top of page

Zimowe wyzwanie

„Jeśli zawędrujesz dość daleko, wszelkie reguły ulegną zawieszeniu”.

Joanne Harris, Jeżynowe Wino


Wędrowiec przeciągnął się na pryczy. Otworzył oczy i przyglądał się słojom na belkach drewnianego stropu. Tacy jak on przesypiają praktycznie całą zimę. Ziewnął donośnie. Tutaj, w chatce ukrytej wśród niedostępnych górskich szczytów, nikt nie mógł go usłyszeć. Usiadł na barłogu i knykciami przetarł oczy. 

W tym roku zima wygodnie rozsiadła się na swym lodowym tronie, a wiosna, zbyt nieśmiała, żeby zastąpić swoją poprzedniczkę, powoli, po cichutku, dopiero się skradała na ten świat. Krople topniejącego śniegu dudniły miarowo o parapet za oknem. Do środka wpadały pierwsze mocniejsze promienie słońca. Wędrowiec doskonale wiedział, że to sygnał do pobudki, jednocześnie pod skórą poczuł, że już jest spóźniony. Wstał i rzucił okiem na leżący na stole przykurzony list. Chwycił go i spojrzał na starannie wykaligrafowane litery.


W tym roku zastąpisz mnie. Każdy dzień jest opowieścią, gdy jesteśmy częścią natury.


–  Stary wariat – mruknął do siebie wędrowiec. Podszedł do okna i spojrzał na ośnieżone szczyty w oddali. – Łatwo jest napisać: „zastąpisz mnie”. Szkoda tylko, że nie dał żadnej podpowiedzi. Ech! Stary, zwariowany wariat!

Ogień rozpalony w kominku jeszcze trzy miesiące wcześniej  się tlił. Tylko Wędrowiec wiedział, które drzewo ma tak wyjątkowe właściwości, aby tak długo utrzymywać w cieple małą chatkę. Tajemnicę kryła w sobie nutka cynamonu wydobyta z kory cynamonowca, którą wcześniej przywiózł ze swoich podróży. Dorzucił jedną szczapę i dmuchnął delikatnie w palenisko. Płomyk podskoczył, rozjaśniając wnętrze.

–  Do wieczora wystarczy. Czas przygotować się do wycieczki. – Wędrowiec zatarł ręce, spoglądając na paczuszkę leżącą przy piecu.

Lubił mówić do siebie. Unikał ludzi, a rozmawiał tylko z nielicznymi z nich, z tak zwanymi Zaufanymi. Byli jedynym pomostem łączącym go z cywilizacją. Nawet oni wśród ludzi byli uważani za dziwaków. Paczkę odebrał od znachorki mieszkającej u podnóża gór, kilkanaście kilometrów od jego samotni. Odwiedzał ją przeważnie wraz z nadejściem zimy, wracając ze swoich dalekich podróży. Zawsze miała dla niego jakiś drobny upominek. Nie inaczej było ostatnim razem. Tak zaadresowana mogła być tylko przesyłka do niego: „Wszędobylski Safanduła. Gdzieś w Karpatach”. Oczywiście był też właściwy adres. Ten, pod którym mieszkała znachorka Wanda.

Wędrowiec podniósł pudełko, które wyjął z paczki. Uśmiechnął się: „Twój Starszy, Mądrzejszy Brat” – napis w lewym rogu wyjaśniał wiele. Zawartość przesyłki już niekoniecznie. Sięgnął do środka i wydobył stary, parciany wór, podobny do tego, w który chłopi zbierają ziemniaki. Na dnie, pod tobołkiem, owinięty w ręcznie haftowaną chustkę leżał naszyjnik z wisiorem przedstawiającym niedźwiedzia będącego symbolem siły i porządku. 

–  Stary mądrala. Już ja cię zastąpię…

Marzec miał się ku końcowi. Wiosna rzeczywiście zaspała w tym roku. A Wędrowiec wraz z nią. Czas naglił. Jeśli miał wypełnić misję powierzoną mu przez brata, musiał jeszcze tego wieczora opuścić swoją kryjówkę.

Resztę dnia zajęły mu przygotowania do wyprawy. Tym razem, poza standardowym ekwipunkiem, musiał zabrać ze sobą tajemniczy worek podarowany mu przez starszego brata.

O tej porze roku dzień był jeszcze zbyt słaby, aby bronić się przed szybko zapadającym zmrokiem. Kiedy niebo przyprószyło  drobnymi światełkami gwiazd, Wędrowiec wcisnął za pas lekki toporek, chwycił swój kij i na głowę naciągnął kaptur. Na nogi założył wygodne kamasze i ruszył w drogę.

Wolał przemierzać ten świat nocą. Unikał ludzkich ścieżek. Okolice samotni znał jak własną kieszeń. Liczył na to, że zanim pokona pierwszy etap eskapady, nie spotka nikogo na swojej drodze.

–  Zrobię to na swój sposób, braciszku. – Uśmiechnął się pod czarnym wąsem, zerkając na przytroczony do pasa tobołek.

Minęły dwa tygodnie spokojnej wędrówki, nadszedł więc czas, żeby zejść do dolin i skierować się w stronę pochłoniętych przez cywilizację obszarów. Słońce przygrzewało już mocniej. W krajobrazie zniknęły śnieżne jęzory. Ustąpiły miejsca budzącym się do życia trawom. Drzewa, stęsknione za wiosną, subtelnie szeleściły zieleniącymi się listkami.

Wkrótce na szlakach pojawili się pierwsi turyści. Wędrowiec przystawał wtedy i krył się za pniami drzew. Obserwował ich, odprowadzając czujnym spojrzeniem. I ruszał dalej. Ci pierwsi spacerowicze nie budzili jeszcze jego niechęci. Złapał się nawet na tym, że pewnego razu omal ich nie pozdrowił.

Dotarł wreszcie na północny brzeg jeziora, w pobliże malowniczego, niewielkiego zamku. To ta budowla była pierwszym obrazem, który potrafił przywołać z pamięci. Jako mały chłopiec lubił siadać na skale po drugiej stronie rzeki i obserwować, jak ludzie trudzą się przy jego budowie. Ówcześni budzili jego sympatię, ale z czasem –  a szczególnie kiedy kilkaset lat później zbudowali zaporę na rzece, przy okazji topiąc pod wodą tysiące drzew, które znał od nasionka –  jego stosunek do ludzi stał się nieufny, wręcz wrogi. Dawno już stracił nadzieję na przywrócenie dawnego świata, lecz w tym roku, dzięki przesyłce od brata, postanowił chociaż spróbować.

–  Tu będzie początek. Zostało mi kilka miesięcy. Będziesz, staruszku, ze mnie zadowolony.

Trofea zaczął zbierać jeszcze tego wieczora.

Znajdował je wszędzie. Nie tylko w pobliżu ludzkich siedlisk. Niektóre z nich, niesione przez nurt rzek, wyławiał w ich zakolach. Te, które porwał wiatr, zdejmował z czubków drzew. Każdy kolejny artefakt wypełniał jego niezwykły tobół, który zdawał się nie mieć dna. Kiedy natrafiał na wyjątkowy okaz, figurka niedźwiedzia, którą zawiesił na szyi, lśniła delikatnie niebiesko-białym światłem.

–  Teraz już rozumiem, stary cwaniaku, w jaki posób ogarniasz swoje obowiązki – powtarzał za każdym razem, gdy miał wrażenie, że pojemność wora jest już na wyczerpaniu.

A ten z przyjemnością przyjmował kolejne cacka, nie chcąc się wypełnić.

Wędrowiec posępniał z każdym dniem na myśl o ilości znalezionych rzeczy. Niedźwiedź błyskał coraz częściej. Tym bardziej że letnią porą ludzie zachęceni długością dnia i sprzyjającą aurą rozpanoszyli się nawet w najdzikszych i trudno dostępnych zakątkach ziemi. Wiedział, że koniec podróży i tak zbiegnie się ze spotkaniem z nimi. Ta myśl dodawała mu otuchy. Cieszył się w duchu z niespodzianki, którą dla nich przygotowywał.

Jesienią szlaki zaczynały pustoszeć. Większość turystów powróciła do domu, co ucieszyło Wędrowca. Uważał ich za głośnych, a ich dzieci za rozwrzeszczane i nieznośne. Podróżowali tylko podobni do tych, których Wędrowiec widywał wczesną wiosną. Nazywał ich Miłośnikami Natury. Ich obecność sprawiała mu większą satysfakcję. To byli ludzie, którzy potrafili nazwać kolory liści, a na widok dzikich zwierząt zatrzymywali się, aby w ciszy zrobić im zdjęcie.

Z czasem niedźwiedzi wisior błyskał coraz rzadziej. Wędrowiec z zakłopotaniem zerkał do tobołka. Nie wiedział, czy czuł entuzjazm czy może jednak przygnębienie. Okazało się, że nawet tak magiczny przedmiot ma swoje ograniczenia, a jego pojemność tuż przed końcem października drastycznie się skurczyła. Pokonał już niemalże wszystkie etapy drogi. Pozostał tylko ostatni – dotarcie do miejscowości, w której chciał przeprowadzić swoją próbę.

Zima w tym roku pojawiła się znienacka. Sypnęła obfitym śniegiem. Zamiotła porywistym wiatrem. Wędrowiec brnąc przez potężne zaspy, zbliżał się do miasteczka. W swym ogromnym kapturze, z worem taszczonym na plecach i z długim kijem służącym mu za laskę, przypominał wyglądem swojego brata. Szron osiadł mu na wąsach. Wiatr targał brodą, odsłaniając niedźwiedzi wisior.

Najdłuższa noc w roku zaczynała powoli swoje urzędowanie. Pierwsza gwiazda wyjrzała przez rozwidlenie w chmurach. Obok niej swoim sierpem błysnął księżyc.

Wędrowiec dotarł do pierwszego domostwa. Wstrzymał oddech. Załomotał pięścią w drzwi.

To była krótka wizyta, po której ruszył dalej.

Przemieszczał się w mroku od domu do domu. W każdym z nich po jego odwiedzinach gasło światło, a mieszkańców ogarniały smutek i zaduma.

Zostało tylko jedno gospodarstwo po drugiej stronie miasteczka. Wędrowiec uderzył we wrota i bez czekania na zaproszenie przekroczył próg. Na oczach zdezorientowanych mieszkańców bezceremonialnie otrzepał śnieg z butów i wmaszerował do świątecznie przystrojonego salonu. Aromat wypieków uderzył w nozdrza. Poczuł ulubiony zapach cynamonu i już wiedział, że trafił do właściwego domu. Nie pozwolił sobie jednak na chwilę słabości. Nie mógł wypaść z roli, którą powierzył mu brat.

Zbliżył się do suto zastawionego stołu. Chwycił za kant obrusu i jednym energicznym szarpnięciem zrzucił wszystko na podłogę. Na blacie położył wór z prezentami.

–  Ho! Ho! Ho! I tak dalej. W tym roku to ja rozdaję podarunki – zwrócił się do zaskoczonych domowników. – Zbierałem to, co zostawiliście po sobie.

Głowa rodziny została obdarowana zmurszałym kawałkiem styropianu wyłowionym w szuwarach jednego z podgórskich jezior. Pani domu wręczył zardzewiały stary toster wyciągnięty z zarośli rosnących przy leśnej ścieżce. Syn musiał się zadowolić plastikową butelką z wypłowiałą już od słońca naklejką, a córka – pogniecioną puszką po słodzonym napoju.

–  Zapamiętajcie moje słowa: każdy dzień może być opowieścią, jeżeli zechcecie pozostać częścią natury!

Zerknął jeszcze w stronę kominka, przy którym stało dziecięce łóżeczko. Podszedł do niego i podniósł leżące w nim niemowlę.

–  Jesteś jeszcze zbyt malutka, żeby to wszystko zrozumieć. Zostawiam ci zatem specjalny dar na dobrą wróżbę. Mnie on już nie będzie potrzebny.

Położył dziewczynkę. Zdjął z szyi niedźwiedzi naszyjnik i delikatnie wsunął w jej drobne rączki. Mrugnął do dziewczynki.

–  Bądź przyszłością tego świata.

Wyszedł w mrok i ruszył w drogę powrotną do swojej samotni.

–  Mikołaju, będziesz zadowolony – szepnął w ciemności.

W domu, który zostawił za sobą, zgasło światło. Tylko przez odsłonięte okno przeświecała delikatna, niebiesko-biała poświata.

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Stara plebania na Zagaju

Zimową nocą, gdy ciemność jest tak głęboka, że świat niemal zapomina, czym był dzień,  rozum kładzie się spać.  A gdy rozum śpi, budzą się demony. *** Ksiądz Filip Mocny był człowiekiem pogodnym, z na

 
 
 
Śledztwo w przeddzień życia długo i szczęśliwie

Sprowadziłem się na dwór króla elfów w miesiącu, który miał zostać zapamiętany jako początek najdłuższej zimy stulecia. Rzecz jasna miało to więcej wspólnego z zachcianką samego króla niż z kaprysem n

 
 
 
Przepraszam

Po tacie mam niebieskie oczy, i w zasadzie nic więcej. Ja jestem drugi najwyższy w klasie, a on ma metr siedemdziesiąt w kapeluszu. Ja bez książek nie mógłbym żyć, a on twierdzi, że książki to strata

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page