Kolęda
- Michał P. Lipka
- 30 mar
- 6 minut(y) czytania
Coś, co wyglądało jak flak – zwisający, żylasty kawałek mięsa – pojawiło się na ekranie i przez moment, niczym wahadło, bujało się pośród zakłóceń, zanim zniknęło w śnieżycy na ekranie. Nieważne. Czekałem, co będzie dalej.
Gdzieś z dołu dobiegała krzątanina, domowe hałasy typowe dla przedświątecznych przygotowań. Od strony grającego w kuchni radia niósł się śpiew kolęd, jak zapach korzennych przypraw, pomarańczy i pieczonego indyka. Siedziałem w pokoju, z telewizorem ustawionym na kanał kablówki, który w zasadzie nie powinien odbierać, jeden z tych zakodowanych, europejskich kanałów, które można było wychwycić tylko zimą, kiedy fale niosą się najlepiej. Odkodować można go było tylko w ten przekazywany sobie pokątnie przez nastolatków sposób. Właśnie wtedy matka zawołała mnie z dołu:
– John!
Udawałem, że nie słyszę, wpatrując się w zakłócenia. Oglądanie filmu w ten sposób było jak próba odszyfrowania hieroglifów.
– John!
Ignorowałem ją nadal, licząc, że jeszcze chwila, kilka sekund i dostrzegę obraz, jak trójwymiarowy rysunek pojawiający się pośród kształtów w grafikach typu Magic Eye. Jeśli będę dostatecznie długo wpatrywał się w kropki i paski zakłóceń, w końcu wyłoni się z nich prawda, jakby na wyciągnięcie ręki. Może będę musiał podejść do ekranu, zbliżyć do niego twarz, aż dotknę go nosem, a potem powoli, bez mrugania, oddalać się od niego, ale w końcu wszystko stanie się dla mnie jasne.
Ale matka wołała:
– John! Chodź tutaj!
Wołała:
– Co ty tam robisz?!
Krzyczała:
– Co ty oglądasz?!
Widząc, jak na ekranie wśród śniegu przesuwają się kształty przypominające kiełbaski albo te otwory, przez które nadziewa się indyka – różowe, otwarte, mięsiste i z płatami wiszącej wokoło skóry, odpowiedziałem:
– Program o gotowaniu! Program o świątecznych potrawach!
I zwlokłem się z brzegu łóżka, żeby zobaczyć, czego ode mnie chciała.
I tak skupienie i nastrój zdążyły już prysnąć.
Kuchnia przywitała mnie gęstym od przypraw zaduchem: wilgotnym, przesyconym parą z gotowania i pieczenia powietrzem, kojarzącym się z cieplarnią albo ogrodem botanicznym. Zasnute mgłą okna, wiszący w powietrzu tłuszcz pomieszany z wonią cynamonu.
– Pomógłbyś, a nie siedzisz tylko w pokoju! – warknęła matka, z rękami wciśniętymi w jakieś bliżej nieokreślone produkty spożywcze kojarzące się z farszem.
– W czym niby.
Siostra kroiła jakieś warzywa. Ciotka – siostra matki, wyrabiała ciasto. Matka kazała mi zmiksować pieczarki ze śmietaną i czosnkiem, jako bazę zupy grzybowej. Potem dodać mleka, sosu sojowego, zielonego groszku.
– Prażona cebulka na koniec! – przypomniała mi.
Na koniec, w sensie, że dopiero przed jedzeniem. Żeby nie namiękła.
Kiedy nie wcisnęła mi kolejnego zadania, zmyłem się z kuchni, czując na sobie zapach gotowania i pieczenia, który nie zniknie z domu przez najbliższe dwa dni, i wróciłem do mojego pokoju.
Na ekranie telewizora – pośród pasków i białych, szarych i czarnych cętek statycznych zakłóceń, wśród rozwarstwiających się na trzy podstawowe barw – zobaczyłem coś, co wyglądało jak kobieca pierś, ale ponieważ był to program kulinarny, musiało być drżącym, miękkim, ciężkim puddingiem zwieńczonym jędrnym owocem wiśni. Nad tym puddingiem, jakby w miejscu, gdzie u właścicielki takiej piersi znajdowałaby się szyja, pojawiła się męska głowa kucharza, zabierającego się zapewne za smakowanie dania. Ukazała się twarz starszego faceta, chyba z siwymi włosami i czymś w ustach, co wyglądało jak papieros albo cygaro, ale musiało być jakimś próbnikiem, ewentualnie przystawką przed słodkim deserem. Obraz tak skakał i szumiał, tak się rozwarstwiał, że to, na co patrzyłem, mogło być dosłownie wszystkim.
Wypełniona wazeliną skarpetka w cieniu pod łóżkiem czekała na właściwą chwilę, razem z pudełkiem chusteczek, które zabrałem wczoraj do pokoju, udając, że zaczyna brać mnie katar.
Gdzieś zza drzwi pokoju słyszałem Jingle Bell Rock, z głośników telewizora płynęły szumy i odgłosy jęków, więc komuś to jedzenie musiało naprawdę bardzo smakować.
Jęki były coraz głośniejsze, coraz intensywniejsze, wchodziłem w ten nastrój, jak wchodzi się w nastrój świąt, słuchając kolęd. Robiłem się głodny, ślina zbierała mi się w ustach – tak apetyczne było to, co widziałem fragmentarycznie na ekranie – kiedy nagle matka zawołała:
– John, gdzie ty, do cholery, jesteś?!
Ktoś na ekranie jęknął i zaklął po niemiecku.
– Oglądam program kulinarny, mówiłem!
– Jaki znowu program?!
– Niemiecki! Niemiecki program o europejskich świętach Bożego Narodzenia.
– Chodź tutaj i nam pomóż! – krzyknęła matka. – Tu masz swoje święta! – A potem, bardziej do siebie niż do mnie, chociaż mówiła o mnie: – Skaranie boskie z tym dzieciakiem!
Znów ruszyłem do kuchni. Wąski korytarzyk z drzwiami do pokojów mojego i mojej siostry i jeszcze jednymi na końcu, wiodącymi do wspólnej łazienki, potem schody w dół i już byłem w cieplarni pachnącej jak świąteczny odświeżacz powietrza i niemal już gotowy obiad.
Kiedy wróciłem do pokoju – z dłońmi pachnącymi tymiankiem, czosnkiem, cebulą i wieprzowym tłuszczem z pozbawionych kości żeberek – na ekranie dostrzegłem coś, co wyglądało jak twarz z szeroko otwartymi ustami. A po niej coś cielistego i z wilgotnym otworem, do którego ktoś wciskał ręce, ewidentnie nadziewając indyka. Albo jakiś drób. Wciskał te dłonie do wnętrza, poruszał nimi. A potem wszystko pochłonęły zakłócenia.
I kolejne nawoływania matki, która krzyczała:
– Znowu uciekłeś?!
A ja odpowiadałem:
– Przecież oglądam!
W tej chwili na ekranie, przez moment widać było usta, z których wypływała biała, gęsta, glutowa stróżka czegoś, co przy tych zakłóceniach mogło być zarówno nitką spaghetti, jak i sosem beszamelowym. Może nawet stróżką śliny, cieknącej komuś na sam widok albo zapach przepysznej orgii dań ustawionych przed tą osobą.
Gdy matka znów mnie zawołała – tym razem nie po to, żeby nacierać żeberka i kroić warzywa ani, żeby zmiksować składniki zupy grzybowej, ani też, żeby pomóc wyciągnąć piekącego się już od ponad trzech godzin indyka, co pół godziny polewanego masłem, ale żeby zanieść coś do zjedzenia babci – minęło dość czasu, by sceny na filmie zmieniły się w coś jak z tych japońskich filmów z ośmiornicami i innymi owocami morza, o których słyszało się od chłopaków na przerwie.
– Znowu coś oglądasz?! – wołała matka.
A ja odkrzykiwałem:
– Niemiecki program kulinarny!
Bo z głośników płynęły jęki i niemieckie przekleństwa.
– To jeszcze trwa?! – pytała.
Gdy na ekranie jakieś macki wiły się i drgały, a może to nie były macki, tylko flaki, które teraz już nie zwisały, a wręcz prężyły się pełne nadzienia, wypchane nim aż po brzegi, a ja patrzyłem na nie, dostrzegając między nimi coś cielistego, różowopomarańczowego i nagiego, jak świeże mięso, z którego nie odpłynęła jeszcze krew, krzyczałem:
– Teraz to chyba jednak już japoński program kulinarny! Sushi, ośmiornice i te sprawy!
I to sushi, i te ośmiornice musiały smakować wybornie, bo próbujący tych dań jęczeli i krzyczeli.
Kiedy kolejny raz zszedłem do kuchni, trafiłem na moment, w którym wszystkie kury domowe znajdują się gdzieś pomiędzy praktycznym nieładem wyglądu kogoś zabierającego się do gotowania a świątecznym makijażem i ładnie ułożonymi włosami. Spędziłem dobre pół godziny na pomaganiu: wyciągałem talerze i sztućce, ustawiałem dania i pomagałem szykować wszystko na zapadający powoli zmrok, zwiastujący świąteczny posiłek. Ojciec nie wrócił jeszcze z pracy, ale to była kwestia minut. Nic się już jednak nie piekło, nic nie smażyło ani nie gotowało. W całym domu pachniało jedzeniem, unosiły się aromaty tłuszczu i cynamonu – wszystko było gotowe i przesiąknięte kolędami. Więc pospiesznie wróciłem do tej mojej kolędy, tego mojego wchodzenia w nastrój, ale było już za późno – zobaczyłem ostatnią, niewyraźną scenę, z której nic nie wynikało, a potem na ekranie rozwinęły się napisy końcowe, których nie byłem w stanie rozszyfrować w całym tym śnieżeniu.
Nie było słów, które wyraziłyby moje uczucia w tym momencie. Nie powstało jeszcze przekleństwo, które właściwie określiłoby to, co czułem.
Ani to, co poczułem potem, kiedy zobaczyłem ostatni, wyraźny, duży napis.
Potem, po przerwie świątecznej, opowiem w szkole, że wszystko idealnie odbierało i co widziałem. Opowiem o kobiecych kroczach nadziewanych przez mężczyzn jak indyki i białych strużkach kapiących z ust. Opowiem o japońskich filmach porno z ośmiornicami, pięknych cyckach i facecie z cygarem, ale nigdy, przenigdy, za nic w świecie nie wspomnę o napisie na koniec. O tych kilku słowach, do zrozumienia których nie potrzebowałem znajomości języka niemieckiego.
David Cronenberg – Filmmarathon: maraton filmów Davida Cronenberga.
Miks przefiltrowanych przez zakłócenia scen z Nagiego lunchu, Muchy i Bóg jeden wie, czego jeszcze. Miszmasz scen, takich jak: wkładanie rąk do jakiejś kosmicznej mordy, dziwna biała substancja cieknąca z ust człowieka muchy, facet z cygarem zdejmujący z siebie sztuczną, kobiecą skórę.
Nie powiem. Nie wspomnę. Przemilczę. Dodam tyle pięknych słów i zachwytów, że każdy będzie chciał powtórzyć moje doświadczenia. Niech miejska legenda o kanale porno wprost z Europy niesie się dalej.
Niech też zniszczy komuś dzień i świąteczny nastrój.
30.11.2024
Komentarze