Taniec w trybie solo
- Maja Jakubowska
- 30 mar
- 19 minut(y) czytania
To był dobry dzień. Zwiastun czegoś lepszego, choć nieosiągalnego. Lekko padał deszcz, kiedy oparłam rower o drzewo i zabierałam najważniejsze rzeczy. Nie było ich dużo. Ot, klucze do domu, telefon, chusteczki higieniczne i coś do picia – zestaw idealny, kiedy chcesz wyskoczyć na chwilę poza granice rzeczywistości. Jednocześnie żadna z nich nie będzie stanowić problemu, jeśli zdecydujesz się wrzucić je w ciemną toń i ruszyć dalej, w zupełnie innym kierunku.
Na razie, trzymając zabrane przedmioty pewnym chwytem, balansowałam na wilgotnych i miejscami zniszczonych przegniciem deskach, by dotrzeć w miarę sucha na niewielki pomost z ławką. Ostatnie deszcze nie były intensywne, ale systematyczne, więc przejście po śliskim drewnie stanowiło niemałe wyzwanie. Na szczęście trasa nie była długa i już po chwili stanęłam na konstrukcji, całkowicie ufając jej zdatności. Czy powinnam? Nie miałam wyjścia. Zresztą jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby ktoś wpadł do tego jeziora z winy drewnianej zabudowy. Co najwyżej z powodu brawury, by zbadać legendę o czołgu, który miał zatonąć tam za czasów wojny.
Rozejrzałam się, deszcz lekko przybrał na sile. Nikogo wokół, dobre wieści. Zrobiłam telefonem kilka zdjęć – wyszły dobrze, choć wtórnie. Trudno znaleźć coś nowego w miejscu, które oko kamery widziało już tyle razy; niemniej starałam się udokumentować każdą wizytę, bo byłam tu szczęśliwa. A wiedziałam, że przyjdzie pora, kiedy utrwalone w obrazie szczęście pomoże mi przetrwać kolejną noc. Da nadzieję, że jeszcze kiedyś mogę tego doświadczyć. Nadzieję, że jest na co czekać.
Tak jak teraz, gdy siedząc na ławce, myślałam o tych nielicznych chwilach, w których nie byłam tu sama. Warto było ich oczekiwać i mieć poczucie nadziei, że powrócą. Usiadłam więc grzecznie, westchnęłam ciężko i czekałam wytrwale. Wpatrywałam się w przestrzeń przede mną, choć pozwalałam, by rozmyła się gdzieś daleko, podczas gdy ja usuwałam się do swojego wnętrza i próbowałam rozgonić skrywające się tam od jakiegoś czasu chmury.
Jak ostatnio, gdy byliśmy tu razem. Miałam do niego żal i szkarłatną kreską naznaczałam dystans między nami. Pamiętam ten chłód, który nie miał nic wspólnego z groźbą deszczu. Nie miałam bluzy, ale rozczarowanie pozwoliło, by ciężkimi oddechami moje płuca wypełniły się wiosennym powietrzem, a hulający wiatr łaskotał mnie po suchych żyłach.
Coś było nie tak. Nie potrafiłam się obudzić i znaleźć siły, by próbować. Było mi wszystko jedno, gdy szliśmy ścieżkami, a ja wypuszczałam z siebie zdawkowe słowa i znikałam coraz bardziej. Czułam, jak gdzieś pod skronią pulsuje czerwone przeświadczenie, że nie tak to powinno wyglądać. Ból straty czasu nie był w stanie się przedostać i rozrosnąć na spierzchniętej ziemi obojętności. Potrzebowałam deszczu, potrzebowałam ciepłych promieni, potrzebowałam wydychanego powietrza i mikroelementów przekazywanych splątanymi z inną istotą palcami, jak korzeniami. Potrzebowałam, by ktoś pomógł mi nie uschnąć całkiem.
Pamiętam zbędne rozmowy niosące się wiatrem w moją stronę, jak ciche nawoływanie w moją wewnętrzną pustkę – w poszukiwaniu szczerej odpowiedzi. Pamiętam ukryty za okularami przeciwsłonecznymi ból, kiedy po raz kolejny odwracałam wzrok, jakby moim jedynym pragnieniem było zwyczajnie uciec, zniknąć, dać się pochłonąć po raz kolejny. Potrzebowałam czasu, by przestać czuć się bezwartościowa i odrzucona. To głupie. To było tak cholernie głupie. Ale potrzebne, bo wiele się wtedy nauczyłam. Pamiętam, jak zaczęłam krążyć po niewielkiej przestrzeni tego pomostu, coraz gorzej znosząc dystans, który przecież sama narzuciłam. Czekałam na zaproszenie. Czekałam, aż w końcu się poddałam i postanowiłam wziąć odpowiedzialność za swoje własne zamieszanie. Usiadłam na ławce, niepewnie, na brzegu, a do wiatru dołączył deszcz. Ciężkie, skąpane w ciszy oddechy zapewniły mi powietrze, a troska wysłana sygnałami przez korzenie i ciepło bliskości przypieczętowały moje ożywienie. Powoli zaczęłam się podnosić. Cierpliwość, cierpliwość, cierpliwość – jakie szczęście mieć w życiu taką siłę, nawet jeśli nie własną.
Siedziałam tu zatem ponownie, tak jak wtedy. I starałam się poskładać siebie na własną rękę, wiedząc, że potrafię i że prawdopodobnie zupełnie niepotrzebnie znów tu moknę. Pragnęłam, jak wtedy, spojrzeć niebu w twarz i rozwinąć płatki, odzyskując własną postać.
Lecz co, jeśli nie zobaczę słońca przed nadejściem nocy?
Co, jeśli zostanę zmuszona do życia w ciemnościach, bo to, kim jestem naprawdę, nie nadaje się do pokazania w świetle poranka?
Co, jeśli będziemy żyć tylko o północy i wyłącznie zimą? Przecież i tak stale musimy otaczać się chłodem.
Listopad wszystko zaczął, to wina jego smutnej aury. Potem przyszedł grudzień pełen wątpliwości, styczeń ze strachem, luty z miłością, marzec z nadzieją, kwiecień, maj i czerwiec. Wiosna się rozpędziła i zaraz na dobre zacznie się lato. A tu nadal sztucznie pompowana zima.
Poddałam się napływającym myślom, zamknęłam oczy i skupiłam się na wykreowanej w mojej głowie zimowej wersji jeziora, skutego lodem oraz bólem. Zapragnęłam stanąć na jego powierzchni i tańcem odgonić wszelkie wątpliwości. Nie martwiłam się, bo kontrola nad grubością mroźnej pokrywy należała tylko do mnie. Nie mogłam wpaść, nie umiałam przecież pływać, a jednocześnie właśnie dlatego byłam gotowa to zrobić. Wyobraziłam sobie, jak powoli opuszczam bezpieczny pomost i stawiam pierwsze kroki, próbując dostosować ruchy do śliskiej powierzchni. Uczyłam się pracy płóz, testowałam je i łapałam się na tym, że coraz sprawniej przychodziło mi zachowanie równowagi. Czasem jeszcze postępowałam zbyt pochopnie, ciągnęło mnie, by nagiąć granice i zaufać ślepej wierze we własne możliwości. Byłam niemal w stanie poczuć ból zbitego ciała, lecz każda zrośnięta kość to wygrana ze strachem na drodze przełamywania własnych słabości, a każda blizna to przypomnienie, że byłam tylko człowiekiem i miałam wady – wady, które zauważałam, z którymi walczyłam, które oswajałam i, jeśli to możliwe, naprawiałam. Do przodu, do przodu, do przodu. Byle do przodu, potem tylko w górę.
Tak zaczęłam łapać rytm. Powielałam zapamiętane ruchy innych, by spróbować znaleźć w nich swój ślad, a potem dobierałam kolejne kroki na podstawie własnych potrzeb, grającej w duszy muzyki i choreografii. Niosły mnie podmuchy swobody – podmuchy, których źródłem byłam głównie ja sama. Bo na tym lodzie, w tej ciszy, w mojej głowie, istniałam tylko ja. Uniosłam więc lewą rękę na poziom barku, a prawą skierowałam wprost do nieba, posyłając za nią odważnie spojrzenie. Prawą nogę ugięłam lekko w kolanie, podpierając się na czubku wyimaginowanej płozy, a drugą nogę zostawiłam delikatnie z tyłu, by stanowiła oparcie i dopełnienie pozycji.
Zastygłam na moment, wpatrując się w chwilowo odsłonięty zza chmur księżyc w pełni i czując, jak tej nocy odbijał promienie słońca właśnie dla mnie, a drobiny na mojej sukience koloru północnego nieba błyszczały wyłącznie dla niego. Jak osobna konstelacja, z siłą, tajemniczością i pięknem tysiąca prywatnych gwiazd. Pogodziliśmy się; by dać temu wyraz, opuściłam wysuniętą w górę dłoń i skłoniłam się lekko przed jego obliczem, inicjując pierwsze płynne ruchy. Wykorzystałam zdobytą prędkość na dwa swobodne obroty, w których starałam się zamknąć tyle gracji, ile byłam w stanie z siebie wydobyć.
To początek, pierwsze kuszenie, więc nie rzuciłam się od razu na wyskoki i piruety; pozwoliłam się sobie przyjrzeć i dałam czas podniebnym reflektorom na dobranie pracy odpowiedniej do mojego tempa. Posunęłam się kilka metrów w linii prostej, po czym zerwałam się i, podnosząc lewą nogę, nadałam sobie pęd, by kręcić się w stronę przeciwną niż poprzednio. Znów na spokojnie, choć w ruchach dało się wyczuć pierwsze oznaki rosnącej dynamiki i emocji, które nie pozwalały się stłumić. Dało się wyczuć, że czegoś miałam już dość, z czymś pragnęłam się pożegnać, zostawić za sobą niepotrzebny balast. Zwieńczyłam więc ostatni obrót lekkim skłonem i opuszczeniem rąk ku powierzchni jeziora, jakbym delikatnie, lecz stanowczo zrzucała z siebie dawne traumy i morderczy lęk. Wyprostowałam się powoli, zgięłam nadgarstki i z gracją poruszyłam palcami, strzepując z opuszków ostatnie krople strachu. Następnie odjechałam tyłem, patrząc, co po sobie zostawiłam; jak ta czarna mgła rozpłynęła się i znikła na brzegu wymyślonego lodowiska, niekarmiona dłużej moim bólem. Poświęciłam jeszcze chwilę, by pożegnać się z tym życiem, a potem odwróciłam się przodem do kierunku jazdy, salutując księżycowi i z uśmiechem planując następny ruch.
Ugięte nogi, ręce imitujące część obręczy i wzrok skupiony na środku – chwila na jazdę po kole, by zamknąć w nim niepewność i zebrać siłę na dalsze sekwencje. Zdobyte sekundy pozwoliły zauważyć, że księżyc nie był jedynym widzem moich działań. Gdzieś między drzewami majaczyły ukryte w ciemności sylwetki, w milczeniu absorbujące każdy mój ruch.
Chwila konsternacji i pytanie, czy czas uciec i się schować. Nigdy nie lubiłam być w centrum uwagi, nie czułam się tego warta, bo i dlaczego? Milcząca, przygnębiona, szara do szpiku kości, człowiek cień. Wygodniej było mi wmówić sobie, że nic sobą nie reprezentuję, niż przyznać rację ludziom wokół, którzy zauważali, że mogę być wszystkim. Zbyt wiele razy się zawiodłam, bym chciała jeszcze wychodzić na zewnątrz i ufać. Twierdziłam, że nie jestem warta świata, nie jestem warta życia, ani nawet siebie samej. Raz za razem się zdradzałam, zabijałam i zakopywałam byle tylko ukryć, kim jestem i że jestem w ogóle. Za bardzo się martwiłam, że to, co mnie stanowi, okaże się niewystarczające, a ja po raz kolejny odejdę w pustkę, tym razem z dogłębnym poczuciem porażki. Bałam się. Tak cholernie się bałam. Ale ten strach nic nie zmieniał, a ja zaczęłam wchodzić w fazę, w której tych zmian potrzebowałam. Pojąwszy to, napięłam mięśnie twarzy, zacisnęłam zęby i się odbiłam, przestając poruszać się po obręczy koła. Uciekłam poza jego granice i z determinacją zaczęłam jechać do przodu, szybciej i szybciej. Płynęłam w powietrzu, nie do końca znając cel. Pchało mnie jedynie poczucie, że wszystko będzie dobrze i poradzę sobie z tym, co stanie mi na drodze. Odetchnęłam. Odpuściłam. I na powrót zaczęłam cieszyć się jazdą, wewnętrznym rytmem i sobą.
Podjechałam bliżej krawędzi, by przyjrzeć się cieniom i z pewnością siebie patrzyłam w zgromadzone pary oczu. Nie było ich wiele, ale każda z osobna miała znaczenie. I zrozumiałam: pilne spojrzenia nie śledziły moich potknięć, ale mój skoordynowany ruch; nie czekały na mój upadek, by szydzić, ale by widzieć, jak po raz kolejny się podnoszę i kontynuuję występ.
Pchana nową mocą, dojechałam na środek jeziora, slalomem, delektując się każdą chwilą w ruchu, by na koniec odwrócić się tyłem do kierunku jazdy, ugiąć kolana, wyrzucić ręce i wystrzelić w górę, do spektakularnego obrotu w powietrzu. Tym razem świat musiał stanąć w miejscu, podczas gdy ja swobodnie wirowałam i unosiłam się poza jego zasięgiem. Magiczność chwili zamkniętej we wstrzymanym oddechu widzów pochłonęła mnie doszczętnie, wymazując z głowy wszelkie negatywne myśli, a wraz z nimi moją uwagę. Nie chciałam wracać na ziemię, więc zapomniałam, że każdy skok wymaga lądowania. Gdy się zorientowałam, było za późno, a źle ustawiona płoza nie miała szans zapewnić mi równowagi, bez względu na wszelkie starania.
Upadłam.
Przy swoim pierwszym skoku.
Publicznie.
Boleśnie.
Śliczna sukienka nie ochroniła tyłka, a lata starań nie pomogły oszczędzić psychiki. Czułam się upokorzona, przegrana. Przejechałam na pośladkach jakiś metr lub dwa, analizując, co się w ogóle wydarzyło, i zastanawiając się, jak wyjść z tego z twarzą. Podsunęłam zgięte nogi tak, by ustawić je przed sobą, do wstania, a po wystarczającym wytraceniu prędkości podparłam się rękoma i podniosłam najsprawniej, jak potrafiłam. Nie było mi miło, nie było przyjemnie. Ale powrót do ruchu był konieczny, tyle wiedziałam. Utrzymałam się na własnych nogach, poruszałam rękoma, żyłam. Uniknęłam kontuzji, więc mogłam jechać dalej. Byle do przodu, powtarzałam sobie.
Spojrzałam po zgromadzonych cieniach, których zdawało się być teraz więcej, i posłałam niewyraźny uśmiech, jakbym starała się ich uspokoić i dać do zrozumienia, że wszystko ze mną dobrze i że przedstawienie będzie trwać. Księżyc jeden wie, że były to słowa, które sama potrzebowałam w tamtej chwili usłyszeć.
Szybka jazda po łuku, by nabrać odwagi i przekonać samą siebie, że warto, a w trakcie kilka niskich obrotów i zachowawcze ruchy, mające wdrożyć mnie na nowo w tryb jazdy i przygotować na kolejne części wystąpienia. Przeniosłam ciężar na prawą nogę, unosząc z tyłu wyprostowaną lewą. Miałam ochotę płakać, bo z każdą figurą kwestionowałam swoją siłę i całe to cholerne przedsięwzięcie. Po co mi to wszystko? Dlaczego miałabym się starać, skoro nie potrafię ponownie zaufać sobie samej i zebrać się do skoku? Dlaczego to rozpoczęłam? Choć nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na te pytania, umiałam przywołać w pamięci obraz początku. I, tak jak wtedy, uniosłam jedną rękę na poziom barku, drugą skierowałam do księżyca, a wraz z nią wzrok. Poprosiłam o pomoc, pokazałam swoje rany i poczułam spokój. Opuściłam ręce i odwróciłam się znów tyłem do kierunku jazdy. Przez chwilę nie chciałam wiedzieć, w stronę jakiej przyszłości zmierzam. Nie było to konieczne, bo nie wiedział tego nikt spośród zgromadzonych. Po prostu istnieliśmy, zamknięci w teraźniejszości, obserwując rozwój wydarzeń. Improwizowaliśmy, wszyscy, jak przez całe nasze życie. Klucz zawierał się w tym, by nie przestawać i szukać rozwiązań w miejscach pełnych mroku oraz niepewności. Pozwolić dostrzec swoją wrażliwość i uczynić z niej zaletę.
Opuściłam głowę, uznając wyższość kolejnej lekcji, pokonałam kilka sekund w swobodnej jeździe tyłem, po czym zmobilizowałam mięśnie i wykonałam kolejny skok. Tym razem pilnowałam, by nie dać się ponieść, a celebrować przełamanie bariery i z rozsądkiem zadbać o bezpieczny powrót. Kolejny upadek nie był daleki, szczęście jednak pomogło mi go uniknąć i z rozłożonymi dla równowagi rękoma wylądowałam na jednej nodze, okraszając wyczyn szczerym uśmiechem.
Nowa dawka pewności siebie była widoczna w moich ruchach, kiedy niesiona czystą radością udawałam łyżwiarkę figurową, poruszając kończynami w wyważony sposób, by dodać swojej jeździe powabu.
Zaczęłam dobrze się bawić.
Przebierałam szybko nogami, nadając sobie pęd i jadąc bokiem wzdłuż jednej z krawędzi. Zajęta planowaniem kolejnego ruchu zauważyłam jednak, jak gdzieś w oddali jeden z cieni się przesunął. Podejrzewałam omamy wywołane całym tym wirowaniem w emocjach, ale szybko zauważyłam, że postać jest realna. Co więcej, teraz zdawała się poruszać po lodzie wraz ze mną. Speszyło mnie to wtargnięcie i nie wiedziałam, jak zareagować. Nie sądziłam, że przyjdzie mi dzielić się sceną i światłem z czymś, czego nie przewidywałam w repertuarze. Podjechałam nieco bliżej, przenosząc ciężar na jedną nogę tak, by skłonić się w stronę lodu, a drugą unieść jak do pozycji jaskółki.
Dojechawszy w ten sposób do miejsca, w którym jeszcze przed chwilą znajdował się mój cienisty towarzysz, sięgnęłam po pozostawiony przez niego przedmiot. Lodowy goździk.
Wyprostowałam się i wzrokiem przeszukałam jezioro. Cień migał na tle odległego brzegu. Przemykał, wiedziony własną muzyką, historią, własnymi powodami. A jednak na mojej scenie i po moich śladach. Trzymałam dystans między nami, łopoczące serce w klatce, a kwiat – w dłoni. Księżyc ofiarował mi tajemniczego gościa jako motywację do dalszego tańca, nie pretendenta do głównej roli, więc odbiłam w przeciwną stronę i zajęłam się swoim małym światem. Posłałam uśmiech do mojego podniebnego przyjaciela i zadedykowałam mu kolejny skok.
Po udanym wykończeniu skoku od razu dodałam kolejny wir powietrzny, całkowicie wczuwając się w siebie i swój cel. Lądowania wychodziły coraz sprawniej, więc każda kolejna próba była śmielsza i pewniejsza. Na powrót poczułam determinację i wiarę w moje umiejętności. Wtedy też usłyszałam pierwsze oklaski – nagrodę, a zarazem motywację do dalszych odbić, skrętów, skoków, przeskoków i swobodniejszych elementów mojej jazdy. Postanowiłam już więcej nie szukać odpowiedzi wśród doświadczeń innych – siebie samą uczyniłam punktem głównym, przewodnikiem, słownikiem nowego stylu.
Od czasu do czasu mijałam się z cieniem zesłanym mi przez księżyc – pachniał jak cynamon, ciepło i spokój. Od czasu do czasu zwracałam na niego większą uwagę, próbując wtedy spleść nasze choreografie. Byłam ciekawa i czułam się samotna. Lecz cień po każdym zbliżeniu stawał się jedynie bardziej nieuchwytny. Z początku go goniłam, egoistycznie nie chcąc pozwolić mu mnie zostawić –był tu przecież ze mną, dla mnie i przeze mnie. Zdarzały się chwile, gdy udawało mi się właściwie odczytać jego zamiary i na chwilę dostosować się do jego programu jazdy. Muszę przyznać, że intrygowało mnie to i sprawiało radość. Cień szybko jednak dostrzegał moją bliskość i to, że kopiuję jego ruchy – i wtedy znikał. A przy tym coraz trudniej było go znów uspokoić, wyciszyć i wzbudzić zaufanie. Nie wiedziałam, jak nauczyć się tańca kogoś, kto tak bardzo starał się być niewidzialny. Rozumiałam go jednak, w końcu sama poświęciłam większość życia na to, by nie istnieć, i niczego tak mocno wówczas nie pragnęłam, jak tego, by nikt na mnie nie patrzył. Uciekał, więc potrzebował przestrzeni, a ja najbardziej zbliżałam się do niego przypadkiem, zatopiona we własnym układzie. Nasze drogi się przecinały, bo moje ruchy były wszechstronne, zachęcające i wskazywały otwartość. Byłam obserwowana, kopiowana, chciana.
Podjechałam na środek i się zatrzymałam, ustawiając prawą nogę za lewą i wspierając ją na czubku płozy. Ręce swobodnie opuściłam po bokach, wnętrza dłoni kierując ku górze i lekko zginając palce. Obróciłam głowę i stałam chwilę, kierując nieobecny wzrok gdzieś między gałęzie otaczającego nas lasu. Nie musiałam patrzeć, by wiedzieć, że wszyscy mnie widzą. I tak obchodziło mnie tylko jedno spojrzenie, a ono nigdy nie chybiało.
Ruszyłam agresywnie, skokiem w przód na nowo nadałam ciału pęd i powoli zwróciłam się tyłem do kierunku jazdy, jednocześnie wyciągając dłoń do księżyca. Posłałam mu dziękczynne spojrzenie, ofiarując ten taniec, jak i wszystkie inne, do końca mojego życia. Sunęłam po lodzie z półprzymkniętymi oczami i pełnym zaufaniem do swojego ciała. Pochylałam się odważniej na boki, testując grawitację i z każdym wyzwaniem starając się sprawić, by wyglądało to delikatnie i bez wysiłku Czując się pewnie, nauczyłam się czerpać przyjemność z każdego ruchu i emanować tym połączeniem spokoju, odwagi i radości na wszystkich i wszystko wokół. Uwierzyłam, że mam siłę to zrobić, i postanowiłam to wykorzystać, z czasem zbierając na brzegach coraz większy tłum, który wodził za mną oczami, dostrzegając moją wartość.
Okręcając się swobodnie po powierzchni jeziora, poczułam ciepłą obecność cienia. Nie chcąc go zrazić, udawałam, że go nie dostrzegam, i sunęłam tyłem w jego stronę, starając się wyobrazić sobie jego położenie. Przejechałam w ten sposób obok niego i pozwoliłam, by na moment nasze spojrzenia się spotkały. W ciszy przekazałam mu całe swoje zaufanie do niego i obietnicę, że w drugą stronę także jest to możliwe. Chciałam, by wiedział, że nie musi się mnie bać ani mnie unikać. Okrążyłam go półkolem i odjechałam, pokazując mu w ten sposób, że trwam w swoim własnym tańcu i nie mam zamiaru naruszać integralności jego ruchów. Zależało mi, by czuł się bezpieczny i widziany. Nie miałam zamiaru być nachalna, więc zajęłam swoją pozycję po drugiej stronie jeziora i czekałam, aż dołączy, jeśli będzie gotów.
Czułam się coraz lepiej w swoich ruchach i sądziłam, że nie muszę się już poddawać innym prawom ani żadnym prawom rządzącym tym światem. Byłam czarną dziurą, wciągającą wszystkich, którzy stanęli mi na drodze – a było ich coraz więcej. Nie walczyłam o to, nie wołałam, nie błagałam o ich obecność. Zwróciłam im wolność, oddałam wybór, zyskałam przychylność, spokój ducha i radość. Z każdym obrotem miałam wrażenie, że zrzucam z siebie kolejne zbędne rzeczy. Nie martwiłam się, gdy czułam słabość mięśni i zawroty głowy lub gdy pojawiały się wątpliwości, ból i okazjonalny strach – nie liczyłam na pozbycie się ich całkowicie. Wiedziałam jednak, że potrafię dać sobie czas, rozluźnić się, odpuścić stres, a przede wszystkim pamiętać, że robię to dla przyjemności.
Swojej własnej.
Zwalniałam więc, gdy było to konieczne. Regenerowałam się, przyglądając ruchom cienia, który stawał się wyraźniejszy, śmielszy, bliższy. Cieplejszy. Były momenty, kiedy nie oddalał się poza zasięg połączonych spojrzeń. Krążyliśmy raz bliżej, raz dalej. Razem. Było nam ciężko, nie zawsze potrafiliśmy zgrać w całość dwie odrębne choreografie. Byliśmy jednak dla siebie cierpliwi i wyrozumiali, wiedząc, że będziemy w stanie kiedyś osiągnąć harmonię, a jednocześnie gnała nas chęć, by tego dokonać. Dręczył nas głód. I ten drugi, wraz z głuchą ciszą wśród drzew, często odpychał nas od siebie, rażąc wątpliwościami jak prądem. Wracaliśmy potulnie do swoich kątów, by na czas jakiś znów pogrążyć się w odrębnych tańcach. Nogi nie chciały już działać jak wcześniej, samotne kroki straciły swobodę i siłę. Niepewność w kościach przekładała się na fałszywe ruchy, a one – na reakcje widowni. Nikt nie był zadowolony, a pod lodem znów pełzały strach ze wstydem.
Przerażona depresyjną statecznością, starałam się znów nadać sprawom bieg, zebrać się szybko do kupy i stanąć na nogi, pędzić do przodu, byle do przodu. Czułam za sobą oddech lęku, więc przyspieszyłam i wyskoczyłam w górę, do podwójnego obrotu, jakbym chciała wytworzyć tornado, które zdoła wchłonąć całą tę ścigającą mnie ciemną mgłę. Wylądowałam, ledwo łapiąc równowagę i wiedząc, że mój improwizowany atak się nie udał. Zaczęłam dopuszczać do siebie strach i szukać punktu zaczepienia, który pozwoli mi stąd uciec, nie tylko na nowo złapać rytm. Tym razem miałam dość, presja zdawała się zbyt duża, bym mogła ją udźwignąć. Pragnęłam znaleźć bezpieczne wyjście na brzeg i uciec gdzieś poza to życie.
Spojrzałam w stronę cienia, który niewyraźnie jawił się gdzieś w oddali, smętnie pokonując kolejne metry. Wyglądał, jakby się poddał, i pozwolił, by jezioro samo kręciło go po obręczy niewielkiego koła. Zrobiło mi się go żal, a jego cierpienie bolało mnie bardziej niż wstyd, który odczuwałam. Bo i dlaczego większy wpływ miał mieć na mnie tłum ludzi bez twarzy, bez dostępu do mnie, bez znaczenia? Zwolniłam i przyjrzałam się temu wszystkiemu. Poczułam chłód. Chłód, w którym żyłam przez cały ten czas i z którym walczyłam tańcem, ku uciesze innych. Poruszałam się tak, by się podobało, i uciekłam, gdy przestali okazywać wsparcie. Znów poddałam innym swój własny taniec. To był mój prawdziwy wstyd, a ze zrozumieniem tego przyszedł bunt. Zmarszczyłam brwi, skupiłam wzrok na cieniu, który zataczał coraz mniejsze kręgi, i odepchnęłam się gwałtownie w jego stronę. Nieprzyjazne okrzyki z brzegu tylko dodawały mi mocy. Dlaczego mieliby dyktować, jak powinnam tańczyć? Zwróciłam się do nich bokiem, rozłożyłam ręce i odpychałam na przemian nogami, jadąc wprost do swojego celu. Zerkał na mnie niepewnie, przeważnie ze spuszczoną głową, stawiając niezdecydowane i ostrożne kroki. Stracił całą swoją energię i pewność siebie. Znikał.
Minęłam go jak wcześniej, zaznaczając swoją obecność i sprzeciwiając się dalszemu dystansowi, po czym zawróciłam i przejechałam obok ponownie, tym razem łapiąc go za cienistą rękę i ciągnąc uparcie na środek, z dala od niezadowolonej widowni, sączącej jad w nieprzychylnych słowach. Dopiero w bezpiecznej odległości poczuć mogłam gorąc w miejscu, gdzie doszło do zetknięcia naszych dłoni. Rozluźniłam uścisk, choć nie przerwałam kontaktu, przesuwając palcem wskazującym wzdłuż krawędzi jego ręki i bardziej widząc, niż czując, jak pod koniec delikatnie zgina ciemną masę, imitującą mały palec. Zrozumiałam, że starał się mnie zatrzymać chociaż na sekundę dłużej. Spojrzałam na niego i wkrótce potem była to jedyna forma kontaktu, jaka nam pozostała. Skłoniliśmy się sobie delikatnie i rozpoczęliśmy wspólny taniec. Najpierw powoli, niezdarnie, ucząc się nawzajem współistnieć w tak małej przestrzeni, a cienie patrzyły i na przemian milczały, wiwatowały, klaskały i rzucały obelgi. Nic do nas nie docierało, a jedynym, co mogło nas od siebie odrzucić, było nasze własne ciepło, miejscami zbyt intensywne, by znieść je w tej otaczającej nas krainie. Dostosowywaliśmy się, szukaliśmy rozwiązania i wyznaczaliśmy granice.
Wszystko na bieżąco i wszystko na próżno.
Aż w końcu dotarło do nas, że nie damy rady tak wiecznie walczyć – ze sobą, ze światem, z własnymi demonami. Postanowiliśmy znaleźć wyjście na brzeg.
Zmęczeni, ale zadowoleni, ruszyliśmy w stronę miejsca, w którym stawiałam swoje pierwsze kroki na lodzie. Nie marzyłam o niczym więcej, niż usiąść na pomoście i rozmasować stopy. Odpocząć i pomyśleć.
Poruszałam się posuwistym krokiem, rozkoszując się ostatnimi ruchami po jeziorze. Milczałam, bo nie było słów wartych wypowiedzenia. Myślałam o tym, jak bezpiecznie się czuję, i wiedziałam, że niczego więcej mi nie trzeba, bo dzięki bezpieczeństwu zyskałam spokój, a dzięki spokojowi mogłam w końcu poczuć, czym jest szczęście. A co ważniejsze: nie byłam w tym osamotniona. Obserwowałam miarowe ruchy o gładkich krawędziach i chłonęłam znów widoczną sylwetkę cienia. Byłam świadkiem, jak odzyskiwał swą tożsamość.
Zapatrzona w kształtujące się rysy twarzy, poczułam nagłe szarpnięcie za rękę, zaskoczenie i mimowolne przesuwanie się w tył. Walczyłam chwilę, by odzyskać równowagę, a gdy mi się udało, starałam się zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. Odpowiedź została wskazana palcem mojego towarzysza. Powiódł mój wzrok w kierunku pomostu, od którego dzieliło nas zaledwie kilka metrów. Teraz naszpikowany był ostrzami, drutem kolczastym i znakami o krzykliwych kolorach, informującymi nas, że nie mamy już wstępu na ląd. Zostaliśmy wykluczeni, odrzuceni, niechciani. Wyswobodziłam się z uścisku cienia i podjechałam bliżej, chcąc odczytać ostrzeżenia i dowiedzieć się, czym właściwie zawiniliśmy.
Wróciłam po chwili, spuszczonym wzrokiem przyznając, że możemy mieć kłopot, który nie jestem pewna, jak rozwiązać. Obserwując go przesuwającego się znów powoli po obręczy, zaczęłam naśladować jego ruchy, jakbym miała nadzieję, że w pewnym momencie na mojej drodze znajdzie się rozwiązanie. Choć wiedziałam, że ciężko o to, jeżdżąc w kółko. Oboje jednak nie mieliśmy siły, by podjąć się jakichkolwiek działań, a wiedzieliśmy, że stanie w miejscu także nie jest opcją – zarówno ze względu na nasilający się mróz, jak i na czystą potrzebę ucieczki przed lękami.
Tłum się przerzedził, choć pozostałe oczy zdawały się śledzić nasze ruchy jeszcze dokładniej niż wcześniej. Czekali, aby znaleźć właściwy moment, wykorzystać ostrza z brzegu i starać się dołączyć je do naszego tańca – niekoniecznie za naszą zgodą.
Krążyliśmy wokół siebie, samotnie.
Próbowaliśmy dać sobie radę, każde na własną rękę.
Szukaliśmy rozwiązań jedynie w obrębie własnych głów.
Kazano nam się rozdzielić, aż zaczęliśmy wierzyć, że to jest właściwe wyjście.
Rozstaliśmy się i wróciliśmy do tańca osobno –każde na swojej części jeziora. Potrzebowałam trochę czasu, by odnaleźć rytm. Tym bardziej że po tym wszystkim nie był już taki sam. Musiałam ustalić go na nowo, strząsać i zrzucać kolejne problemy i czarne myśli. Kręciłam się, skakałam, upadałam, podnosiłam się, jechałam, byle dalej, byle do przodu. Zatraciłam się w swoim smutnym tańcu, bo jedynie w jego kontynuacji czułam pociechę. Wkrótce moja zaklęta w ruchach historia zaczęła na nowo przyciągać ludzi oraz zdobywać ich przychylność. Tak, tak powinno być, dziewczynko. Tańcz dla nas, tańcz solo. Szczęście znajdziesz wszędzie. Szczęście znajdziesz w sobie. A jeśli nie, to się nie przejmuj, szczęście i tak nie znaczy nic. Spójrz na nas, jesteśmy nieszczęśliwi, a jednak żyjemy. Czasem narzekamy, czasem płaczemy, czasem przeklinamy, ale jesteśmy i trwamy, bo na tym polega życie. Prawdziwe życie to smutne życie, bo tego nas nauczono i tego nauczono naszych rodziców, dziadków i wszystkie pokolenia wcześniej. Dlaczego miałabyś być szczęśliwa, podczas gdy nikt inny nie jest? Nie masz poczucia winy, dziewczynko, raniąc nas wszystkich wokół swą radością? Kłując nas nią w oczy, jakby ci się należała? Tańcz, dziewczynko, tańcz. Tylko to ci pozostało na tym smutnym, pełnym żalu świecie.
Więc tańczyłam, ukryta w swoim maleńkim kąciku, rysując płozami na lodzie opowieść o życiu, którego nigdy mieć nie będę. Laleczka na wystawie, w której nie planowałam brać udziału. Marionetka w rękach ludzi zawsze wiedzących lepiej.
Upadłam. Upadłam na kolana i schowałam twarz w dłoniach. Pragnęłam, by świat na chwilę przestał istnieć, przestał kazać mi wirować, przestał stale mną zarządzać. Płakałam, ofiarując skutemu lodem jezioru całe zawarte we łzach ból oraz bezsilność. Skoro nie mogłam czuć spokoju, błagałam choć o obojętność. Chciałam na nowo móc ignorować natrętną obecność cienia. Był praktycznie niewidoczny, ale swoim istnieniem ranił mnie do głębi. Dopiero zaczął znajdować swoje własne kontury, a ja pragnęłam mu pomóc. A nade wszystko potrzebowałam po prostu odpocząć. Okupowałam te prośby własnym bólem, w pełni gotowa oddać życie za to, byśmy przestali być tak cholernie nieszczęśliwi.
Podniosłam się. Wiedziałam, że ten płacz nic nie da, a ból jest tylko mój. Widownia wiwatowała, gdy przestałam być pochmurna i wróciłam do zabawiania jej tańcem. Skoro już poświęcała czas na to przedstawienie, żądała satysfakcji, nawet kosztem aktora. Nie przestając płakać, ruszyłam z miejsca i próbowałam złapać strzępki swojej wewnętrznej muzyki. Nie dla nich, nie dla siebie nawet – dla niego. Wiedziałam, że mnie obserwował i że cierpiał tak jak ja. Wiedziałam, że się nie zbliży z obawy przed reakcją tłumu. Martwił się, że mógłby mnie tym skrzywdzić i doprowadzić prosto nad przepaść. Bał się, że tym razem skoczę. Prawdziwa miłość odzwierciedla się w reakcji drugiej osoby na twój ból, nie tylko na twoją obecność. Jeśli ktoś rzeczywiście ceni sobie twoje dobro, jego największym strachem nie jest utrata dostępu do ciebie, lecz skrzywdzenie cię. Ta niewielka różnica decyduje o tym, czy jesteś kochany za to, kim jesteś, czy za to, co dajesz.
Wstałam i wróciłam do ruchu, by pokazać cieniowi, że potrafię sobie radzić z upadkiem.
Patrzyłam, jak tańczył, bo swoim tańcem dawał mi siłę.
Znów byliśmy tylko my, lecz tym razem grała nam ta sama muzyka. Zatracałam się w dźwiękach i szukałam nowych pozycji, świeżych gestów, odmiennej definicji uczuć, które mogłam zawrzeć w każdym swoim mięśniu. Wiedziałam, dlaczego pozostaję w ruchu, i ta wiedza mnie wyzwalała, dawała mi siłę i motywowała do dalszej pracy. Pragnęłam być widoczna i robiłam wszystko, by przyjemnie się na mnie patrzyło. Chciałam znowu inspirować, dawać nadzieję i nieść otuchę zmęczonemu umysłowi. Na odległość słałam wieści o swoim samopoczuciu, niegasnącym wsparciu i bezbrzeżnej miłości. Emitowałam w przestrzeń barwy, które tylko nabierały na intensywności i stanowiły stałe źródło dla cienia odnajdującego w nich swoje własne kolory. Dzieliłam się światłem, które być może pewnego dnia przełamie ostatnią warstwę mroku, uwalniając spod jarzma spragnioną wolności duszę.
Wiedzieliśmy. Oboje wiedzieliśmy, że nie ma innego wyjścia. Żadna dalsza forma nie była przewidziana w naszym programie jazdy. A mimo to raz po raz dawaliśmy się ponieść i zbliżaliśmy się do siebie, przelotnie wymieniając spojrzenia i zostawiając się nawzajem z uśmiechem, z którym łatwiej było kontynuować morderczy wysiłek.
Raz, pamiętam to dobrze, nachyliłam się w jeździe, zebrałam wszelkie siły i wyskoczyłam w górę, obracając się kilkukrotnie. Zawahałam się w locie, napotykając wzrokiem na przeszkodę, której się nie spodziewałam. Czyżbym źle obliczyła ruch? Jakim cudem mogłabym znaleźć się tak blisko drzewa, skoro startowałam ze środka jeziora? Po chwili do mnie dotarło, że to nie drzewo. Ono nie byłoby w stanie złapać mnie ani wirować ze mną w szaleńczym pędzie. Zakręciło mi się w głowie, a całe ciało przeszył niewyobrażalny żar. Cień.
Choć właściwie w niczym nie przypominał już cienia, a ja pozwoliłam mu poprowadzić się w tym ruchu, stopniowo wytracając prędkość. Przejechaliśmy jeszcze kilka metrów, nie zwalniając uścisku i nie odrywając od siebie oczu, aż wreszcie zatrzymaliśmy się, ignorując cały świat wokół. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to musiało się wydarzyć. Rozumieliśmy, co musi nastąpić potem, choć nie przewidzieliśmy rzeczywistych konsekwencji. Nie było bowiem zmartwieniem to, że wściekły tłum zacznie biec w naszą stronę z kamieniami i ostrzami. Stojąc dumnie w miejscu, ściśnięci w jedność, płonęliśmy pod wpływem wytworzonego wspólnie ciepła. Grzało nasze stalowe serca i wprawiało w ruch zastygłą na mrozie krew. Otaczało nas aurą spokoju i nieśmiertelności. A także roztapiało lód pod naszymi stopami.
Znów rozdzieleni, tym razem własnymi siłami. Wyglądało na to, że na dobre. Nie mogliśmy być razem, bo niszczyliśmy jedyną powierzchnię, na której wolno nam było współistnieć. Na brzegu nie było już dla nas miejsca. Nie potrafiliśmy też zdobyć się na to, by żyć osobno, w obawie o to drugie.
Impet odtrącenia popchnął nas w tył, więc patrzyliśmy, chłonąc nową wiedzę.
Oddalaliśmy się w zimę, skazani już do końca na samotną tułaczkę.
Z rezygnacją wróciliśmy w granice własnych więzień.
Na zawsze skazani na taniec w trybie solo.
Komentarze