną taką latte, a kiedy pytam, czy mogę go wymienić na coś innego, bo nie lubię cynamonu, patrzy na mnie jak na czubka. Przecież wszyscy lubią cynamon.

Odstawiam kawę na stoliku pod oknem i rozkładam przed sobą mój McZestaw z Big Makiem (jestem już o wiele za stary na Happy Meale, tato). Burczy mi w brzuchu, ale poczekam. Podsłuchałem kiedyś program, który mama oglądała w telewizji, o jednym eksperymencie, w którym dzieciaki dostawały słodycze oraz polecenie, aby przez jakiś czas powstrzymały się od ich zjedzenia. Po iluś latach przebadano te dzieciaki, gdy były już dorosłe. Okazało się, że te, które wykazały się cierpliwością, osiągnęły wielkie sukcesy, a te, które zeżarły wszystko od razu, skończyły pod mostem, czy coś w tym stylu. Nie chcę skończyć pod mostem. Poczekam na tatę.

Dla zabicia czasu czytam sobie książkę, jak zawsze. Właściwie, jak na McDonalda, to całkiem tu spokojnie. Większość stolików jest pusta. W zasięgu mojego wzroku znajduje się tylko jakaś babka, całkowicie pochłonięta swoim telefonem, i jej mniej więcej pięcioletni syn, który umiera z nudów; wierci się, wgapia w sufit i wzdycha. Tak mi go szkoda, że prawie mam ochotę oddać mu swój telefon, żeby pooglądał sobie tiktoki, czy co tam dzisiaj oglądają dzieciaki. Ja tam się nie znam – mam już trzynaście lat. To zupełnie inne pokolenie.

Właściwie to mam dokładnie trzynaście lat, sześć godzin i jeszcze kilka minut. Dzisiaj są moje urodziny. Mamy z tatą taką tradycję, że zawsze świętujemy je w Macu. Nie najzdrowsza tradycja, wiem o tym. Nawet trochę mam wyrzuty sumienia, jak tak patrzę na tego hamburgera i te frytki, bo zaledwie tydzień temu w mojej szkole odbyły się warsztaty na temat, jak ważna jest zbilansowana dieta i jak samodzielnie przygotowywać sobie niskotłuszczowe i wysokobiałkowe posiłki. Przydatna rzecz. Chyba że ktoś jest tak nisko zmotywowany i wysoce leniwy jak ja. Ale nadrabiam to aktywnością fizyczną, bo lubię grać w piłkę nożną. A przynajmniej udaję, że lubię. I także udaję, że gram. W mojej klasie wszyscy chłopacy grają w nogę. No, poza takim jednym Tytusem Lamusem. Ale wierzcie mi, że nie chciałbym brać przykładu z Tytusa.

Za oknem leje deszcz. Właściwie to chyba nawet śnieg z deszczem. Ulica jest zupełnie wyludniona, nie licząc jedynie podstarzałego obdartusa, który jak gdyby nigdy nic gra sobie na trąbce na środku chodnika. Wariat. W tej pogodzie przecież nic nie zarobi. Od samego patrzenia dostaję kataru. Dosłownie. Pociągam nosem co jakieś pięć sekund, a co dziesięć go wydmuchuję. Aż babka z telefonem na chwilę wznawia odtwarzanie rzeczywistości, by zawołać do mnie: „Hej, nie mógłbyś się wysmarkać w toalecie? Ludzie tu jedzą!”. Chociaż i ona, i jej znudzony syn mają przed sobą tace zasłane wyłącznie pustymi opakowaniami. Pewnie jest zbyt zajęta, by zwrócić na to uwagę.

Mógłbym pójść do toalety, jasne, tyle tylko, że mam taką jakby fobię przed publicznymi kiblami. Nie do końca umiem to wytłumaczyć, ale nawet smarkać bym w nich nie chciał. A poza tym mój tata może się zjawić lada moment. Jak na razie jednak daje o sobie znać jedynie mama: „O której będziesz w domu???”. Co roku organizuje dla mnie głupią imprezę urodzinową, na którą ściąga wszystkie ciotki, kuzynów i wielu innych – co do połowy nawet nie mam pewności, w jaki sposób jestem z nimi spokrewniony. Mama zaprosiła ich dopiero na osiemnastą. Nie ma jeszcze nawet szesnastej, a ona i tak już się denerwuje, że się spóźnię. Szczerze, to ja też jestem trochę zdenerwowany. Po tacie odziedziczyłem niebieskie oczy, a po mamie skłonność do martwienia się nad miarę. Jestem prawie pewien, że to ona zaszczepiła we mnie tę toaletową fobię.

Mija czas, a taty wciąż nie ma. Minuta po minucie, strona po stronie, frytka po frytce. Kurde, nawet się nie zorientowałem, kiedy zacząłem je jeść. Big Mac też już zniknął. Skończę pod mostem, ja to wiem. Ciekaw jestem, gdzie skończył mój tata. Utknął w pracy? W korku? Zginął w wypadku? Boże, ale byłby przypał, gdyby mój ojciec zginął w dniu moich urodzin! Chociaż może przy takim obrocie spraw mama w końcu przestałaby urządzać dla mnie te głupie imprezy. Tysiąc razy mówiłem jej, że ich nienawidzę. Chociaż może nie, może zrobiłaby jeszcze większą imprezę. Od czasu rozwodu nie bardzo się z tatą dogadują.

Może was to zdziwi, ale przedtem w ogóle się nie kłócili. No, poza tym jednym razem. To było jakiś czas po tym, jak mama dostała awans w pracy. Miała znacznie więcej obowiązków niż wcześniej i nie zostawało jej zbyt wiele czasu na gotowanie, więc karmiła nas gotowcami. Albo na przykład przygotowywała wielki gar zupy, który wystarczał na kilka obiadów. 

Któregoś razu, jak już trzeci dzień z rzędu jedliśmy ten sam żurek, tata zaczął kręcić nosem, że człowiek wraca zmęczony z roboty, a tu dzień w dzień tylko żur i żur – coś w tym guście. Mama z początku nic nie odpowiedziała, ale po chwili ze złością wrzuciła łyżkę do miski tak, że zupa rozchlapała się na całym stole. „To sam sobie gotuj!” – wrzasnęła do taty i wyszła, trzaskając drzwiami. To była jedyna ich kłótnia, jaką pamiętam. 

Chociaż trudno w ogóle ją tak nazwać. Ale konsekwencje miała poważne – mama do końca tygodnia już wcale nie gotowała, jakby naprawdę liczyła, że tata ją w tym zastąpi. Ale on najwyraźniej nie miał takich planów i po tych kilku dniach powiedzieli mi, że się rozstają. Wszystko przez żur. Możliwe, że kryło się za tym coś więcej, bo kto normalny rozwodzi się z powodu głupiej zupy? Ale z drugiej strony pokażcie mi rodziców, którzy są normalni.

– Przepraszam, możemy zająć ci chwilę? – pyta ktoś nagle. Trochę liczę, że to nie do mnie, ale kiedy podnoszę głowę znad książki, okazuje się, że owszem, do mnie. Ładna dziewczyna z włosami jak Harley Quinn i chłopak, który do złudzenia przypomina Kylo Rena, tyle że z trądzikiem. Stoją obok mojego stolika i przyglądają mi się z uśmiechami psychopatów.

– Jak myślisz, co taki młody człowiek jak ty może zrobić dla dobra naszej planety? – pyta Kylo Ren.

– Yyy… – Oczywiście mam pustkę w głowie, jak zawsze, kiedy ktoś pyta mnie o coś tak z zaskoczenia. – Nie wiem.

Harley Quinn postanawia mi pomóc.

– A co tam pijesz? – Wskazuje na kubek z kawą dla taty.

– To cynamonowa latte – wyjaśniam. – Ale to nie…

– O! – Uśmiech dziewczyny poszerza się jeszcze bardziej. – A wiesz może, jak pozyskano ten cynamon?

– Yyy… Nie?

– Uprawa cynamonu często wiąże się z procesami wylesiania, zwłaszcza w rejonach tropikalnych,  i znacząco przyczynia się do emisji dwutlenku węgla. Wiesz, co to oznacza?

– Yyy… Zmiany klimatu i tak dalej?

Dwoje psychopatów spogląda na siebie nawzajem z minami dumnych rodziców.

– Widzę, że zależy ci na ochronie środowiska – stwierdza Kylo Ren. Wyciąga do mnie rękę z jakąś ulotką, którą odruchowo od niego biorę. – Więc może wiesz, że franczyzy takie jak McDonald’s pozostawiają wiele do życzenia w kwestiach ekologicznego i zrównoważonego pozyskiwania składników do swoich produktów. Podobnie jest, jeśli chodzi o humanitarne traktowanie zaangażowanych w te praktyki osób, nie mówiąc już o transparentności w informowaniu o nich swoich konsumentów. Ponadto raport z 2024 roku wykazał, że wskutek zanieczyszczeń i stosowania syntetycznych dodatków uprawy cynamonu ulegają skażeniu ołowiem, co poważnie zagraża zdrowiu milionów miłośników cynamonu takich jak ty.

– A-ale… – wtrącam. – Ale ja nawet nie lubię cynamonu!

Raz jeszcze wymieniają spojrzenia, tym razem trochę zaniepokojone, jakby też brali mnie za psychola. W końcu kto normalny nie lubi cynamonu?!

Harley jako pierwsza dochodzi do siebie.

– Nam też zależy na ochronie środowiska. – Podaje mi jakiś papier. – Dlatego przygotowaliśmy taką petycję…

Od razu przyjmuję od niej długopis i podpisuję. Nawet nie słucham, czego w zasadzie ta petycja dotyczy. Może planują doprowadzić do zamknięcia wszystkich McDonaldów na świecie, a może wsadzić do więzienia każdego, kto kiedykolwiek miał czelność zamówić cynamonową latte. Chcę tylko, by dali mi spokój. Podobno słabo znoszę presję społeczną. Moja wychowawczyni powiedziała to kiedyś mojej mamie na wywiadówce.

Dopiero gdy dwójka aktywistów dziękuje mi serdecznie i idzie terroryzować kobietę z telefonem (która odprawia ich w dwóch słowach), wczytuję się w ulotkę, którą mi zostawili. Boże, teraz mam jeszcze większe wyrzuty sumienia z powodu tego Big Maca. Wiecie, jak szkodliwa dla klimatu jest produkcja mięsa? Chyba przejdę na wegetarianizm. I jeszcze te wszystkie odpady, które trafiają do oceanów i zabijają delfiny i żółwie… Nie dajcie się nabrać na te papierowe słomki i kubki: to tylko przykrywka. Już nigdy więcej nie pójdę do Maca. Najchętniej zwróciłbym wszystko, co zjadłem, gdybym nie miał tej głupiej fobii przed publicznymi kiblami. A nie chcę jeszcze bardziej drażnić pani z telefonem, rzygając na jej oczach.

Skoro mowa o telefonach, mój własny znowu wibruje. Podrywam go z nadzieją, że dzwoni tata, ale to złudna nadzieja. Nie odpisałem mamie na SMS-a w ciągu pięciu minut od otrzymania go, czego ona nie toleruje, więc oczywiście musi zacząć do mnie wydzwaniać. Mogłem się tego spodziewać.

– Hal…

– Paweł, o której będziesz w domu? – przerywa mi od razu. Boże, nawet nie zdążyłem powiedzieć „Halo”!

– Nie wiem – odpowiadam. – Taty jeszcze nie ma.

– Jak to jeszcze go nie ma? Zaraz mamy gości!

– Wcale nie zaraz. A poza tym nic się nie stanie, jak trochę się spóźnię.

– Jak to nic się nie stanie?! Nie wypada, żebyś spóźniał się na własne urodziny!

Chciałbym jej powiedzieć, że dałbym wszystko, żeby nie musieć przychodzić na to głupie przyjęcie, ale w uszach mamy to by było pyskowanie, a ona nie toleruje też pyskowania. W ogóle to mało co we mnie toleruje. Więc obiecuję po prostu:

– Będę na czas.

– No, ja myślę – warczy mama. I się rozłącza.

Boże. Presja macierzyńska to najgorsza odmiana presji społecznej.

„Hej, gdzie jesteś?” – piszę do taty, bo miał tu być prawie godzinę temu i teraz już martwię się nie na żarty. Chociaż nażarty. Wpatruję się w okno, żeby się uspokoić. Pada coraz mocniej, a w otwartym futerale leżącym przed trębaczem musi być więcej płatków śniegu niż monet, ale on nadal się tym nie przejmuje. Czubek.

Wracam do mojej książki. Ale nie myślcie, że mógłbym chociaż przez pięć minut w spokoju sobie poczytać. O nie, nie śmiałbym prosić o tak wiele. Nawet w moje urodziny. Drzwi otwierają się z impetem i do środka wpada stado rozwrzeszczanych, przemoczonych nastolatków. To chyba jakaś wycieczka szkolna, chociaż jest już dość późno na takie cyrki. Od razu zabierają wszystkie wolne krzesła, które stoją przy moim stoliku, tak że jak tata wreszcie przyjdzie, to nie będzie miał na czym usiąść. Ale mniejsza z tym, coś się wymyśli. Moja wychowawczyni uważa też, że nie jestem asertywny. Ale ja po prostu chcę mieć spokój.

Przy stoliku niedaleko znudzonego dzieciaka i matki, która ma go w dupie, siadają dwie ciemnowłose dziewczyny. Mają odsłonięte kostki, a pod rozpiętymi kurtkami te takie jakby za krótkie koszulki. Po pewnym czasie dołącza do nich jeszcze jedna, blondynka, która niesie w rękach trzy żółte kubki. Jej kostki są jeszcze bardziej odsłonięte, a koszulka jeszcze krótsza niż u tamtych dwóch. To jedna z tych dziewczyn, które zawsze mówią tak, by nikomu w promieniu stu kilometrów nie umknęło ani jedno ich słowo. Dlatego właśnie doskonale słyszę, jak prosi jedną z koleżanek, by dała jej spróbować swojej kawy, a potem wzdycha: „Ach, uwielbiam cynamon!”. A kiedy ona o coś ją pyta – pewnie o to, dlaczego w takim razie sama nie wzięła sobie cynamonowej latte – blondynka wykrzykuje: „Bo karmel uwielbiam jeszcze bardziej!”.

Nie chcę ich podsłuchiwać, ale przy tych jej właściwościach akustycznych po prostu się nie da. To niezła rozmowa, mówię wam. Otóż ta urocza krzykaczka właśnie zdała sobie sprawę z tego, że jest bi. Stanęła pod jemiołą z jakąś swoją bestie, która – jeśli dobrze rozumiem – jednocześnie jest siostrą jej chłopaka, i dla żartu postanowiła ją pocałować. I, o dziwo, spodobało się jej.

Niesamowite przeżycia blondynki docierają też do uszu jednej zasuszonej pani, chyba opiekunki tej całej bandy, która staje za krzesłem świeżo upieczonej biseksualistki i karci ją oburzonym: „Pola!”. Ale Pola tylko odwraca się przez ramię i pyta: „No co?”, i kontynuując swoją opowieść, wzbogaca ją o kolejne pikantne szczegóły. Bo, wyobraźcie sobie, tej jej bestie też się ten pocałunek spodobał.

W sumie ta historia sama w sobie nie robi na mnie aż takiego wrażenia (nie macie pojęcia, w jak mroczne zakątki biblioteki zaprowadziła mnie moja miłość do książek). Ale znudzony chłopiec, który siedzi tuż obok bezwstydnej Poli i z rozdziawioną gębą chłonie każde jej słowo, po prostu zwala mnie z nóg. Założę się, że do dzisiaj nie wiedział, że tak można – lubić i chłopaków, i dziewczyny. Nie ma to jak utracić niewinność podczas przysłuchiwania się jakiejś randomowej lasce w Macu. A jego matka dalej ma to wszystko w dupie. Porządnie poprawiło mi to humor, muszę przyznać. Ale w końcu Pola wyczuwa na sobie mój wzrok i posyła mi spojrzenie w stylu „Co się gapisz?”, więc pociągam nosem, rzucam okiem na czubka z trąbką i wracam do książki. Dla pewności zakładam jeszcze słuchawki, żeby nikt już mnie nie rozpraszał.

Strona po stronie, minuta po minucie. Chudy facet ze smutnym wąsem snuje się po lokalu, od niechcenia zamiatając podłogę. Patrzy na mnie spod byka, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że zbyt dużo czasu minęło, odkąd coś zamówiłem, żebym mógł tak bezkarnie tu przesiadywać. Dla niepoznaki pociągam łyk mojej fanty, chociaż został z niej już tylko topniejący lód. Kawa dla taty już pewnie wystygła. Mama jest już pewnie w stanie przedzawałowym. Wąsacz zbliża się ze swoją szufelką i praktycznie zaczyna zamiatać mi buty. Udaję, że go nie widzę.

Chciałbym udawać, że nie widzę też tej różowej króliczej łapy, która macha mi przed oczami, ale nie mogę. To Jagoda Malak z mojej klasy, wiem to od razu. Nikt inny nie nosi takich debilnych rękawiczek. Jakby tego było mało, do kompletu ma też czapkę z dyndającymi króliczymi uszami.

– Siema, Paweł! – woła rozpromieniona. – Co tam słuchasz?

– Nic – odpowiadam, wyjmując jedną słuchawkę z ucha. Bo naprawdę niczego nie słucham. Nie umiem jednocześnie czytać i słuchać muzyki, ale czasem zakładam słuchawki tylko po to, żeby ludzie wiedzieli, że nie chcę z nikim gadać. Większość to rozumie. Ale najwidoczniej nie Jagoda Malak.

– I znowu czytasz – zauważa. – Nie słyszałeś nigdy, że jak ktoś czyta w miejscu publicznym, to wbrew pozorom wcale nie sprawia wrażenia mądrzejszego, tylko wręcz przeciwnie?

– Tak, chyba już mi to ktoś mówił – potwierdzam. To pieprzona Jagoda Malak mówi to za każdym razem, jak widzi mnie z książką w dłoni.

– A wiesz, że ja wiem, co dostaniesz na wigilię klasową? Powiedzieć ci?

– Wolę mieć niespodziankę.

– Taki wielki zbiór opowiadań o Sherlocku Holmesie, wszystkie opowiadania w jednej książce. Lubisz Sherlocka Holmesa, co nie?

– Lubię, ale…

– A wiesz od kogo?

– Wolę nie wie…

– Od Zosi. Specjalnie wymieniła się z Lamusem, żeby cię wylosować. A wiesz dlaczego?

– Nie wiem, ale możesz jej powiedzieć, że już mam tę książkę. Dostałem w zeszłym roku na Wielkanoc.

Jagoda załamuje swoje królicze ręce.

– Aha, no wiesz?

– Sorry.

Kręci głową z naganą. Trochę mi głupio i zastanawiam się, co mógłbym powiedzieć, żeby to naprawić, chociaż – będąc szczerym – nie mam najmniejszej ochoty gadać z pieprzoną Jagodą. Ale nie chcę być niemiły, więc proponuję:

– Może usiądziesz?

Jagoda obrzuca wzrokiem mój pozbawiony krzeseł stolik.

– Nie ma gdzie.

Już wstaję, żeby zwolnić jej miejsce, ale ona macha ręką i przysiada na blacie, centymetr od kubka z kawą dla taty.

– Nie zgrywaj dżentelmena – mówi. – Nie znoszę, jak chłopaki to robią.

– Sorry – wybąkuję raz jeszcze.

– Od kiedy ty pijesz kawę? – dziwi się Jagoda.

– To nie moja – odpowiadam, ale ona już zdejmuje wieczko i podnosi kubek do nosa, by powąchać jego zawartość.

– To ta nowa, cynamonowa?

– Mhm.

– Matko, kocham cynamon! – rozpływa się Jagoda. A to ci nowość. – Wiesz, że mój jeden kuzyn ma na drugie Cynamon?

– Na drugie co?

– Na drugie imię. Moja ciocia dała mu drugie imię na cześć cynamonu, bo też tak bardzo go lubi. To chyba u nas rodzinne.

– Ale „cynamon” to nie imię.

– A niby co?

– No po prostu słowo.

– Wszystkie imiona to słowa.

– Ale to co innego. „Cynamon” to przecież nazwa przyprawy.

– No i co? „Jagoda” to nazwa rośliny. Wszystkie imiona skądś się biorą.

– Ale nie wydaje ci się to trochę dziwne, żeby nazywać swoje dziecko Cynamon, bo po prostu bardzo się lubi cynamon?

– A niby co w tym dziwnego? Ja jestem Jagoda, bo moi rodzice lubią jagody. Co ty myślałeś, że ludzie nazywają jakoś swoje dzieci, bo spływa na nich jakieś natchnienie boskie albo coś?

Nic na to nie mówię, bo nie wiem, co miałbym odpowiedzieć, a poza tym Jagoda jest dość drażliwa, jeśli chodzi o takie boskie kwestie. Nawet nie chodzi już na religię. Poszukując nowego tematu do rozmowy, natrafiam wzrokiem na ulotkę, którą dostałem od pryszczatego Kylo Rena. Zapytałbym Jagodę, czy zdaje sobie sprawę, że w jednym gramie tego jej ukochanego cynamonu znajduje się cała tablica Mendelejewa, ale tylko pogorszyłbym sprawę. Więc przesuwam spojrzenie jeszcze kawałek dalej, a dokładniej za okno, w kierunku tej całej zawieruchy i ulicznego grajka, który nadal tkwi niewzruszenie w samym jej środku.

– Widziałaś tego gościa? – pytam Jagodę. – Stoi tam już ponad godzinę. Chyba musi grać po prostu dla funu, bo w taką pogodę raczej słabo z publicznością. Chociaż co to za fun w takich warunkach? Dziwne, że jeszcze nie odmroził sobie palców.

Ale Jagoda nie podąża za moim wzrokiem. Zamiast tego miażdży mnie swoim.

– Ty jesteś nazwany na cześć Jana Pawła II, co nie?

– Co?

– Masz na imię Paweł. A twój starszy brat to Jan, co nie?

– No tak – przytakuję zdumiony. – Nigdy nie przyszło mi to do głowy. Moi rodzice nie są nawet jakoś bardzo religijni.

– Mhm, co za zbieg okoliczności – mruczy Jagoda z niedowierzaniem. Wiem, że nie jest fanką Jana Pawła II. Kiedyś na religię zrobiła o nim prezentację, po której nawet ksiądz Rysiu zaniemówił. To właśnie po tej lekcji Jagoda wypisała się z tego przedmiotu. Teraz mi się to wszystko przypomniało. Aż trochę mi wstyd, że mam na imię Paweł.

– Może chcesz wypić? – Podsuwam kubek w stronę Jagody, żeby tylko zejść z tego tematu. –Ja nie lubię cynamonu. Nie lubię nawet kawy.

Jagoda obdarza mnie znajomym spojrzeniem. Już powoli zaczynam się do niego przyzwyczajać.

– To po co ją zamawiałeś?

– Dla mojego taty – tłumaczę. – Umówiłem się z nim, ale się spóźnia. Zamówi sobie drugą, jak przyjdzie. Ta i tak jest już pewnie zimna.

– Aha, no to dzięki, że dajesz mi zimną kawę – prycha Jagoda, odsuwając kubek. – Prawdziwy z ciebie dżentelmen.

Boże, chciałem dobrze! W panice chwytam za telefon. Udałbym, że akurat ktoś do mnie dzwoni, żeby spławić Jagodę, ale ona zbyt uważnie wpatruje się w mój ekran, by dać się wkręcić.

– Na którą byliście umówieni? – pyta.

– Na wpół do czwartej.

– Mówi się, że to kobiety się spóźniają, bo tak długo się stroją albo coś, ale tak naprawdę to zawsze mężczyźni to robią, zauważyłeś?

– Ja tu byłem już piętnaście minut przed czasem.

– Wow, jest się czym chwalić.

Boże święty! Wiecie, co jeszcze mi się przypomniało? Mieliśmy kiedyś na historii sprawdzian ze średniowiecza i w jednym pytaniu było aż dziesięć odpowiedzi do wyboru – tyle tylko, że babka od historii zapomniała umieścić wśród nich tę poprawną. Tak właśnie się czuję, kiedy gadam z Jagodą.

Na szczęście w tym momencie moje modlitwy zostają wysłuchane i dzwoni mi telefon. Ale to nie tata, tylko znowu mama. Musi jeszcze trochę potruć mi dupę, żeby wyrobić swoją dzienną normę. Ale mniejsza z tym, w tym momencie nawet ona jest dla mnie wybawieniem.

– Przepraszam – rzucam do Jagody i odbieram. – Halo? – Tym razem udaje mi się to powiedzieć. Jest postęp.

– Paweł, gdzie ty się podziewasz? Goście już są!

– Co? – wyduszam zaskoczony. – Przecież nie ma nawet siedemnastej!

– I czego ty ode mnie oczekujesz, że nie wpuszczę ich do środka? Goście przyjechali, a solenizanta nie ma! Próbowałam cię jakoś usprawiedliwić, ale pomyśl, co oni muszą sobie myśleć?

– Trudno! Było powiedziane, że mam być w domu o osiemnastej, więc będę o osiemnastej!

– Nie pyskuj mi tu! – napomina mnie mama. Wiedziałem, że to powie, ale co poradzę, poniosło mnie. – To bardzo niekulturalne z twojej strony wystawiać tak gości do wiatru!

– To nawet nie są moi goście! I to raczej oni są niekulturalni, skoro wbijają nam na chatę godzinę wcześniej, niż…

– Masz w tej chwili wracać do domu! Nie zamierzam dłużej wysłuchiwać twoich pyskówek.

I rzeczywiście nie wysłuchuje, bo natychmiast się rozłącza.

– Przepraszam – zwracam się znów do Jagody. Na tym etapie nie wiem już nawet, za co właściwie ją przepraszam. – Poniosło mnie. – Może za to.

– No, słyszałam – przytakuje.

– Mama wyprawia mi urodziny, chociaż tysiąc razy jej mówiłem, że tego nie chcę – wyjaśniam sfrustrowany. – Myśli, że w ten sposób robi mi przyjemność. A jak jej mówię, że nie ma w tym dla mnie nic przyjemnego, to gada, że jestem niewdzięczny i że nie liczę się z jej uczuciami i tak dalej.

– Większość facetów się nie liczy – komentuje Jagoda. – W mózgu jest taki specjalny obszar odpowiadający za wrażliwość, wiesz? Za wrażliwość, za empatię, i w ogóle. I u większości facetów ten obszar jest niedorozwinięty.

Boże, teraz dodatkowo mi wstyd, że jestem facetem!

– Nie zamawiasz niczego? – Raz jeszcze zmieniam temat. I raz jeszcze popełniam błąd.

– Jak chcesz, żebym sobie poszła, to po prostu powiedz – obrusza się Jagoda.

– Nie chcę. Po prostu byłem ciekawy, czy…

– Mhm, jasne. – Jagoda, ześlizgując się ze stołu, chybocze nim i prawie rozlewa przy tym tę głupią latte. – Dla twojej informacji przyszłam tu tylko skorzystać z toalety, skoro tak cię to ciekawi.

Kiwam głową, bo boję się już cokolwiek powiedzieć. Chociaż ciśnie mi się na usta, że jak na kogoś, kto musi skorzystać z toalety, już podejrzanie długo zawraca mi dupę. I najwidoczniej nadal jej się nie spieszy, bo bierze do ręki mój opróżniony kubek i zagląda do środka.

– Cola?

– Fanta.

– Napoje gazowane tak naprawdę bardziej cię odwadniają, niż nawadniają, wiesz?

– Wiem.

– To dobrze. – Jagoda jeszcze przez chwilę stoi z założonymi rękami, kiwając głową. Uszy na jej czapce podrygują pogardliwie. – Tak w ogóle to wszystkiego najlepszego.

– Dzięki.

Już ma odejść, ale w połowie mojego westchnienia ulgi zmienia zdanie i z powrotem odwraca się w moją stronę.

– Tak w ogóle to ja cię zaprosiłam na swoje urodziny.

To prawda. A ja na te urodziny poszedłem. Nawet tańczyłem w parze z Jagodą podczas takiej jednej zabawy, w której trzeba było tańczyć na kawałku gazety, który robił się coraz mniejszy i mniejszy. Chcąc nie chcąc trochę przy tym Jagodę podeptałem, więc po kilku rundach zepchnęła mnie z tego, co pozostało, i zastąpiła mnie swoim trzynożnym bernardynem. Powiedziała, że jest tak samo beznadziejnym tancerzem jak ja, więc w sumie żadna różnica. Ale nie będę jej tego wypominać.

– Ja nikogo nie zapraszałem – zapewniam. – Będą tylko sami dziadkowie i ciotki i tak dalej.

– Mhm. – Jagoda mruży oczy tak, jak potrafią tylko ciężko urażone dziewczyny. – A tak w ogóle to co myślisz o Zosi?

Zasycha mi w gardle. To musi być pytanie pułapka.

– Zosia jest… spoko – stwierdzam ostrożnie.

Oczy Jagody zwężają się jeszcze trochę.

– Też tak myślę – przyznaje sucho. – Szkoda jej na ciebie.

„To nie moja wina, to mój niedorozwinięty mózg!” – mam ochotę zawołać za nią. Ale nie wołam. W milczeniu obserwuję, jak wreszcie idzie do tego głupiego kibla. Podziwiam ją, że ma odwagę z niego korzystać. Jagoda jest twarda jak skała.

Uff. Sięgam do plecaka po bidon z wodą. Muszę uzupełnić płyny po tej odwadniającej fancie. A poza tym rozmowy z pieprzoną Jagodą Malak zawsze wykańczają mnie bardziej niż te głupie mecze w nogę. Wąsaty chuderlak jak gdyby tylko na to czekał – ledwo udaje mi się zwilżyć wargi, kiedy dopada do mnie i informuje:

– Bardzo mi przykro, ale tutaj nie można spożywać napojów kupionych poza restauracją.

Potulnie chowam bidon.

– Nie, to mnie jest przykro. – Przyciągam do siebie cynamonową latte i udaję, że niby zamierzam ją wypić. Facet oddala się w kierunku śmietników, ale widzę, że cały czas ma mnie na oku – jakby tylko szukał kolejnego pretekstu, by w końcu móc wywalić mnie na bruk. Sam najchętniej już bym stąd spadał. Chwytam telefon i wybieram numer do taty. Nie chcę mu przeszkadzać, ale ile można czekać?

Odbiera dopiero po kilku ciągnących się w nieskończoność sygnałach.

– No i co tam, młody?

– Hej, tato, gdzie jesteś? Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale czekam już prawie dwie godziny i mama się już wkurza, że jeszcze…

– Jak czekasz? Gdzie czekasz?

– No w McDonaldzie.

– Ale przecież to jutro się widzimy.

O Boże! Odczekuję moment z nadzieją, że to żart. Ale to nie żart.

– Nie, tato, to dzisiaj – mamroczę. – Dzisiaj są moje urodziny.

– Jak dzisiaj? Który dzisiaj jest?

– Dwunasty. Dwunastego mam urodziny.

– Nie, trzynastego. Dwunaste urodziny trzynastego, przecież pamiętam.

– Trzynaste urodziny dwunastego – poprawiam go. – Można się łatwo pomylić.

Przez chwilę w słuchawce rozbrzmiewa cisza. Przez tak długą chwilę, że już mam zapytać tatę, czy nadal tam jest, kiedy on wybucha:

– Boże święty, Paweł! Musiałem stanąć na głowie, żeby móc jutro wcześniej urwać się z pracy, a ty mi mówisz, że to jest dzisiaj?

– Przepraszam – odpowiadam. I od razu dociera do mnie, jaka to idiotyczna odpowiedź, więc parskam śmiechem. – Przepraszam, że mam dzisiaj urodziny. I przepraszam, że mam trzynaście lat.

– Dobra, młody, nic się nie stało – ucina tata głosem zarobionego robotnika, który musi wracać do roboty, by jeszcze trochę się narobić. – Widzimy się jutro.

I znika. A ja wpadam w jakiś głupkowaty nastrój i dalej się podśmiewam, nie odrywając telefonu od ucha.

– Przepraszam, że czytam książki – mówię do milczącej słuchawki. – I przepraszam, że nie jestem fit. I że nie troszczę się o naszą planetę. I że mam w dupie piłkę nożną. I że leci mi z nosa. I że jestem introwertykiem. I że mam na imię Paweł. I że jestem mężczyzną. I że tu siedzę. I że nie lubię pieprzonego cynamonu. Przepraszam, przepraszam was wszystkich najmocniej. Czy mi kiedyś wybaczycie?

Chuderlak, który w ramach odskoczni od zamiatania akurat walczy z nieposłusznym workiem na śmieci, wszystko to słyszy i patrzy na mnie jak na wariata. Tak dla odmiany. W końcu spełniam jego niewypowiedziane życzenie i podrywam się z miejsca. Podchodzę do niego z moimi śmieciami i wsypuję wszystkie papiery do worka, który w końcu udało mu się rozwinąć i który usłużnie mi nadstawia. Potem wracam do stolika i zabieram wystygłą latte. Mijam znudzonego dzieciaka i jego matkę fonoholiczkę i podchodzę prosto do trzech koleżanek.

– Pola – zagaduję. Jest tak hałaśliwa, że za pierwszym razem mnie nie słyszy, więc muszę powtórzyć głośniej: – Pola!

– Yyy… Znamy się? – Pola zabija mnie wzrokiem. Boże, dlaczego dziewczyny zawsze mają takie mordercze spojrzenia?!

– Nie, ale to dla ciebie. – Stawiam kubek obok jej kubka. – Rozgrzewająca Cinnamon Latte. Tylko że zimna. Ale ty tak uwielbiasz cynamon, że nie powinno ci to przeszkadzać.

Dziewczyny patrzą po sobie, chichocząc nieswojo. Pewnie myślą, że jestem jakimś stalkerem i że coś do tej kawy dosypałem.

– Dzięki, ale… Za co to? – Pola uśmiecha się niepewnie.

Kątem oka zerkam na przymulonego chłopca, by upewnić się, że słucha. Szykuj się, mały. Pora na lekcję numer dwa.

– Za to, że nie wstydzisz się być sobą – oznajmiam. I odwracam się na pięcie. BUM! Wielkie wyjście. Brakuje tylko zwolnionego tempa i eksplozji w tle. Chociaż eksplozja się rozlega – chichotu trzech koleżanek. Ale mam to gdzieś.

Idę do kasy, żeby zrealizować kupon na kolejną latte. Kasjerka mnie pamięta i dziwi się mojemu nawróceniu, ale nie daję jej szansy nic powiedzieć, bo od razu dzwonię do mamy.

– Paweł, dziecko, gdzie ty jesteś?! – wypala natychmiast poddenerwowana. Ona nigdy nie każe mi długo czekać.

– Mamo, dasz mi znać, jak goście już sobie pójdą? – proszę spokojnie. Pełen chill.

– Co? Co ty mówisz?

– Ze sto razy ci powtarzałem, że nie chcę żadnej imprezy urodzinowej. Więc na nią nie przyjdę.

– No wiesz ty co! Robimy to wszystko dla ciebie, cała rodzina się zjechała z okazji twojego święta, a ty…

– Skoro to moje święto, to pozwól mi je spędzić po swojemu!

I nie czekając na odpowiedź, rozłączam się. BUM! Trochę mi głupio, ale nie jakoś bardzo. Pełen chill.

Po chwili moja latte jest gotowa. Wychodzę z nią na zewnątrz. Przestało już padać, a mimo to wokół trębacza nadal jest pusto. Czekam, aż skończy grać utwór, który akurat wykonuje, a następnie wręczam mu kawę.

– Lubi pan cynamon? – pytam, tak dla formalności.

– A kto nie lubi? – odbija obdartus, przyjmując kubek z moich rąk.

– Tak sobie pomyślałem, że przyda się panu coś, żeby się rozgrzać.

– To miłe z twojej strony, synu. – Muzyk dorabia sobie wąsy z mlecznej pianki, po czym z głębi jego gardła wyrywa się to sapiące „Aaa!”, które ludzie czasem z siebie wydają, kiedy piją coś nieskończenie pysznego. – Gram tu dzień w dzień od dwóch tygodni, a nikt jeszcze niczego takiego dla mnie nie zrobił. Będą z ciebie ludzie.

– Już są ze mnie ludzie – protestuję. – No, tylko jeden człowiek.

– To w sam raz.

– Też tak myślę.

Staruszek pije swoją kawę na stojąco, a ja znajduję sobie dobrze oświetlone miejsce na prawie suchym parapecie pod markizą jakiegoś sklepu, tuż obok lampy ulicznej.

– Mogę sobie przez chwilę tu koło pana posiedzieć? – pytam. – Poczytać?

Facet wzrusza ramionami.

– Ja ci niczego zabraniać nie będę. Ale pewnie zmarzniesz.

E tam. I tak zamierzam zostać tylko na chwilę. Na chwilę spokoju. Tak czy inaczej długo tu nie wysiedzę. Wypiłem przecież chyba z pół litra fanty. A nie pójdę do tego kibla w Macu, nie myślcie sobie. Nie wszystko naraz.

No to czytam. Strona po stronie. Minuta po minucie. Jeden siorbiący cynamonowy łyk po drugim. W którymś momencie staruszek zwraca się do mnie:

– Może coś ci zagrać, synu? Jakieś życzenia?

– Nie, zasłużył pan na przerwę – odpowiadam. – Ja i tak nie umiem się skupić przy muzyce. A poza tym nie przepadam za trąbkami, jeśli mam być szczery.

– A, to przepraszam.

Uśmiecham się pod moim cieknącym nosem.

– Niech pan nie przeprasza.

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Stara plebania na Zagaju

Zimową nocą, gdy ciemność jest tak głęboka, że świat niemal zapomina, czym był dzień, rozum kładzie się spać. A gdy rozum śpi, budzą się demony. *** Ksiądz Filip Mocny był człowiekiem pogodnym, z na

 
 
 
Śledztwo w przeddzień życia długo i szczęśliwie

Sprowadziłem się na dwór króla elfów w miesiącu, który miał zostać zapamiętany jako początek najdłuższej zimy stulecia. Rzecz jasna miało to więcej wspólnego z zachcianką samego króla niż z kaprysem n

 
 
 
Zimowe wyzwanie

„Jeśli zawędrujesz dość daleko, wszelkie reguły ulegną zawieszeniu”. Joanne Harris, Jeżynowe Wino Wędrowiec przeciągnął się na pryczy. Otworzył oczy i przyglądał się słojom na belkach drewnianego str

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page