top of page

Alita: Przedcień. Uniwersum Ścieżki

Świątynne wrota zagrzmiały… Po pociemniałym przedsionku z wolna przetoczył się cichy pomruk. Niczym stłumione echo wyjącej na zewnątrz zawiei czy też, być może, niespokojna zjawa – ot, duch pielgrzyma, który z woli mściwej pogody nigdy nie dotarł do celu za życia. Ścielący się w sieni mrok poczęła wówczas ospale przykrywać biel zimowego świtu majaczącego sponad odległych grani. Skuwszy dawno wypłowiałe dywany bladą otuliną, owa mroźna obecność przemknęła po ścianach i zmatowiałych witrażach. Ponaglana skrzypotem chroboczącej bramy, której to ciężko okute skrzydła szorowały mozolnie po zwilgotniałych deskach – podobnie jak łódź, co przeprawiałaby się przez zmarzniętą rzekę.

Tamtego dnia słońce nieomal zapomniało wzejść; pięło się wzwyż z przedziwną ledwością, zupełnie jakby od niechcenia – może nawet z bojaźliwą rozwagą. Poranek powleczony płachtami pierwszych promieni słonecznych skulił się w kątach i zalągł niespiesznie wewnątrz murów podniszczonej świątyni – wówczas w jej progu stanęła kobieta. 

Wzrok miała pusty, poczerniały od rozwartych źrenic i zastygły mętnym spojrzeniem na przejściu do nawy. Jej twarz napuchnięta, posiniaczona w tylu miejscach, że wybroczyny  aż zlały się w wynędzniałą maskę. Policzki zapadły się jak u trupa, usta sine i pokrwawione, całe w jątrzących się ranach, zbyt głębokich, by się zagoić. Te, niemało prawdopodobne, że uczynione własnymi zębami, jakby kawałek po kawałku, wygryzała w bólach swe wargi. Spod targanych wiatrem strzępów kożucha, zarzuconego w wyraźnym pośpiechu, straszyła z kolei czerwonosina, poobcierana skóra. Jeszcze niżej – bose stopy, niemalże czarne – dziw aż, że wciąż mogła na nich ustać, co dopiero chodzić. Niemniej szła, niby żywy trup niewzruszony własnym niebytem. Każdy kolejny krok zdawał się obdzierać ją z i tak już marnych resztek człowieczeństwa; przekraczając sień, z trudem przypominała cokolwiek więcej niż tylko bezbożny kształt imitujący dziecię Ateriona. Niby wysuszony na słońcu racht wlokła się bez wyraźnego celu, bezwładnymi ramionami znacząc ślad w przestrzeni kurzu. Wgapiona w kołyszące się w świetle świec kształty, chwiała się i utykała, co rusz zaczepiając o niewidoczne przeszkody, głucha na błagania własnego ciała o spoczynek. Możliwe, że zwyczajnie nie mogła ich już dłużej słyszeć – przyćmiły je szepty – oskarżycielskie głosy i mściwe obelgi, zbłądzone jaźnie poszukujące sprawiedliwości. Chór, który spóźniony zabrzmiał w rytm klekoczących kroków. Dopiero usłyszawszy jego pierwszy głos, wzdrygnęła się. Błąd, oczywiście. Nieostrożny ruch, który przypłaciła donośnym chrupnięciem stopy, po chwili zagłuszył kolejny, jeszcze głośniejszy. Nie zdążyła zrobić nic więcej, nim runęła bezwładnie i wgryzła się w stwardniałą od zimna podłogę. 

Ukruszone odłamki zębów potoczyły się w ciemność, dudniąc z siłą echa mosiężnego dzwonu. Dotąd apatyczna i osowiała Anna, trudząca się byle chodem, a niewrażliwa na trawiące ją rany, krzyknęła. Niemniej nie jak człowiek – był to krzyk zwierzęcy, przepełniony bezrozumnym strachem; krzyczała jak padła z wycieńczenia ofiara, niezdolna do ucieczki, a której żywcem wyżerano trzewia. Przypominała robaka wijącego się po nabiciu na haczyk w nieprzewidywalnych spazmach. Krzyczała, aż ostatnim po nieustannych wrzaskach tchem zawyła raz jeszcze, raz ostatni, nim opadła całkiem z sił. Wtedy, wgapiona w sufit, nasłuchiwała. Ściekająca nieustannie w głąb jej gardła jucha, naturalnie przesycona metalicznym posmakiem, nagle stała się łatwa do zniesienia – więcej nawet – zrazu paskudna odraza przeinaczyła się w naglące pragnienie. Poczuła słodycz niemalże wykwintną; znikąd przejęło ją poczucie niepojętego głodu. 

Własne ciało zaczęło kusić Annę zapachem. Pojawiła się w niej pożądliwa ciekawość jego smaku. Zbliżywszy dłoń do ust, językiem przejechała po zdartej skórze palców, po odłamkach paznokci, po poszarpanych wargach. Rychło owładnęło nią bluźniercze podniecenie. Nie mogła się oprzeć pokusie delektowania się własną skórą. Krztusząc się i dławiąc, wpychała kolejne palce do ust, zalewana śliną i łzami obłudnej przyjemności. Było cudownie. Najwspanialej. Nie mogło być lepiej. Im było jednak przyjemniej, tym pragnęła więcej; z niekończącego się uniesienia wyrwała ją wówczas świadomość niemożliwej do zaspokojenia żądzy. Obdarowana na powrót rozumem, zobaczyła obgryzione do kości strzępy własnej dłoni. Natychmiast zwymiotowała, a w kałuży kwaśnych soków wymieszanych z krwią i resztkami zobaczyła swe odbicie. 

Wtedy ponownie – poczuła głód. Pożreć siebie samą, jakże cudowna była to wizja. Rzuciła się na kałużę rozlanej ohydy z łapczywością zgrai wygłodniałych psów; wpadła w nią z takim pędem, iż nie sposób powiedzieć, jak zdołała zachować kształt twarzy czy resztę zębów. Przeżute raz mięso połykała w całości, chrząstki rozgryzała ze smakiem; nie minęła chwila, nim mlaszcząc jak nienażarty wieprz, wylizała do czysta stare deski.

Oblaną potem, gryzło ją przenikliwe na wskroś zimno; przełyk palił obrzydliwie kwaśny gorąc. Niewypowiedziana odraza wobec siebie samej zajęła z kolei głowę, kiedy w plamie ohydy opędziła się od przeklętego głodu. Nóg nie czuła w ogóle; nie była w stanie podtrzymać dłużej bezwolności zmaltretowanych kończyn. Obdartej z sił Annie nie pozostało nic więcej, niż się poddać. Zamknęła oczy i pozwoliła sobie rozluźnić ostatki posłusznych nadal mięśni. Ostatnią jej wolą, być może jedyną własną w tamtych momentach, był uśmiech, którym zechciała przywitać śmierć. Chwilę później upadła, z głuchym łomotem rozbijając szczękę i nos na przemarzniętej podłodze.

Przed sobą znów miała miejsce, w którym chwilę temu rozpaczliwie próbowała wypluć z siebie własny żołądek. Miejsce, w którym czuła, jak wycieńczenie wydziera z niej ostatni oddech – w którym moment wcześniej skonała. Zupełnie jakby czas zlitował się nad jej losem i zwrócił jej te ułamki wieczności. Pytanie jednak, czy naprawdę był to pobłażliwy gest, czy zaledwie złośliwy kaprys, a wszystko miała za chwilę przeżyć ponownie. Mimo miażdżącego bólu tym razem nie krzyknęła. Była zbyt niepewna, zdziwiona i przerażona, by choćby pisnąć. Rozumiała niewiele ponad to, co miała przed sobą – a była to schludna, choć pędząca ku zaniedbaniu przestrzeń. Powłóczywszy wzrokiem za cichutkim stukotem zębów kawałek dalej, Anna dostrzegła wypływającą z dziur i szczelin ciemność, niby mglistą materię pożerającą wszelkie światło. 

Z ciemności tej wypełzły natomiast smukłe dłonie o długich palcach i delikatnej, kobiecej skórze. Bacząc na Annę, zupełnie jakby każda z nich miała parę oczu, z wielką ostrożnością zebrały zęby z podłogi, po czym wślizgnęły się z powrotem w zanikający mrok. W tej samej chwili rozbrzmiał na nowo chór złożony z dziecięcych głosów. Anna rozpoznała je, lecz nie bez problemu, gdyż żaden z nich wcześniej tak nie brzmiał – teraz były piękne i czyste, a przy tym diabolicznie nienaturalne.

Coś w nich bowiem było, w każdym z osobna –coś nienormalnego. 

Coś złowieszczo obojętnego, wobec czego bladła jej wszelka niedola. Słysząc je, mogła przysiąc, że coś z niej ucieka, że próbuje się wyrwać. 

Coś, czego nie potrafiła określić, lecz co ku własnemu przerażeniu przyrównałaby do duszy, która uchodząc z Anny, wydzierała z niej również strach, ból i rozpacz, ale i wspomnienie wszystkiego, co miłe, pozostawiając jedynie pustą skorupę bez krzty emocji czy uczuć. Mamiona była przedziwnym uczuciem; im mniej w niej zostawało, tym paradoksalnie więcej zaczęła widzieć – dostrzegać kształty. 

Na ścianach wyraźnie zaczęły odznaczać się rysunki; niezwykle proste szkice, po prawdzie dziecięce gryzmoły – przedstawiały patykowatych ludzi i, jak sądziła, domowy plac zabaw. Cztery większe postaci, w których rozpoznała Ninę i dozorców, nakreślone były w jednym rzędzie u góry. W drugim, poniżej nich, dziewięć mniejszych – dzieci. Tych było jednak za mało, brakowało jednego… 

Alita…

Imię samo cisnęło się na usta Anny, nie ośmieliła się go jednak wypowiedzieć. Nie zdążyła zresztą – rozproszył ją trzask zamykających się za nią drzwi, po czym nastała absolutna cisza. Gdy odwróciła się ponownie, naściennych rysunków już nie było.

Na powrót osowiała, Anna się podniosła; stanęła nieudolnie, namiastkę równowagi utrzymując kikutem stopy. Zwisające bezwładnie na skórze strzępy rozerwanego stawu nie wydawały się nijak jej wadzić. Po prawdzie nawet tego nie czuła. Nie czuła bólu, nie czuła kolan ani nic poniżej – jedynie niemrawe echo kąsającego chłodu, ten niemniej wydawał się nawet orzeźwiający. 

Opierając się o ławy rozstawione wzdłuż hali, Anna pokuśtykała naprzód, pokrzepiona dyskomfortem wbijających się w dłonie grudek. Nie dbała o to, czy były to drzazgi, ziemia czy złogi zmarzniętej krwi – nieistotne, przynajmniej tak długo, jak utwierdzało ją to w przekonaniu, że jeśli zawiodą nogi, wciąż ma na czym się czołgać, oraz, tak po prostu, że wciąż żyje. Że nie jest to tylko kolejny złośliwy twór nawiedzonego umysłu. Po którymś kroku odczuła nawet coś na pozór satysfakcji. A z tym uczuciem, choć nigdy nie posądziłaby się o równą zuchwałość, obejrzała się za siebie, może w nadziei, że dostrzeże w oddali zarys ośnieżonych gór. Tych samych, za którymi kiedyś, bardzo dawno temu, rozciągały się zielone pastwiska pełne bujnych traw. Kiedyś, jeszcze przed długą zimą, nim wojna i popiół przykryły jej ówczesny świat. Uśmiech pojawił się razem ze wspomnieniem, oba mimowolnie. Jej myśli na krótką chwilę nasiąkły beztroską. Przypomniała sobie mgliste poranki, które spędzała w oborach, gdzie oblepiona sianem spała razem z cielętami. Przez pamięć przemknęły jej niewyraźny obraz posiwiałej od spodu brody i kwieciste wzory na przewiązanej fartuchem sukni. Wieczory przy świecach i kominku. Przypomniała sobie, jak rodzice przy nim właśnie śpiewali jej do snu lub opowiadali bajki. Przypomniała sobie tak wiele z nich. Także swą ulubioną, tę o struganym aniele lecz –  na krótką chwilę, nim uśmiech został zmyty przez rozlewający się po jej twarzy szaleńczy grymas. Umęczoną twarz zniekształciły zmarszczona do granic skóra i wyszczerzone resztki ukruszonych zębów, zza których jak z żarzącego paleniska buchnął maniakalny rechot. 

Głosy powróciły, tym razem wybrzmiewając jej własnymi ustami. Znów ją kąsały, bezwzględne i bezlitosne, wygłodniałe jak nienażarte larwy w dogorywającym żywicielu. Wyły, krzyczały. Oskarżały ją o wszystko, co zrobiła, i o wszystko, czego nie zrobiła, aż do momentu, gdy chrupot jej pękających kolan ukrócił je wszystkie, rozbijając się echem po wnętrzu budynku. Dotarła na miejsce. Konfesjonał był tuż przed nią, a w środku, i to jedyna nadzieja, na jaką mogła sobie pozwolić, czekał on. 

– Ojcze… – wyszeptała. Nastało krótkie milczenie; oczekiwanie, podczas którego mogła przysiąc, że słyszała skrzypienie desek i kroki. Zignorowała je. – Tym razem nie przyszłam prosić o wybaczenie – kontynuowała. – O to prosiłam Ją. Prosiłam, bym mogła tu wrócić i spojrzeć ci w twarz po raz ostatni. – Nienawistny wzrok wbiła w punkt przed sobą, w którym, jak sądziła, mógł znajdować się Kurt. – W swej łasce zgodziła się. Być może to więcej, niż zasługuję… ale oto jestem, gotowa wysłuchać, jak tym razem to ty wyznajesz mi swoje grzechy.

Wiatr smagnął o szyby, niemal krusząc szkło swą niespodziewaną wściekłością. Jakby podsycony emocjami kobiety sam chciał wedrzeć się do środka i wymierzyć sprawiedliwość. Ale ona go nie słyszała. W maleńkiej przestrzeni dwójki, byli tylko oni oraz słowa. Cała ich plątanina, słów i pytań.

– Powiedz, ojcze… – ciągnęła. Hałas na zewnątrz się nasilał. Wicher huczał i wrzeszczał, ale Anna zdawała się mówić coraz łagodniej. – Kiedy to wszystko się zaczęło? Od jak dawna brałeś w tym udział? A może powinnam zapytać dlaczego…? Dlaczego do tego wszystkiego doszło?! Powiedz coś! Co z tego miałeś, co było w stanie zagłuszyć wrzask twojego sumienia?! – Roześmiała się znikąd tonem tyle szalonym, co przeraźliwym, by w następnej chwili, równie gwałtownie, ucichnąć. – Nie – wyszeptała z wyrzutem. – Teraz to już bez znaczenia.

Coś ponownie skrzypnęło. Uniosła raptownie głowę, nasłuchując otaczającej ją czerni. Czuła, jak ta powoli zacieśnia się wokół konfesjonału. Światło milkło. Szum świec grał na jej skrytym strachu, a odbicia i cienie mamiły wzrok. Koniec końców mogło jej się tylko wydawać. Odetchnęła. Spróbowała dostrzec twarz kapłana przez zacienioną kratę, ale było zbyt ciemno. Nie słyszała nawet oddechu po drugiej stronie. 

Równie dobrze mogła sobie to wszystko przyśnić. 

Równie dobrze mogła spowiadać się samej sobie. Ale tyle musiało wystarczyć.

– Nie odpowiesz, prawda? – zapytała zawiedziona. – Rozumiem… Koniec końców – westchnęła – no tak, jesteś tu tylko po to, by słuchać… W takim razie pozwól, ojcze, że coś ci opowiem. Część historii, której najwyraźniej niezasłużoną łaską otrzymałeś przywilej nie poznać. Posłuchaj.

Jakiś czas później drzwi świątyni zabrzmiały cichutko, gdy z jej zacienionego wnętrza wyłoniła się kobieta. Ta sama, lecz inna – twarz jej gładka, a skóra piękna – opleciona majaczącą czernią, powędrowała na północ. Zaś wrota za nią – pozostały otwarte. 

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Stara plebania na Zagaju

Zimową nocą, gdy ciemność jest tak głęboka, że świat niemal zapomina, czym był dzień, rozum kładzie się spać. A gdy rozum śpi, budzą się demony. *** Ksiądz Filip Mocny był człowiekiem pogodnym, z na

 
 
 
Śledztwo w przeddzień życia długo i szczęśliwie

Sprowadziłem się na dwór króla elfów w miesiącu, który miał zostać zapamiętany jako początek najdłuższej zimy stulecia. Rzecz jasna miało to więcej wspólnego z zachcianką samego króla niż z kaprysem n

 
 
 
Przepraszam

Po tacie mam niebieskie oczy, i w zasadzie nic więcej. Ja jestem drugi najwyższy w klasie, a on ma metr siedemdziesiąt w kapeluszu. Ja bez książek nie mógłbym żyć, a on twierdzi, że książki to strata

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page