top of page

Kolej rzeczy

Śnieg nieubłaganie prószył. Płatki opadały leniwie na grube, białe czapy, pokrywające strzeliste sosny i świerki o solidnych, upstrzonych bielą pniach. Cały las w mgnieniu oka zbielał, zatracając całkowicie ostatnie odcienie zieleni. Ciemne chmury snuły się niechętnie, przysłaniając i tak czarne niebo. Gdzieś z oddali dało się słyszeć rozpaczliwe nawoływanie kruka, który pomstował na ciężkie czasy, nadchodzące wraz z nieprzyjazną porą roku. Nastała zima, sroga, jak to zima, ale tego roku wyjątkowo piękna i urokliwa. 

Mróz trzymał zawzięcie, nie pozwalając roztopić się ani jednej śnieżnej gwiazdce, ale Agatha się nie martwiła, gdyż jej mała chatka była doskonale przystosowana do wszelkich przeciwności losu, poczynając od mrozu, a na upale kończąc. Kobieta od dawna przeczuwała, co się świeci, dlatego już kilka miesięcy wcześniej zaczęła gromadzić zapasy trwałego jedzenia, zajęła się uszczelnieniem okien i drzwi oraz naszykowała wielki stos opału. Lubiła być przygotowana na każdą ewentualność, co wynikało z jej wrodzonej przezorności, którą dodatkowo ugruntowała burzliwa przeszłość. Dbałość o pozornie nieistotne szczegóły dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Co do prognoz oczywiście mogła się pomylić, ale wolała się przygotować mimo to, niż potem żałować. Dzięki temu, gdy jej przeczucia okazały się słuszne, mogła spokojnie przezimować w swoim małym, drewnianym domku. 

Siedziała właśnie na starym krześle ustawionym między stołem a wysłużonym piecykiem, który dawał przyjemne uczucie ciepła spływające na plecy. Obserwowała malowniczy krajobraz przez uszczelnione okienko. Ukryta w ciepłym wnętrzu swej chatki, podziwiała zza szyby, jak coraz silniejszy wiatr napędza kurzawę, i popijała rozgrzewający napar z dodatkiem miodu, imbiru oraz cynamonu. Robiła to zapobiegawczo, ponieważ wiedziała, iż przy takiej aurze łatwo o przeziębienie, a to było ostatnie, czego jej w tych okolicznościach brakowało. Oprócz wzmacniania odporności, regularne picie naparu cynamonowego miało również wiele innych zalet, do których zaliczały się między innymi wsparcie trawienia, łagodzenie stanów zapalnych oraz poprawa koncentracji i pracy mózgu. Smak nie był najgorszy, a zapach można było nawet uznać za przyjemny, więc Agatha często stosowała napar i napawała się przy nim ciszą i spokojem. 

Spokoju przez najbliższe miesiące miało jej nie zabraknąć. Mieszkała pośrodku lasu w odludnej wiosce zwanej Thorell, która niegdyś tętniła życiem. Wszystko diametralnie się zmieniło, gdy stary Varthen zamknął młyn zapewniający utrzymanie mieszkającym w wiosce rodzinom. Ludzie odeszli w poszukiwaniu nowych źródeł zarobku, a Varthen, po przeniesieniu się do miasta, otworzył nowy młyn. Potem z zasłyszanych plotek Agatha dowiedziała się, iż staruszek podjął słuszną decyzję, bo jego interes w mieście Tharaveth przynosił większe zyski, na które niemały wpływ miała lepsza lokalizacja.

Od tamtej pory Agatha pozostawała jedyną mieszkanką Thorell, co wcale nie oznaczało, że nie miewała kontaktu z ludźmi. Była bowiem cieszącą się dobrą sławą zielarką i uzdrowicielką, do której ściągali pacjenci z całego Corvendaru, a nawet spoza granic królestwa. Tak samo jak w przeszłości do jej matki, która nauczyła ją wszystkiego, co sama wiedziała. W ten sposób przejęła po niej fach, a przy okazji również inne talenty…

Agatha nagle się przestraszyła, bo wydawało się jej, że zauważyła jakiś ruch na zewnątrz. Dokładnie kilkadziesiąt kroków od jej okna, między gałęziami krzewów – obecnie nagimi i oblepionymi śniegiem – coś nieznacznie drgnęło. Wpatrywała się w poprzecinaną gałęziami przestrzeń, ale niczego tam nie zobaczyła. Jej oczy nie zarejestrowały już żadnego ruchu.

Była pewna, że nikogo tam nie ma, bo droga do jej domku stanowiła wyzwanie nawet dla ludzi zdrowych i w pełni sił. Prowadziła przez gęsty las i właściwie nie istniała. Trakt do starego młyna dawno już porósł mchem i paprociami. Teraz tych, którzy chcieli się dostać do Thorell, czekało wiele mil wędrówki po niegościnnych, lesistych terenach, usłanych powalonymi pniami, obłamanymi gałęziami i innymi – trudnymi do przewidzenia – przeszkodami. Prawdopodobne było również napotkanie dzikiej zwierzyny, co tym bardziej zniechęcało. Podróż była niewątpliwie ryzykowna i uciążliwa nawet przy sprzyjającej pogodzie, a co dopiero przy tak niekorzystnej aurze, jaka panowała obecnie.

Otrząsnęła się, przełknęła łyk naparu, po czym przetarła oczy i zamrugała szybciej. Znów spojrzała przez szybę ozdobioną lodowym witrażem. Była pewna, że to jedynie zmęczenie, że własny umysł płata jej figle, ale się myliła. Pokręciła z niedowierzaniem głową, lecz w tym momencie bardzo dobrze wiedziała, że to, co widzi, jest prawdziwe. 

Nieopodal jej domu przez zaspy przedzierała się zakapturzona postać. Szła powoli, z trudem stawiając kolejne kroki. Była na tyle szczelnie opatulona czarną peleryną, że trudno było rozpoznać płeć wędrowca. Agatha zgadywała w duchu, iż jest to kobieta – ze względu na jej drobną posturę. Była dość daleko, lecz uzdrowicielka nawet z tej odległości widziała, jak dygoce. Nieznajoma odsunęła dłonią zarośla i otrzepała z nich biały puch. Pech chciał, że nie zauważyła przysypanego śniegiem głazu, o który się potknęła. Agatha przez chwilę myślała, że uda jej się utrzymać równowagę, ale pomyliła się i tym razem. Kobieta, upadając na kolana, podparła się, by nie ugrzęznąć twarzą w zaspie. Drugą rękę miała przyciśniętą do ciała, jakby unieruchomioną, może zwichniętą lub złamaną. 

Zielarka miała dość daremnej obserwacji i, nie zwlekając dłużej, wstała z krzesła, zarzuciła na plecy grubą, brązową pelerynę, po czym wyszła w mrok. Jeszcze nie zdążyła dobrze otworzyć drzwi, gdy jej twarz poraziło pierwsze uderzenie przenikliwego mrozu. Potem było tylko gorzej. Dotkliwe zimno szybko poradziło sobie z pokonaniem warstw odzieży, na którą składały się nie tylko peleryna, ale również jasna koszula z kołnierzykiem, zielona kamizelka w roślinne hafty oraz długa, brązowa spódnica. Poczuła się nagle, jakby zupełnie naga stanęła naprzeciw zimy.

Wicher, dmąc, pędził śnieg falami i zagłuszał wszystko wokół swym szumem. Agatha pospiesznie podeszła do kobiety, wciąż klęczącej w śniegu, i wyciągnęła do niej rękę. Kobieta podała jej dłoń, lecz pomoc Agathy na nic się zdała, bo ona nie miała siły się podnieść. Uzdrowicielka próbowała do niej mówić, wskazać inny sposób, ale jej słowa nikły w złowrogim, wietrznym szumie, podobnie jak słowa kobiety. Obydwie szybko zrozumiały, że okoliczności nie sprzyjają rozmowie, dlatego zaprzestały dalszych prób. Kobieta bez słowa rozchyliła poły peleryny, a oczom Agathy ukazało się szarawe zawiniątko, które unieruchamiało jej rękę: było w nim niespełna roczne dziecko o jasnych, poskręcanych w fale, delikatnych włoskach, rumianych policzkach i małym, lekko zadartym nosku. Maluch spał smacznie, owinięty ciepłymi kocami, przytulony do piersi matki. 

Kobieta wyciągnęła ręce i podała dziecko Agacie, która pospiesznie zaniosła je do domu, a zaraz potem wróciła po nieznajomą. Przejęła od niej torbę i zarzuciła sobie na ramię, a potem pomogła jej się podnieść. Nieznajoma miała wolne obie ręce, więc druga próba powiodła się od razu. Zielarka, cały czas podtrzymując ją pod ramię, poprowadziła ku drzwiom chatki. Posadziła ją na sienniku obok wejścia, tuż przy śpiącym dziecku. Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi, a szum kurzawy ustał, kobieta przemówiła: 

– Dziękuję – rzekła słabym głosem i rozkaszlała się okropnie, zasłaniając usta błękitną chusteczką.

– Dziękujesz? – Agatha uniosła brwi. – Co ty tutaj robisz, dziewczyno? Żeby iść taki kawał drogi? Śnieg, mróz, zawierucha. I to jeszcze z malutkim dzieckiem na rękach. – Wskazała szarawe zawiniątko, a ton jej głosu wcale nie był miły. – Jesteś zmordowana i przemarznięta, a do tego cała przemoczona. No, dalej, zdejmij te łachy. Dam ci coś suchego.

Dziewczyna wyglądała na nie więcej niż siedemnaście lat. Była drobna, lecz ładna. Agatha dziwiła się, że dała radę przejść taki kawał drogi, by się z nią zobaczyć. Nawet jeśli dziecko było chore, to na pewno w pobliżu jej domu był jakiś lekarz, znachor lub uzdrowiciel, który zająłby się nim nie gorzej niż ona. W jej mniemaniu taka podróż mogła bardziej zaszkodzić niż pomóc. Ryzyko podjęte przez dziewczynę wydawało się zielarce niepotrzebne, a jej decyzja lekkomyślna.

Przeszukała kufer z ubraniami w drugiej izbie w nadziei na dobranie dla biedaczki odpowiedniego stroju. Po paru minutach wróciła, trzymając w rękach beżową sukienkę z kwadratowym dekoltem, którą sama nosiła w młodości, a której nie miała serca wyrzucić, choć wiązały się z nią same złe wspomnienia. Nieznajoma szarpała się w tym czasie z mokrą odzieżą, gdyż ta przywarła do jej ciała, wydawać by się mogło, że na dobre. Postanowiła jej pomóc. Chwyciła koszulę u dołu na plecach i pociągnęła ku górze, mimowolnie dotykając rozpalonej skóry. Kobieta była zlana potem i dygotała z gorączki. Jej blada skóra i jasne włosy nie były mokre od roztopionego śniegu, a od potu wywołanego podwyższoną ciepłotą ciała, osłabieniem i wysiłkiem. W oczy rzucała się również jej obrzęknięta, pokryta wrzodami szyja. Cel wizyty nieznajomej nagle stał się dla Agathy jasny. To nie dziecko było chore, a ona.

Odruchowo spojrzała na trzymaną przez nią w dłoni chusteczkę. Kobieta ją ukryła, ale nie dość szybko, by uzdrowicielka nie dojrzała brunatnych plam kalających jasny błękit tkaniny. Odwiesiła sukienkę na oparcie krzesła, a sama sięgnęła po płótno, którym otarła wilgotną skórę chorej. Pomogła jej włożyć sukienkę, która – ku jej zdumieniu – pasowała jak ulał. Potem przyniosła ciepły koc z drugiej izby, skłoniła nieznajomą, by się położyła, i szczelnie ją nim otuliła. Na czoło położyła jej zimny kompres zrobiony ze ściereczki, uprzednio zamoczonej w lodowatej wodzie z roztopionego śniegu. Następnie zajęła się dzieckiem. Odwinęła je z koców i ułożyła obok matki, okrywając delikatnie rogiem suchego odzienia. Kobieta nie protestowała, z ulgą przyjęła tę namiastkę troski.

Zakończywszy doraźne działania, Agatha stanęła przed nią, wzięła się pod boki i obdarzyła nieznajomą srogim spojrzeniem. 

– Po co tu jesteś? – dopytywała, nie rozumiejąc jej motywów. – Po co szłaś tyle mil przez zaspy, by teraz ukrywać przede mną objawy? Czy nie po to tutaj przyszłaś? Nie chcesz, żebym cię leczyła?

– Nie, pani – odrzekła dziewczyna z trudem, kierując wzrok na śpiące dziecko. – Nie dla siebie tu jestem. Ona… Maris nie ma jeszcze żadnych objawów, ale gdyby…

– Gdyby się pojawiły, chciałabyś, żeby szybko otrzymała pomoc – dokończyła za nią uzdrowicielka, widząc, ile wysiłku kosztuje ją mówienie.

– Zgadza się. 

– Jak ci na imię?

– Renem, pani. – Przerwał jej kaszel, a gdy atak minął, dodała: – Nazywam się Renem Dorel, przyszłam z Valmaru.

– Z Valmaru do Thorell będzie jakieś trzydzieści mil – policzyła szybko Agatha. – To kawał drogi, Renem. Skoro już przyszłaś, może pozwolisz mi się zbadać?

– To niepotrzebne – upierała się chora. – Wiem, co mi jest. Wiem, że niewiele czasu mi zostało.

– A zdradzisz mi, skąd to wiesz? – spytała ostro Agatha. – Chyba nie jesteś lekarką ani uzdrowicielką, co?

– Nie jestem, ale nie muszę być, by wiedzieć. – Rozwinęła chusteczkę, by Agatha mogła ją zobaczyć w pełnej okazałości. – Ledwo skończyła się jedna udręka, a już nastała druga. To dopiero pięć lat od zakończenia wojny siedemdziesięcioletniej. Ludzie nie zdążyli się jeszcze przyzwyczaić do pokoju ani nim nacieszyć, a za rogiem już czai się kolejne zagrożenie. Śmierć znów zbiera swe żniwo, a Bogini Śmierci ma ręce pełne roboty. – Kaszel przerwał jej wypowiedź.

– Taka już powinność Mourneth – stwierdziła zielarka. – Nie ona sprowadziła na nas zagładę. To ludzie sami są sobie winni. Wszczynają wojny, narażają siebie i innych. Sobie i innym odbierają życie. Sami sobie gotują ten los, a litościwa Mourneth tylko pomaga zaznać spokoju ich duszom. Taka jest kolej rzeczy.

– A zaraza? Czy w przypadku zarazy też ludzie są winni sami sobie? Czy taka jest kolej rzeczy? –Kontynuowała dziewczyna, nie czekając na odpowiedź. – W królestwie rozprzestrzenia się choroba, którą ludzie zwą białą zarazą. Wiem, co oznaczają te plamy na chustce. Ci, którzy je zobaczyli, nie dożywali nawet tygodnia. Ja wyruszyłam w drogę niemal natychmiast, to znaczy, że… – Znów się rozkaszlała.

– To znaczy, że warto się zbadać. – wtrąciła Agatha. – Może jest jeszcze nadzieja. Jesteś młoda, twoje szanse są duże.

– Jej są jeszcze większe. – Chora czule spojrzała na córkę.

– Wasze szanse wykluczają się wzajemnie? – Agatha ze zdumienia uniosła brwi.

– Zgadza się, pani.

– Możesz mi wyjaśnić, co przez to rozumiesz?

– To, że głupio się zakochałam – podjęła słabym głosem dziewczyna. – W chłopaku, który nie był tego wart. Obiecywał mi miłość do grobowej deski, recytował wiersze, a po nocy na sianie zapomniał o wszystkim. Już parę dni później przyłapałam go, jak obściskiwał się z inną. Ona się do niego łasiła, a jemu jej umizgi były najwyraźniej w smak, bo nie protestował. Potem wyjechał, a ja dowiedziałam się, że noszę pod sercem jego dziecko. – Przerwał jej atak kaszlu. – Gdy rodzice się dowiedzieli, matka płakała, bo wstyd przed ludźmi, a ojciec z chałupy przepędził, z tego samego powodu. Zostałam sama z dzieckiem na rękach. Miałam tylko ją, musiałam jakoś zarobić na mieszkanie i jedzenie. Przyjęli mnie w zakładzie tkackim, dostałam też pokój. Był mały i ciasny, ale przynajmniej na głowę nie leciało.

– Nie rozumiem, jaki to ma związek.

– Nie zarabiałam tam dużo. Ledwie starczało nam na utrzymanie. – Wyjęła srebrny łańcuszek z kieszeni peleryny i włożyła go w dłoń Agacie. – To jedyna cenna rzecz, jaką posiadam. Pamiątka z czasów, gdy mój los jeszcze kogoś obchodził. Jeśli zajdzie taka potrzeba… – odkaszlnęła, zasłaniając usta chusteczką – …lecz Maris. Na więcej mnie nie stać.

– Ty myślisz, że bez zapłaty nie zechcę leczyć was obydwu. – Agatha bardziej stwierdziła fakt, niż zapytała.

– Słyszałam plotki… Podobno leczenie niemało kosztuje. Opieka i leki… 

– Mam do ciebie prośbę, Renem – przerwała jej łagodnie zielarka. – Nie obrażaj mnie, będąc gościem w moim własnym domu. Nie wiem, jak to się odbywa w przypadku uczonych doktorów z twoich stron, ale masz do czynienia ze zwykłą uzdrowicielką. – Zatoczyła krąg dłonią. – Rozejrzyj się dookoła. Czy myślisz, że mieszkałabym w ten sposób, zarabiając krocie na nieszczęściu innych ludzi?

– Wybacz, pani. – Dziewczyna się zaczerwieniła. – Nie chciałam cię obrazić. Pomyślałam, że…

– Mów mi Agatha – przerwała jej ponownie. –Nieważne, co wcześniej myślałaś. To nie ma już najmniejszego znaczenia. Ważniejsze jest, co myślisz teraz. Będę leczyć was obie, jeśli zajdzie konieczność. Całkowicie za darmo. Zgadzasz się?

– Nie – Chora uśmiechnęła się smutno – To się nie godzi, byś zajmowała się nami bez zapłaty. Jestem tylko prostą dziewczyną, nie mam nikogo, kto by się za mną ujął, ale jedno mi pozostało: odrobina godności, która nie pozwala mi wykorzystać litości, którą do mnie żywisz.

– Dobrze. – Uzdrowicielka uniosła świecidełko na wysokość jej oczu. – W takim razie będę leczyć was obie za ten łańcuszek. Zgoda?

– Ale… Czy to nie za mało?

– Nie bądź głupia, to w zupełności wystarczy. Teraz spróbuj trochę się unieść, muszę cię zbadać. Małą wyniosę do drugiej izby, tam będzie miała wygodniej. – Podniosła dziecko, a widząc wysiłki Renem, dodała: – Zaczekaj. Pomogę ci, gdy wrócę.

Zrobiła, jak powiedziała: ułożyła maleństwo na sienniku w drugiej izbie. Dziewczynka spała zaskakująco twardo, jakby wiedziała, że w tej chwili nie należy przeszkadzać. Agatha odetchnęła z ulgą, bo skóra dziecka miała normalną temperaturę. Faliste włoski i cienka, biała koszulka były suche, ręce i nogi miała ciepłe. Wyglądało na to, iż mała rzeczywiście nie przejawia żadnych niepokojących objawów.

Gdy Agatha wróciła, złapała Renem pod ramię i pomogła jej usiąść. Dokładnie obejrzała jej szyję, zajrzała do ust i oczu. Potem ujęła jej dłonie w swoje i użyła kolejnego talentu odziedziczonego po matce – posłużyła się magią żywiołów. Przepuściła moc przez jej ciało, korzystając z faktu, iż woda stanowi znaczną część ludzkiego organizmu. Długo ćwiczyła, zanim w pełni opanowała tę sztukę, a pozwalała ona zajrzeć w głąb pacjenta, by poznać jego chorobę. Ta metoda często okazywała się zbawienna, bo pozwalała ustalić, jak bardzo rozwinęła się choroba, jakie organy wewnętrzne zdołała już zaatakować. Oddziałując magicznie na wodę, Agatha potrafiła także tamować krwotoki oraz przyspieszać gojenie się ran, miało to jednak swoje ograniczenia. Bywały obrażenia tak poważne, że nawet magia nie była w stanie pomóc.

Trzymając dłonie dziewczyny, zamknęła powieki, skupiła uwagę i wyzwoliła moc, która popłynęła strumieniem przez ciało chorej, ogarniając każdą komórkę swoim jestestwem.

– Hhhy – przestraszyła się Renem. – Co to jest, Agatho?

– Ciii. Jeszcze moment. Zaraz ci wyjaśnię.

Gdy wszystko stało się dla Agathy jasne, puściła dłonie Renem i pomogła jej ponownie ułożyć się na sienniku. Sama wstała i podeszła do stojącego na piecyku garnka.

– Dam ci zupy – odezwała się, nalewając gęstą potrawkę do glinianej miseczki. – Rozgrzejesz się trochę i wzmocnisz. To teraz bardzo ważne, byś jadła i nabierała sił.

– Dziękuję – rzekła Renem, przyjmując miseczkę. – Co to było, Agatho? Co zrobiłaś, gdy trzymałaś mnie za ręce?

– To była magia żywiołów – odpowiedziała szczerze zielarka, choć w innych okolicznościach nigdy by się na to nie zdecydowała. – Jestem czarodziejką, Renem. Posiadam moc i wykorzystuje ją, jeśli może okazać się pomocna. Tamuję krwotoki, wspomagam gojenie się ran, a czasami zwyczajnie badam z jej pomocą. Do leczenia wykorzystuję głównie zioła, ale magia jest niezrównana, jeśli chodzi o stawianie diagnozy.

– Co stwierdziłaś? – Renem mieszała w zupie od niechcenia, patrząc na Agathę.

– Miałaś rację – mówiła spokojnie kobieta. – To biała gorączka, ale jeszcze we wczesnym stadium. Daj, nakarmię cię. Widzę, że z trudem ci to przychodzi. – Odebrała miseczkę i kontynuując rozmowę, co jakiś czas podsuwała chorej łyżkę do ust. – Jesteś wyczerpana podróżą, to z pewnością nie poprawiło twego stanu. Tak jak mówiłam wcześniej, żeby wyzdrowieć, musisz jeść i dużo odpoczywać. Organizm musi się wzmocnić.

– To znaczy, że mam jeszcze szansę, by wyzdrowieć?

– Oczywiście, że masz, ale musisz się trochę postarać.

– Postaram się, Agatho. – Głos dziewczyny się załamał, lecz dodała: – Mam dla kogo żyć.

Uzdrowicielka odstawiła pustą miseczkę, za to wlała naparu cynamonowego do glinianego kubka i podsunęła go chorej pod nos. Ta wypiła duszkiem niemal wszystko, a na jej twarzy pojawił się grymas. Nie mogło chodzić o temperaturę, bo napar był już wystudzony, Agatha domyśliła się więc, że problemem był smak. Sama była do niego przyzwyczajona, natomiast Renem prawdopodobnie piła taki wynalazek po raz pierwszy. 

– Postaraj się wypić do końca – poleciła uzdrowicielka. – Rozmieszałam w nim lekarstwa, dlatego jest taki paskudny.

Renem, ująwszy kubek własną dłonią, przechyliła go i dopiła miksturę do końca, wierząc w jej leczniczą siłę. Niedługo potem zasnęła. Agatha czuwała przy sienniku, kontrolując oddech chorej i zmieniając okłady na jej czole. Od czasu do czasu zaglądała także do drugiej izby, by sprawdzić, czy Maris wciąż śpi. Spała smacznie z rozrzuconymi na boki rękami, tak jak ją zostawiła. Momentami wydawało się jej, że słyszy płacz, dlatego często sprawdzała, czy mała się nie obudziła. Przez większość czasu siedziała jednak przy Renem, na starym, drewnianym krześle, z głową opartą o szczyt regału wypełnionego księgami w podniszczonych okładkach. Nie zorientowała się nawet, kiedy zasnęła w tej pozycji.

Poderwała się na krześle, gdy tylko się przebudziła. Była na siebie zła za to, że nie zachowała należytej czujności, że pozwoliła sobie zasnąć. Wokół wciąż panowała ciemność, rozpraszana jedynie przez dogasającą w kaganku świecę, którą zapaliła później, by oświetlać nią przestrzeń w sąsiedniej izbie. Po jej wysokości poznała, że nie mogła spać dłużej niż pół godziny. Reszta świec rozstawionych po izbie wypaliła się dawno temu. 

Podsunęła kaganek bliżej chorej, obawiając się tego, co mogła zobaczyć. Na szczęście niesłusznie. Renem patrzyła na nią swymi błękitnymi oczami, w których wciąż tlił się blask. Uśmiechnęła się lekko, napotykając spojrzenie zielarki, a ona odetchnęła z ulgą. Potem wstała i zajęła się rozpalaniem nowych świec, by zyskać więcej światła. Ujęła w dłoń iskrę z kaganka, roznieciła  niewielki płomień, a następnie posłała go ku rozstawionym w izbie świecom. W pomieszczeniu momentalnie pojaśniało.

Zauważyła, że Renem wciąż się jej przygląda z nieodgadnioną miną. Była pewna, że nie ze zdumienia ani z podziwu dla jej magicznych zdolności. To było coś innego, lecz nie wiedziała co.

– Agatho… – odezwała się wreszcie dziewczyna słabym głosem. – Czy możesz przynieść Maris? Chciałabym na nią popatrzeć… – Wstrząsnął nią atak kaszlu.

– Dobrze, zaraz ją przyniosę.

Agatha nie była pewna, dlaczego chora chciała zobaczyć swoje dziecko w środku nocy. Może ta prośba wynikała z tęsknoty, a może widok dziewczynki miał dodać jej sił do walki. Nie spytała, bo coś sprawiało, że bała się odpowiedzi. Nie miała również powodu, by jej odmówić, dlatego przyniosła małą. 

Trzymała na kolanach zawiniętą w koc Maris, a dziewczynka uśmiechała się pociesznie przez sen. Matka patrzyła na córkę z miłością i determinacją, jakiej Agatha dawno nie widziała.

– Renem, ona jest zdrowa – powiedziała uzdrowicielka. – Może rozsądniej byłoby ją zostawić u kogoś, u kogo nie groziłoby jej zarażenie. Może masz jakichś bliskich, którzy mogliby się nią zająć, dopóki ty nie dojdziesz do siebie?

– Nie mam nikogo. – Głos chorej stał się jeszcze słabszy. – Może matka by się zgodziła, ale ojciec z pewnością jej nie pozwoli.

– A jej ojciec? On w ogóle o niej wie? – dopytywała Agatha.

– Nie wie i lepiej dla niej, żeby tak pozostało. – Łzy zakręciły się w kącikach oczu dziewczyny.

– Dlaczego?

– To zwykły bawidamek, Agatho – mówiła z wysiłkiem, z trudem zaczerpując oddech. – On nie będzie potrafił się nią zająć, nie będzie umiał być dla niej ojcem… Prawdopodobnie nawet nie będzie chciał nim być… Wierz mi, już lepiej, żeby trafiła do sierocińca niż do niego. Tam będzie miała szansę na rodzinę, a w najgorszym wypadku przynajmniej jakąś opiekę. – Uśmiechnęła się smutno na widok zatrwożonej miny uzdrowicielki. – Nie patrz tak… Przecież ja wiem, dlaczego o to pytasz, i ty również to wiesz… Liczyłam się z tym, kiedy tutaj szłam… Rozważałam wszelkie możliwe scenariusze tego, co się z nią stanie, kiedy ja… – Słowa uwięzły jej w gardle, dopiero po dłuższej chwili dodała: – Tak zdecydowałam… Oddaj ją do sierocińca, Agatho, bo sama raczej już nie zdołam.

– Renem…

– Wiem, że skłamałaś, by podnieść mnie na duchu… Żebym się nie bała… Ale ja nie o siebie się boję… Taka kolej rzeczy. – Łza spłynęła jej po policzku. – Agatho, nie mam prawa cię o to prosić, ale… zaopiekuj się nią. Jeśli możesz.

Agatha bardzo chciała coś powiedzieć. Wyjaśnić jej, że żadna z niej opiekunka, że jest za stara na dziecko, że na pewno sobie nie poradzi, a ona rzeczywiście nie ma prawa prosić jej o coś takiego, ale nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa. Zaciśnięte gardło sprawiało, że nie odważyła się nawet otworzyć ust. Poczuła, jak łzy palą jej oczy. Zauważyła, że Renem także płacze, mimo to nie potrafiła zdobyć się na żaden gest. Wiedziała, że napar nie pomoże, bo nie mógł pomóc. Od początku była świadoma tego, że dziewczyna nie ma żadnych szans, toteż skłamała o rozpuszczonych w nim lekach. Starała się robić dobrą minę do złej gry, by oszczędzić jej lęku i zmartwień, a teraz po prostu siedziała na starym, drewnianym krześle ze śpiącym dzieckiem na kolanach i patrzyła w oczy kobiety, której za chwilę miało już nie być.

Renem w końcu zasnęła wyczerpana łkaniem. Po dłuższym czasie, gdy Agatha zdołała już uspokoić myśli, położyła Maris na sienniku w drugiej izbie i również zasnęła. Gdy się obudziła, już świtało. Do izby wpadały pierwsze promienie bladego słońca, desperacko przedzierające się między sylwetkami strzelistych sosen i świerków. W piecyku wciąż trzeszczały dopalające się drwa, na zewnątrz wciąż leżała gruba warstwa śniegu, w powietrzu wciąż unosił się przyjemny zapach cynamonu i imbiru, coś jednak bezpowrotnie się zmieniło. Błękitne oczy Renem utraciły swój blask. Dziewczyna patrzyła matowym, martwym spojrzeniem spod przymkniętych do połowy powiek. 

Uzdrowicielka, choć nie miała wątpliwości, musiała się upewnić. Tego wymagała sztuka, jej fach. Tego uczyła ją matka. Sprawdziła tętno na przegubie dłoni. Nie wyczuła niczego, tak jak się spodziewała. Tym razem nie zdołała powstrzymać łez. Sama nie rozumiała, co się z nią dzieje. Może było jej żal Renem, choć znała ją tak krótko. Może historia nieszczęśliwie zakochanej i porzuconej dziewczyny zbyt przypominała jej własny los. Może chodziło o małą Maris, która została bez matki. W końcu Agatha leczyła ludzi od blisko dwudziestu pięciu lat. Wśród jej pacjentów zdarzały się różne przypadki, w tym również tacy, którym nie mogła pomóc. Wielu żołnierzy, których usiłowała ratować, jeszcze w czasie Wojny Siedemdziesięcioletniej, miało na tyle poważne obrażenia, iż umierali na jej rękach. Wielu z nich było młodych, wielu miało dzieci, los żadnego z nich nie dotknął jej jednak tak bardzo jak los Renem Dorel. 

Dławił ją płacz, ale nie mogła już niczego zrobić prócz wyprawienia jej w ostatnią podróż, zgodnie z przykazem Mourneth. Korzystając z okazji, że Maris wciąż śpi, owinęła się grubą peleryną, po czym wyszła na zewnątrz. Zaletą mieszkania w lesie było to, iż chrust i gałęzie były dosłownie wszędzie, więc ze zbudowaniem stosu pogrzebowego nie miała większych problemów. Ułożyła go na niewielkiej polanie nieopodal swojej chatki, potem wróciła po ciało, które zgodnie z obyczajem umyła i nagie zawinęła w białe płótno. Następnie zaciągnęła je na polankę na starym kocu, bo inaczej nie dałaby rady go tam zanieść. Z ułożeniem na stosie miała niemałe trudności, lecz ostatecznie jej się udało. Podłożyła ogień. Chciała, by wszystko odbyło się, jak należy, bez użycia magii, ale pogoda szybko zweryfikowała jej plan. Zawilgłe drewno nie chciało się palić, a sypiący cięgiem śnieg nie ułatwiał sprawy, więc była zmuszona podsycić płomienie za pomocą magii.

Gdy na stosie zatańczyły wreszcie pomarańczowozłote języki ognia, stanęła naprzeciw i, ocierając łzy, odmówiła zgodną z obrzędem modlitwę:


Mourneth, Pani Ciszy i Ostatniego Tchnienia.

Ty, która znasz drogi za zasłoną nocy,

przyjmij w swe ramiona Renem Dorel.


Oplataj ją cieniem swych skrzydeł,

prowadź przez krainę, gdzie czas nie płynie,

gdzie znużone serca odpoczywają w wiecznym spokoju.


Zabierz lęk z jej duszy,

niech nie ogląda się za siebie,

bo wszystko, co kochała, 

przechowa pamięć żywych.


W ciszy swego królestwa

daj jej miejsce przy świetle.

A nam, co zostajemy,

daj siłę nieść ciężar pustki,

aż i my usłyszymy Twój szept,

wzywający nas po imieniu.


Potem stała w milczeniu. Towarzyszyły jej ciche sosny i milczące świerki, zgromadzone kręgiem dookoła polany. Zupełną ciszę przerywał jedynie odległy szczebiot ptaków, skarżących się sobie wzajemnie na głód, który zafundowała im sroga zima. Nie wsłuchiwała się w szczegóły ich rozmowy, zajęta była obserwowaniem dogasającego płomienia, który zanadto się nie spieszył. Powtórnie przy użyciu mocy roznieciła ogień, a gdy nie zostało już nic prócz popiołu i zgliszczy, obróciła się i ruszyła w kierunku chatki, w której po raz pierwszy od wielu lat ktoś czekał.

Już od drzwi słyszała ciche kwilenie. Pospiesznie zdjęła i odwiesiła pelerynę, po czym weszła do drugiej izby. Mała leżała na sienniku, obłożona ze wszystkich stron poduszkami i zawinięta w szary koc, co niemal całkowicie ją unieruchamiało. Było to zabezpieczenie wymyślone w pośpiechu przez Agathę, która obawiała się, że dziewczynka spadnie z łóżka pod jej nieobecność. Najwyraźniej spełniło ono swoje zadanie, ale małą irytowało przymusowe leżenie. Kobieta pospiesznie rozmontowała swój wynalazek, odrzuciła na bok poduszki i koc, wydobyła dziecko i wzięła je na ręce. Przez chwilę przyglądały się sobie, zastanawiając się, która jako pierwsza wybuchnie płaczem, ale obydwie okazały się nad wyraz dzielne. Maris – z racji wieku – nie była świadoma tego, co się stało, natomiast Agatha robiła wszystko, by swoją reakcją jej nie przestraszyć.

Uśmiechnęła się do dziewczynki, pogładziła ją po policzku. Maris była bardzo podobna do matki, nie licząc falistości włosów i koloru tęczówek. Miała wielkie oczy w kolorze wzburzonego morza. Agatha w lot pojęła, skąd wzięło się jej imię, wcześniej nie zdążyła o to zapytać. Nawet nie przyszło jej to na myśl. Patrzyły sobie w oczy, a potem dziewczynka uśmiechnęła się i przytuliła głowę do jej ramienia. Kamień spadł Agacie z serca, obawiała się bowiem krzyku, paniki, histerii. Sama nie wiedziała, czy bardziej własnej, czy dziecka. 

Posadziła ją na blacie stołu, sama usiadła obok, na krześle. Nakarmiła dziewczynkę zupą, którą wcześniej ugniotła na papkę. Mała jadła chętnie, choć nie łapczywie, najwidoczniej wcale nie była aż tak głodna, jak się zielarce zdawało. Gdy wyczyściła miskę do czysta, Agatha odstawiła ją na bok. 

Spojrzała na dziewczynkę i poczuła ukłucie w sercu. 

– I co ja mam z tobą zrobić? – zapytała, nie oczekując odpowiedzi.

– Mama – wyszczebiotała niespodziewanie mała, a potem dodała, rozkładając ręce: – Ma.

– To prawda. Ona jest już daleko stąd, a ty, czy tego chcesz, czy nie, na razie musisz zostać ze mną. – Wskazała na okno, znajdujące się za plecami małej. – Popatrz tam. Jest zima, wszędzie biało od śniegu. Czekają nas co najmniej trzy wspólne miesiące, bo ani mi się śni nieść cię do sierocińca przez te zaspy. Tym bardziej że droga nie jest krótka ani łatwa.

– Ta… – potwierdziła rezolutnie dziewczynka.

– Nie pytałam cię o zdanie, ale to dobrze, że się zgadzasz. Szkoda tylko, że nie wiesz na co. – Uśmiechnęła się smutno. – Jestem Agatha. Powtórz.

– Aga…

– Aga-tha.

– Agaaa.

– Niech ci będzie – rzekła zrezygnowana. – Może być Aga. Na wszystkie boginie, to będą baaardzo długie miesiące.

Zielarka miała rację, rzeczywiście były długie, ale czas niespodziewanie szybko jej upływał. Znacznie szybciej w porównaniu do wszystkich poprzednich zim, co wynikało najprawdopodobniej z towarzystwa małego brzdąca, który nieustannie zaprzątał sobą jej uwagę.

Przez ten czas Maris dopracowała kilka umiejętności. Coraz lepiej chodziła, choć wciąż często traciła równowagę i lądowała na podłodze, ale ku zdumieniu Agathy nigdy nie płakała, a od razu przekręcała się na czworaka i ponownie wstawała. Nauczyła się również samodzielnie jeść łyżką, lecz ta czynność wymagała jeszcze udoskonalenia, gdyż dziewczynka robiła przy tym mnóstwo bałaganu. Zielarka nie miała jej tego za złe, wiedziała, iż tak wygląda proces nauki. Początkowo trzymała ją na kolanach, a po kilku próbach, gdy kończyła cała wymazana jedzeniem, zmieniła strategię: zaczęła ją sadzać na oddzielnym krześle, położywszy na nim poduszki, by dziewczynka nie spadła. W końcu doczekała się postępów.

Agatha z powodu braku pacjentów nie miała zbyt wiele pracy. Zapasów ziół również nie mogła  robić, bo wszystkie zniknęły pod warstwą białego puchu. Jej zielarskie obowiązki ograniczały się zatem do wycierania kurzu ze słojów z ziołami. Robiła to raz w tygodniu, a Maris zawsze kręciła jej się wtedy pod nogami. Z braku innych zajęć każdą wolną chwilę poświęcała dziewczynce. Karmiła ją, czesała, myła, przebierała i utulała do snu, a potem koło się zamykało. Dużo też do niej mówiła o tym, co teraz robi, co widać za oknem. Pokazywała jej obrazki w starych księgach, wymyślała i opowiadała bajki, nawet uszyła dla niej kilka ubranek, wykorzystując materiał z własnych strojów, których już nie nosiła, bo w torbie zostawionej przez Renem było ich niewiele, a mała często się brudziła. 

Szycia również nauczyła ją matka. Zaczęło się od tego, że mała czarodziejka przyglądała się jej, jak pracowała igłą podczas zwężania spódnicy. Bardzo chciała spróbować swoich sił, więc matka dała jej szmatkę i igłę z nawleczoną nitką. Skończyło się tym, że Agathaboleśnie pokłuła sobie palce, nie zniechęciło jej to jednak. Ćwiczyła, szyjąc przytulanki i lalki ze starych szmatek. Nożycami wycinała kształty, nicią łączyła je ze sobą, a potem wypychała pozostałymi skrawkami materiałów. Jej ulubioną częścią było jednak ich ozdabianie. Lalkom zawsze szyła sukienki i robiła im z włóczki włosy, które potem starannie zaplątała w warkocze. Przytulanki, którymi najczęściej były misie, wyposażała w kokardki na szyjach. Takie same zabawki zrobiła dla Maris, a przy okazji przypomniała sobie stare czasy. Fakt, że dziewczynka potrafiła się nimi bawić całymi dniami, potwierdzał, iż się jej spodobały.

Zima stopniowo odpuszczała. Mróz zelżał, śnieg stopniał. Pojawiało się coraz więcej słońca dającego ciepło. Wreszcie do królestwa zawitała wiosna i nadszedł TEN dzień. Agatha spakowała torbę, zabrała ubrania i zabawki małej, odzież na zmianę dla siebie oraz trochę jedzenia. Czekała je wymagająca droga, i taka też była. Samej Agacie podróż zajęłaby nie więcej niż cztery dni. Z dodatkowym obciążeniem, jakim było niesione przez nią dziecko, dotarła jednak do Valmaru w pięć. 

Miło było znaleźć się wreszcie bliżej cywilizacji, szczególnie po nocach spędzanych przy ogniskach pod gołym niebem. Nie lubiła miast, ale lubiła spać w ciepłym i suchym posłaniu, a te takie gwarantowały. Obiecała sobie, że nim ruszy w drogę powrotną, odstawi Maris do sierocińca, a potem zanocuje w mieście, by zregenerować siły. Miasto było zbudowane na planie koła i otoczone kolistym murem obronnym. Podeszła od strony południowej bramy, gdzie od razu została wpuszczona. Strażnicy nawet nie zapytali jej o dokumenty, gdyż byli zajęci obmawianiem wdzięków niejakiej Joel, kimkolwiek ona była.

Agatha skorzystała z okazji i przekroczyła mury miasta. Było dokładnie takie, jakim je zapamiętała: brudne, ciasne, ciemne, może nawet bardziej niż wcześniej, ze względu na niedawno postawione budynki, które dodatkowo zabierały przestrzeń i zasłaniały słońce. Zbyt mało było tutaj roślin, jak dla zielarki. Właściwie wcale ich nie było, nie licząc wyrastającego spomiędzy kamieni zielska. Krótko mówiąc, było szaro, buro i ponuro, a widząc to, kobieta szybko przypomniała sobie zalety mieszkania w lesie – błogą ciszę, święty spokój i piękną zieleń ogarniającą wszystko dookoła. W mieście tego nie było. 

Idąc na wskroś główną ulicą, dostała się wkrótce do północnej bramy. Dobrze wiedziała, że w Valmarze nie ma sierocińca, cel jej wizyty był inny. Zdecydowała się tu przyjść, by zapewnić sobie transport na którymś z wozów zaopatrzeniowych. Valmar był jednym z najdalej oddalonych od stolicy miasteczek, dlatego wozy z zaopatrzeniem krążyły traktem na okrągło. Większość dostawców wracała na pusto, więc była spora szansa na to, że któryś z nich zgodzi się zabrać kobietę z dzieckiem.

Poszczęściło się jej. Akurat dotarła do bramy, gdy wyjeżdżał nią zaprzężony w dwa kare konie pusty wóz, powożony przez młodego mężczyznę. Miał może trzydzieści lat, był ubrany w ciemną pelerynę, spod której wystawała zszarzała, wiązana koszula. Miał też brązowe spodnie z nogawkami wsuniętymi w cholewki wysokich, skórzanych i lekko ubłoconych butów.

Pospiesznie podbiegła do niego. 

– Zaczekajcie, panie! – zawołała.

– Co, u licha? – Zatrzymał wóz i odgarnął z czoła czarne, kędzierzawe włosy.

– Jedziecie do stolicy? – spytała głosem najmilszym, jaki tylko zdołała z siebie wydobyć. – Nie zabralibyście kobiety z dzieckiem?

– A co mam nie zabrać, właźcie na wóz.

Agatha położyła Maris na wozie, a potem sama na niego weszła. Razem ulokowały się na leżącej w pudle derce. Wóz był stary, kilka desek wymagało wymiany, ale przynajmniej w miarę czysty – i lepszy był taki środek transportu niż konieczność pokonania drugich trzydziestu mil pieszo.

Woźnica smagnął konie batem, a wóz ruszył z turkotem. Mężczyzna obejrzał się na swoje pasażerki, robił to od czasu do czasu: zerkał to na nie, to na drogę.

– Skoro już razem jedziemy, to może umilimy sobie czas rozmową – przemówił w końcu. – Jestem Revik Branen. Dostarczam kamienne bloki ze stolicy. – Odgarnął włosy z czoła. – Właściwie nie do końca ze stolicy. Ja je tylko stamtąd odbieram i wiozę dalej, gdzie każą, a same bloki pochodzą z Gór Tharngrim. Jeżdżę tym traktem średnio co trzy dni. W Valmarze dużo ostatnio budują…

– Zgadza się. Niedługo całkiem zasłonią niebo dachami.

– Mnie też się to nie podoba – odparł niepocieszony. – Jakby mogli, budowaliby jeden dom na drugim. Sam mieszkam na wsi, bo lubię widzieć niebo, ale pracuje w mieście, bo jakoś muszę zarobić na utrzymanie rodziny. Pewnie coś o tym wiesz. – Skinął głową na Maris.

– No… tak – zawahała się Agatha.

– To chyba nie córka, co? Wnuczka? – dociekał. – Piękna lala – pochwalił szmacianą pacynkę, którą Maris mu pokazała, gdy się ku nim obrócił. – Kto ci uszył to cudeńko?

– Aga… – odpowiedziała mu, uśmiechając się radośnie.

– Wspaniała – uśmiechnął się życzliwie. – Sam bym taką chciał.

– Ma… – Maris wyciągnęła do niego laleczkę.

– Nie, nie mogę jej wziąć. Ta jest twoja. Może Aga uszyje i dla mnie, jeśli ją poproszę.

– Ta… – rzekła poważnie i pokiwała główką.

– Nieważne, czy córka, czy wnuczka – zwrócił się znów do Agathy. – Ta mała jest po prostu rozkoszna.

– Ani córka, ani wnuczka – odparła chmurnie. – Jesteśmy dla siebie obce.

– Ona chyba uważa inaczej. – Uśmiechnął się na widok wtulonej w nią Maris. – Lgnie do ciebie, jakby była twoją najprawdziwszą wnuczką.

– Tylko przyzwyczaiła się do mojej obecności. Szybko zapomni…

– Dlaczego miałaby cię zapomnieć?

– Wiozę ją do sierocińca – rzekła, a potem dodała, widząc zdziwienie na twarzy mężczyzny: – Nazywam się Agatha Ysvenor i jestem uzdrowicielką. Jej matka przyszła do mnie po pomoc z Valmaru aż do Thorell. Miała białą gorączkę, nie dożyła nawet ranka. Zdążyła mi jedynie powiedzieć, jak mała ma na imię i że nie ma żadnych krewnych, którzy mogliby się nią zająć, dlatego mnie o to poprosiła. Spędziłyśmy razem trzy miesiące, czekając na roztopy. Przez ten czas zdążyła się do mnie przyzwyczaić, ale się odzwyczai. – Urwała, ale mężczyzna nic nie powiedział, najwyraźniej nie wiedział, jak skomentować jej słowa.

Przez chwilę panowała przeciągająca się, grobowa cisza. Maris, znużona podróżą, wreszcie zasnęła, cały czas przytulając się do swej opiekunki i przyciskając do siebie lalkę.

Agacie nagle zrobiło się ciężko na sercu.

– Co miałabym z nią zrobić? – odezwała się w końcu, wbijając nieobecny wzrok w burtę wozu. – Mieszkam sama w leśnej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Ona nawet nie miałaby się z kim bawić, a dzieci powinny się bawić z innymi dziećmi… Sama jestem już stara, mam swoje obowiązki… Ona zasługuje, by mieć normalną matkę… W sierocińcu będzie miała na to większe szanse… Jest jeszcze mała, może przygarnie ją jakieś bezdzietne małżeństwo, a jeśli jej się poszczęści, to może nawet trafi do bogatego domu.

– A jeśli jej się nie poszczęści, to skończy w rynsztoku – wypalił Revik.

– To dzieje się w znikomej liczbie przypadków –zmarszczyła brwi.

– Ta znikoma liczba stanowi spory odsetek moich kolegów z dawnych lat. Dobrze się domyślasz: wychowywałem się w sierocińcu. Byłem za mały, by pamiętać, jak tam trafiłem. Tego czasu nie wspominam źle. Zawsze lepsze to niż ulica. Problem zaczyna się wtedy, gdy dorastasz i musisz zwolnić miejsce dla młodszych. Taki skrzywdzony życiem dzieciak w ciele dorosłego jest podatny na pokusy i wpływy. Pozostawiony sam sobie może łatwo stoczyć się na dno. Taka kolej rzeczy – wzruszył ramionami. – Ja miałem to szczęście, że rodzice mojej przyjaciółki z dzieciństwa bardzo mnie lubili. Mieli gospodarstwo, a ja nie ociągałem się z pomocą. W ich oczach byłem dobrym, pracowitym chłopakiem i taki starałem się być. Dzięki temu ojciec Evelli nie zastanawiał się dwa razy, czy oddać mi swoją córkę za żonę. Tak wszedłem do ich rodziny, która później stała się również moją własną.

– Jesteś więc żywym dowodem na to, że…

– Jeszcze nie skończyłem – przerwał jej. – Ze wszystkich dzieciaków, którzy wychowywali się w sierocińcu w tym samym czasie co ja, żadnemu innemu się nie udało. Większość została pospolitymi pijakami i awanturnikami, część najemnymi zbirami. Kilku z nich od dawna gryzie już ziemię. Ale jakby się nad tym głębiej zastanowić, to los chłopaków nie był wcale taki zły w porównaniu do tego, co spotkało nasze koleżanki. Zapewne wiesz, jak w najłatwiejszy sposób może zarobić młoda, ładna dziewczyna, choć uroda niewielkie ma znaczenie w tym temacie. Przetrzymywane wbrew swej woli, przymuszane, bite, gnębione i okradane z zarobków, mimo że…

– Dość! – przerwała mu, widząc oczami wyobraźni nieciekawy obrazek. – Wystarczy już!

– Chciałem tylko, byś miała pełny ogląd sytuacji. Domek w lesie, brak rówieśników i przybrana babcia zamiast matki nie wydają się takie złe w porównaniu z…

– Albo przestaniesz, albo ja wysiadam – ucięła głosem niecierpiącym sprzeciwu.

– Jak sobie życzysz, będę milczał – wzruszył ramionami. – Możesz dalej zaklinać rzeczywistość.

Revik Branen dotrzymał danego słowa i milczał przez resztę drogi. Agatha była zła. Ze wszystkich woźniców jeżdżących tą drogą musiał jej się trafić akurat taki, który wychowywał się w sierocińcu. Do tego desperacko próbował przekonać ją, by nie oddawała Maris. Namawiał, by się nią zaopiekowała jak przybrana babcia, jakby miał jakiekolwiek prawo jej doradzać. Był dla niej obcą osobą, znała go zaledwie kilka godzin. On również jej nie znał, niczego o niej nie wiedział. Nie mógł zdawać sobie sprawy z tego, przez co przeszła ani co skłoniło ją do ucieczki na odludzie. Nie mógł, a jednak usiłował układać jej życie.

Dzięki temu, że wyruszyli w podróż bladym świtem i nie zatrzymywali się nigdzie na noc, bo właściwie nie było gdzie, dotarli do Ardhaim następnego dnia wieczorem. Agatha, choć wciąż miała za złe Revikowi jego wywody na temat marności życia sierot, życzliwie go pożegnała, życząc przy tym, by corvendarskie trakty same niosły jego wóz. On natomiast jeszcze raz poprosił ją, by przemyślała swoją decyzję, nim zrobi to, co zamierza. Kobieta była zdecydowana. Nie planowała powtórnie rozważać wiadomych jej kwestii, bo w ciągu ostatnich trzech miesięcy robiła to już wielokrotnie i za każdym razem dochodziła do tego samego wniosku.

Wzięła Maris na ręce i ruszyła przed siebie. Musiała odnaleźć właściwy budynek, a Ardhaim było ogromne, jak na stolicę królestwa przystało. Całe miasto otoczono wysokim murem obronnym, a w środku znajdowały się rynek, liczne stragany handlarzy, większe i mniejsze domki, sklepy oraz zakłady rzemieślnicze. W oddali na wzgórzu majaczył we mgle majestatyczny zamek o sześciu wysokich wieżach, smukłych oknach i strzelistych dachach. Robił piorunujące wrażenie, ale zielarka przyglądała mu się tylko przez chwilę, nie zapominając powodu, dla którego znalazła się w stolicy.

Przemierzała kolejne uliczki w poszukiwaniu celu swej podróży. Zdawało jej się, że przeszła miasto wzdłuż i wszerz, a sierocińca nigdzie nie było. Miała zapytać kogoś o drogę, choć wcześniej nie chciała tego robić, by uniknąć zbędnych pytań, gdy nagle rzucił jej się w oczy wymalowany na drewnianej tabliczce napis: SIEROCINIEC. Budynek był duży, ale nie prezentował się zbyt dobrze. Ściany miał drewniane, lecz z desek zdążyły już poodpryskiwać drzazgi. Ich ciemny kolor upstrzony był niebieskawymi plamami porostów. Dach zapadał się z lewej strony, brakowało w nim kilku dachówek. Całe obejście wyglądało obskurnie i nie zachęcało do wejścia.

Agatha nie tego się spodziewała. Stanęła nagle jak wryta przed furtką, cały czas trzymając na rękach Maris. Dziewczynka, rozglądając się dookoła, wskazywała palcem różne rzeczy i czasem kierowała na nią swe spojrzenie w kolorze wzburzonego sztormem morza. Zielarka patrzyła na nią, rozważając w głowie wszystko jeszcze raz, od nowa. Przypomniała sobie słowa Revika Branena, który wychował się w podobnym miejscu, pomyślała o marnym losie jego kolegów i koleżanek. Nie potrafiła zrobić kroku naprzód ani się cofnąć. Trwała w martwym punkcie.

Nagle ze środka wyszła kobieta w długiej, czarnej sukni. Była sporo starsza od Agathy. Miała siwe, proste włosy upięte w kok, podkrążone oczy i sporo zmarszczek.

– Mogę jakoś pomóc? – zapytała.

– Nie… Ja… – dukała Agatha, nie potrafiąc znaleźć odpowiednich słów.

– Chcesz oddać tę małą, pani?

– Ja… Nie jestem… – usiłowała zebrać myśli, a Maris przywarła do niej, obejmując ją za szyję. – Zwyczajnie się zgubiłyśmy. Szukamy miejsca na nocleg. Jest tu może jakaś karczma?

– I to nie jedna – uśmiechnęła się nieznacznie kobieta. – Najbliżej będzie do Pełnego Kufla. – wskazała palcem. – Tam go widać.

– Dziękuję za pomoc.

Nie czekała na odpowiedź, zabrała małą i ruszyła do karczmy, gdzie wynajęła pokój. Obiecała sobie przecież, że zanim uda się w drogę powrotną, porządnie się wyśpi. Zamierzała zrobić to po oddaniu Maris, ale uświadomiła sobie, że chce spędzić z nią jeszcze jeden dzień. Chciała spędzić z nią jeszcze jeden dzień. Dziewczynka szybko zasnęła, a Agatha siedziała przy łóżku i przyglądała się jej.

Przez głowę kobiety ponownie przetoczyła się nawałnica myśli. Nie rozumiała, dlaczego nie potrafiła jej zostawić. Mogła przecież podać ją kobiecie, odwrócić się na pięcie i odejść, a jednak nie dała rady tego zrobić. Tak długo była sama. Maluch w domu był dla niej miłą odmianą. Sama nigdy nie doczekała się dzieci, choć zawsze chciała je mieć. Poczyniła nawet pewne kroki, by założyć rodzinę, narzeczony jednak wbił jej nóż w plecy. Tego samego dnia straciła też najlepszą przyjaciółkę. Jej życie diametralnie się odmieniło, gdy stała się obiektem plotek, a ludzie w miasteczku zaczęli wytykać ją palcami. To skłoniło ją do przeprowadzki, by uwolnić się od wścibskich spojrzeń i kąśliwych języków.

Początkowo w Thorell było jeszcze jakieś życie, ale kiedy zamknięto młyn, wszyscy przeprowadzili się do miasta w poszukiwaniu pracy, a Agatha została. Zbierała zioła i leczyła, bo nie brakowało takich, którzy byli gotowi pokonać dziesiątki mil, by otrzymać od niej pomoc. Była osławiona na cały Corvendar za sprawą swych skutecznych metod uzdrawiania. Lecz pacjenci przychodzili i odchodzili, a ona trwała, pogodzona z samotnością. Z czasem, za sprawą swych przeżyć z młodości i długich, samotnych lat, stała się cyniczna i nie szczędziła innym kąśliwych uwag, choć współczucie również nie było jej obce.

Odczuwała żal zarówno z powodu Renem, która umarła zbyt młodo, jak i jej osieroconej córki, ale nie mogła zatrzymać małej. Miała już swoje lata i wymagającą pracę. Całymi dniami wędrowała po lasach i łąkach w poszukiwaniu ziół, przetwarzała je na susze, wyciągi i papki, a następnie szykowała z nich rozmaite leki, maści, napary oraz okłady. Innym razem całe dnie oczyszczała i zszywała rany, zbijała gorączki, czuwała przy chorych. Jej chatka znajdowała się pośrodku lasu, z dala od cywilizacji, co wiązało się z pewnymi ograniczeniami w dostępie do pożywienia i wody. Wprawdzie pewien zaprzyjaźniony kapitan podrzucał jej zaopatrzenie na brzeg, gdy płynął koggą w dół Avalei, ale nawet nad rzekę miała daleko. Już nie wspominając o innych miastach i wioskach. W jej życiu po prostu nie było miejsca na dziecko.

Następnego dnia rano, tuż po śniadaniu, znów poszła pod sierociniec, znów zatrzymała się przed bramką i nie potrafiła postąpić kroku. Uciekła, gdy tylko zauważyła, że w oknie poruszyła się zszarzała firanka. Nie chciała ponownie tłumaczyć kobiecie, co ją sprowadza, tym bardziej że nie umiała wyrazić prawdy za pomocą słów. Właściwie sama już nie wiedziała, co jest prawdą, a co nią nie jest. Wróciły razem do karczmy, gdzie Agatha poprosiła o przedłużenie najmu na kolejny dzień. Łącznie spędziły w Pełnym Kuflu pięć dni, w ciągu których Agatha codziennie usiłowała oddać Maris do sierocińca, lecz ostatecznie nigdy jej się to nie udało.

Następnego ranka zielarka uświadomiła sobie, że ich dłuższy pobyt w Ardhaim nie ma sensu. Nigdy nie miał, bo ona nie potrafiła oddać dziecka, choć sama nie wiedziała, z jakiego powodu. Spakowała rzeczy, zabrała Maris i wyruszyła w stronę bramy w nadziei, że uda jej się znaleźć transport na powrót. Nie było to wcale takie oczywiste, gdyż wozy ze stolicy w większości wyjeżdżały załadowane po brzegi. Postanowiła jednak spróbować, licząc na łut szczęścia.

Nie czekała długo. Nie musiała nawet pytać ani prosić, bo zza swych pleców usłyszała znajomy głos:

– Witaj, Agatho! – zawołał Revik Branen z kozła wozu załadowanego kamiennymi blokami. – Wracasz do domu? No, proszę, kogo to moje piękne oczy widzą? – uśmiechnął się na widok Maris. – Chodźcie, zabiorę was. Pomieścimy się jakoś na koźle.

Wziął od Agathy torbę, potem Maris, a na koniec podał jej rękę. Gdy już siedziała obok, posadził dziewczynkę na jej kolanach. Torbę położył z tyłu, na kamiennych blokach.

– Długo zabawiłyście w stolicy – uśmiechnął się cwaniacko. – Wiesz co? Zanim ruszyłem z załadunkiem, odwiedziłem tutejszy sierociniec. Opiekunka wspomniała coś o kobiecie z dzieckiem, która przychodziła pod budynek przez pięć dni z rzędu. Ponoć zatrzymywała się przy furtce i patrzyła nieobecnym wzrokiem w ścianę. Jesteś jakaś małomówna, Agatho, stało się coś?

– Stało się – odburknęła. – Nie potrafiłam jej oddać.

– Wcale mnie to nie dziwi – uśmiechnął się. – Spójrz tylko na nią. Jest taka pocieszna, a do tego wygląda jak leśny duszek.

– Spoważniej, Revik. Powiedz lepiej, po co poszedłeś do tego sierocińca.

– Po nią – rzekł krótko, a potem przeszedł do wyjaśnień, widząc zdumienie na twarzy towarzyszki. – Rozmawiałem z Evellą, opowiedziałem jej o małej, a ona zgodziła się, byśmy ją adoptowali. Trochę mi zajęło przekonanie jej, bo mamy już czworo własnych dzieci, ale poruszyłem czułą strunę. Wygłosiłem przemowę o marnym losie dzieci z sierocińca i nie miała wyjścia, musiała się zgodzić…

– Zaraz, zaraz – przerwała mu ostro. – Czy ty chcesz mi powiedzieć, że historia o twoich współwychowankach jest zmyślona?

– Nie całkiem – uśmiechnął się smutno. – Właściwie tylko część o tym, że jedynie mnie udało się wyjść na ludzi. Prawda jest taka, że nie tylko mnie. Dokładnie trzech z nas się ustatkowało, założyło rodziny i ma dzieci. Niewiele brakowało, bym miał kolejną córkę.

– Córkę?

– Spokojnie, Agatho – roześmiał się. – Wziąłbym ją z sierocińca, ale tobie jej nie zabiorę. Dobrze wiem, że mi jej nie oddasz.

– To prawda. Nie potrafiłabym jej oddać, choć nawet nie wiem dlaczego.

– Za to ja wiem. Od początku wiedziałem, bo było to widać już na pierwszy rzut oka.

– Co wiedziałeś?

– Że ją kochasz.

Zapanowała głucha cisza. Maris spała bezpiecznie w ramionach Agathy, a ona przyglądała się jej przez chwilę.

– Myślę, że możesz mieć rację – wyszeptała.

– Taka kolej rzeczy – podsumował, popędzając konie smagnięciem bata.

Była zima. Biała, mroźna i sroga, dookoła sypał śnieg. Wiatr napędzał kurzawę. Agatha siedziała na starym, drewnianym krześle, między blatem stołu a podniszczonym piecykiem, od którego biło przyjemne ciepło. Popijała napar z miodu, imbiru i cynamonu, uśmiechając się do swych wspomnień. Naprzeciw niej siedziała młoda dziewczyna o jasnych, falistych włosach i oczach w kolorze wzburzonego sztormem morza, zapatrzona w widok za oknem ozdobionym lodowym witrażem.

To będzie identyczna zima, jak ta piętnaście lat temu, pomyślała Agatha.

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Stara plebania na Zagaju

Zimową nocą, gdy ciemność jest tak głęboka, że świat niemal zapomina, czym był dzień,  rozum kładzie się spać.  A gdy rozum śpi, budzą się demony. *** Ksiądz Filip Mocny był człowiekiem pogodnym, z na

 
 
 
Śledztwo w przeddzień życia długo i szczęśliwie

Sprowadziłem się na dwór króla elfów w miesiącu, który miał zostać zapamiętany jako początek najdłuższej zimy stulecia. Rzecz jasna miało to więcej wspólnego z zachcianką samego króla niż z kaprysem n

 
 
 
Przepraszam

Po tacie mam niebieskie oczy, i w zasadzie nic więcej. Ja jestem drugi najwyższy w klasie, a on ma metr siedemdziesiąt w kapeluszu. Ja bez książek nie mógłbym żyć, a on twierdzi, że książki to strata

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page